kruche_ciacho
21.10.07, 11:04
znamy się dobrych pare lat, razem studiowałyśmy, imprezowałyśmy i
robiłyśmy mnóstwo nie zawsze mądrych rzeczy-z ta różnica że ona była
i jest mężatką z dzieckiem, świetnie sytuowana materialnie, ja byłam
singlem i typem samotnika
ona wciąż miała niezliczone romanse, w sumie nie pamiętam czasu żeby
nie miała kogoś na "boku", czasem były to krótkie wyskoki czasem
kilkuletnie związki, oczywiście okupione nerwami, płaczem bo mąż, bo
kochanek bo coś tam
ja w rewanżu wypłakiwałam się również nad moimi kolejnymi
nieszczęsnymi znajomościami - wypiłyśmy razem cysternę drinków,
przegadałyśmy miliony godzin
do tego wzajemna pomoc w sprawach codziennych - o tak, mogłam na nia
liczyć w sumie nadal mogę ale.......
niespodziewanie poznałam mego męża i odkąd jesteśmy razem wszystko w
moim zyciu zaczęło się układać nadzwyczaj dobrze
jestesmy szczęśliwi, spodziewamy się dziecka
ja dorosłam do roli żony i matki,wartość rodziny przedkładam nad
jednorazowe wyskoki i szaleństwa, chyba po prostu mówiąc
potocznie "wyszumiałam się"
i odtąd nasze kontakty stały się hmmmm..... płytkie? ona tkwi w
kolejnym związku bez przyszłości z żonatym facetem, na początku była
euforia teraz jakieś odrętwienie czyli stany które przerabiała
milion razy
czuję się winna kiedy na pytanie co u mnie mówię: świetnie, super.
Po prostu rozmowa się urywa, z kolei ja nie mogę rozmawiać na temat
jej romansu bo ponoszą mnie nerwy że po raz setny pakuje się w byle
co.
Czy wobec tego nasza "przyjaźń" opierała się tylko na naszych
niepowodzeniach? Czy robię coś nie tak, jak powinnam się zachować?
Czuje że kosztem udanego małżeństwa straciłam bliską mi osobę. A
może to nie była prawdziwa bliskość....???