szarylemur
09.09.07, 17:43
"Oko w oko z chaosem
(...) wiemy dziś, że nie odkryto dotąd i zapewne nie odkryje się już nigdy
fundamentów bytu; i że wszelkie wysiłki założenia takich fundamentów okazały
się, i chyba dalej okazywać się będą, daremne. Że moralność nie ma ani
powodu, ani przyczyny - że konieczność bycia moralnym jak i sens tego, co
moralne, nie dadzą się logicznie wydeduko-wać ani poglądowo zademonstrować.
Jawi się nam dziś moralność jako zjawisko równie przygodne, co i reszta bytu -
jak i reszta bytu pozbawiona fundamentów, w jej przypadku etycznych. Nie
umiemy już dziś udzielać wskazówek etycznych .
Brutalne stwierdzenie Dostojewskiego „jeśli Boga nie ma, wszystko jest
dozwolone" było tylko jawnym przyznaniem się do obaw, jakie gnębiły skrycie
budowniczych nowoczesnego „bezbożnego" (lub „po-bożego") ładu. Zdanie "Boga
nie ma" znaczy: nie ma siły potężniejszej niż wola ludzka, zdolnej złamać opór
ludzki i przymusić człowieka do moralności; a i nie ma autorytetu bardziej
wzniosłego i zaufania godnego od ludzkich przeczuć i intuicji - autorytetu,
jaki mógłby uspokoić błądzących po omacku, że czyny, jakie zdają się im
cnotliwe, szlachetne i sprawiedliwe są w istocie takimi, za jakie je uważają,
i jaki potrafiłby sprowadzić zabłąkanych na drogę cnoty. Pod nieobecność
takiej siły i takiego autorytetu, ludzie zdani są na pastwę swych impulsów i
instynktów. Te zaś ostatnie, jak powtarzają bez znużenia kaznodzieje, mogą
zrodzić jeno grzech i zło, lub - jak upewniają nas z kolei filozofowie - nie
zagwarantują poprawnego postępowania ani poprawności sądów etycznych.
Jednego możemy być pewni: jakakolwiek moralność istnieć może w społeczeństwie,
jakie przyznało otwarcie, że brak mu podstawy i celu, i że tylko chybotliwa
kładka konwencji przykrywa Otchłań ziejącą, tam gdzie tkwić winny jego
fundamenty, może być jedynie moralnością etycznie nieufundowaną.
Tworzy się ona sama, może też skasować to, co zbudowała i odtworzyć w innej
zgoła postaci - a wszystko to dzieje się w toku zawiązywania i rozwiązywania
stosunków międzyludzkich, w trakcie tego, jak ludzie schodzą się ze sobą i
rozchodzą, porozumiewają i kłócą, przyjmują lub odrzucają stare lub nowe
więzi i lojalności. Tyle wiemy na pewno. Wszystko inne, w tym i konsekwencje
owego stanu rzeczy, nie jest bynajmniej jasne.
Być może jednak nie ma podstaw dla rozpaczy, być może przesadzamy z tą
niewiedzą. Koniec końców, samostanowienie się społeczeństwa nie jest niczym
nowym - jest co najwyżej nowością w sensie „ostatnich wiadomości". Od
najbardziej zamierzchłych czasów społeczeństwo istniało i odtwarzało się drogą
samostanowienia - jedyna różnica polegała na tym, że jego członkowie nie
zdawali sobie sprawy, że tak się właśnie rzeczy maja..
Łatwiej, jak się zdaje, podporządkować się rozkazom odgórnym niż logice
własnych, niesprawdzonych jeszcze pomysłów: gdy w grę wchodzi przykazanie
odgórne, łatwiej jest znosić następstwa własnych czynów, cierpienia zdają się
mniej dotkliwe, głos sumienia dociera stłumiony, a świadomość
odpowiedzialności nie rozdrapuje otwartej rany porażki (zbrodzień, który na
sądzie wskazuje palcem tych na górze", których rozkazy wykonywał, znakomicie
orientuje się na czym ta różnica polega). Przeżywa się kres „samozaciemniania"
boleśnie głównie dlatego, że trzeba stanąć twarzą w twarz z
odpowiedzialnością, którą musi się teraz wziąć na siebie, i na którą nie widać
wokół chętnych.
Prawdę mówiąc, nowa samo-świadomość nie czyni zadania samo-kreacji łatwiejszym
niż w czasach samo-zaciemnienia, ale nie ma powodów by sądzić, że czyni je ona
trudniejszym niż było wtedy. Sprawy zmieniły się w tym tylko sensie, że
widzimy dziś jaśniej niż kiedykolwiek trudności, w jakie zadanie obfituje i
przeczuwamy, że nie ma na nie łatwego lekarstwa; nie spodziewamy się już, by
można było przed nimi uciec lub ich obecność zignorować z pomocą nowych,
wy-myślniejszych niż wprzódy, wybiegów."
Zygmunt Bauman, Dwa szkice o moralnosci ponowoczesnej
pod rozwage polecam