ewag52
22.04.07, 20:52
sznur samochodow stoi na światłach.
Ulica duza, uczeszczana, szeroka, warszawska.
Nagle z jednego wyskakuje z k...mi na ustach krzepki jegomośc,
dobiega do sasiada po swojej prawej, otwiera mu drzwiczki, wyciąga
wrzeszcząc nieprzerwanie i wywleka na jezdnię.
Chłopak-kierowca nieudolnie próbuje sie przeciwstawic, ale na nic jego wysiłki.
Jakimś cudem wyrywa się rozjuszonemu napastnikowi i ucieka w azyl,
własnego auta.
Tamten robi powtórke i znowu ta sama akcja.
Światła sie zmieniaja, samochody ruszaja, widzowie zmieniaja...
Nierówną walkę przerywa funkcjonariusz policji, na służbie i z głosnym
gwizdaniem,groźnie i zdecydowanie idzie zainterweniowac.
Ludzie!
Nie wiem, co za przestepstwo drogowe popelnił młody kierowca, ale ta
agresja statecznego jegomościa, wytrąciła mnie z równowagi.
Czy jest na to jakies usprawiedliwienie?
Nawiasem mówiąc w jednym i drugim aucie, siedziały dzieci z rozdziawionymi
gębami.