zatenturi
24.07.03, 11:46
Drogie internautki, drodzy internauci,
na poczatku listu pragne przeprosic za nizej
nastepujaca niespojnosc, nieposkladanie tresci, za
ucieczke mysli. Problem, o ktorym napisze, jest dla
mnie zbyt bolesny, zbyt zlozony, aby przedstawic go
czytajacym, a przede wszystkim sobie, w sposob jak
najbardziej zrozumialy.
Nie znajduje odpowiedzi na pytania, nie znajduje
rozwiazan. Byc moze Wy, oddaleni od opisywanej
sytuacji, trzezwo myslacy swiadkowie opowiesci o cudzym
zyciu stworzycie klucz do drzwi, ktorego ja ani moi
bliscy dzis nie odnajdujemy.
Jakis czas temu okazalo sie, ze moj o dwa lata mlodszy
brat jest nosicielem wirusa HIV. Z chwila, gdy
dowiedzielismy sie o zblizajacej tragedii swiat, zycie,
plany naszej rodziny legly w gruzach. Od tego dnia, do
dzis, nie wiemy co znaczy dobry dlugi sen, nie myslimy
o wakacjach, urlopach, o tym co bedziemy robic i jak
zyc za lat piec czy dziesiec. Czas zatrzymal sie w
miejscu proszac tylko o kolejny nowy, przezyty razem
dzien. Bedac nosicielem wirusa mozna wiele lat zyc, ale
nie w przypadku mojego brata. Pozwolcie prosze, ze
zaoszczedze Wam opowiesci o powoli rozwijacej sie
chorobie, o pozornym nierozprzestrzenianiu sie wirusa,
towarzyszacej radosci i rozpaczy na widok kolejnych
dodanych informacji do epikryzy i spadku formy
organizmu. Wiem, ze opowiesc o chorobie paralizuje
kazdego sluchajacego. I choc moj brat i my-jego rodzina
doswiadczamy tyle ciepla, wspolczucia, troski zdajemy
sobie sprawe, ze TYLKO on musi zyc i dzwigac wlasny
nieodwolywalny do zadnej instancji los. My musimy
patrzec jak cierpi i wspierac go, jedyne co mozemy dzis
zrobic.
Dodam jeszcze, ze Slawek (on tak nie nazywa sie, lecz
dzis tak go ochrzcze , pragne bowiem, aby i dla Was
mial jakies imie) nie jest gejem. Byl kiedys chory na
zoltaczke, lezal w powiatowym szpitalu. Do dzis wszyscy
bija sie z myslami jak moglo do tego dojsc. Nieuwaga,
zaniedbanie, szok to za malo, aby usprawiedliwic
zblizajaca sie wielkimi krokami smierc.
Odnosze wrazenie, ze Slawek pogodzil sie z mysla, ze
nigdy nie zrealizuje planow, nigdy nie zobaczy
wymarzonej Nowej Zelandii, nie poplynie na desce
surfingowej...
Jest jednak pewne, powazne „ale”. Slawek jest
przystojnym dwudziestokilkulatkiem, ktory zwraca uwage
dziewczyn. Zdaje sobie sprawe ze swej atrakcyjnosci
zwlaszcza, ze znajduje potwierdzenie. Pewnego dnia
zadzwonila do nas jego dziewczyna (nie wiedzielismy ,
ze spotyka sie z kimkolwiek) blagajac o pomoc w
zatrzymaniu go. Spotkalam sie z nia. Okazalo sie, ze
byli! ze soba kilka miesiecy, ona go kocha i chce z nim
byc. Nie powiedzial jej o chorobie, malo tego,
uprawiali seks (Slawek jest jej pierwszym chlopakiem).
Wysluchalam opowiesci o milosci, nadziei i obiecalam,
ze porozmawiam z nim. Po powrocie do domu zapytalam go
dlaczego stwarza zagrozenie zycia, dlaczego rani Bogu
ducha winna osobe. Dlugo siedzial na wersalce ze
spuszczona glowa wreszcie przemowil. Stwiedzil, ze jest
w pelni swiadomy choroby i nie chce wiazac sie z zadna
dziewczyna nie majac przyszlosci a czas jego jest
policzony (myslalam wtedy tylko o tym, zeby nie
rozplakac sie potwierdzajac prawdziwosc wypowiedzianych
slow). Dodal, ze los go skrzywdzil, nie dajac mu szansy
takiej jaka mam ja. Niedlugo pozniej kolejny telefon,
tym razem od innej „ofiary”. Slawek nie rozmawia juz ze
mna, nie wiem co mysli, co czuje. Czy w ten sposob
pragnie zagluszyc niedowracalna przyszlosc a raczej jej
brak, czy tez pragnie stworzyc namiastke normalnego
zycia, zdobyc poczucie bycia potrzebnym, kochanym,
wiedzac, ze nigdy nie stworzy rodziny, nigdy nie bedzie
mial dzieci... ?? Nie wiem, bije sie z myslami.
Ostatnio w zlosci wyzwalam go od bandziora i egoisty
myslacego tylko o sobie a nie o dziewczynach. Nawet nie
wiem, czy ich nie zarazil.
Nie wiem co robic, rodzice o niczym nie wiedza.
Doradzcie mi prosze. Czy powinnam go powstrzymac, czy
pozwolic, aby ulozyl sobie swoje krotkie zycie z kims,
kto bedzie przy nim do konca? Czy Slawek ma prawo
utrzymywac swoja chorobe w tajemnicy narazajac tym
samym innych na niebezpieczenstwo? Czy dziewczyny,
ktore rozkochuje w sobie i porzuca powinny wiedziec co
dzieje sie w jego glowie, w organizmie, by moc
zdecydowac sie swiadomie na bycie lub nie bycie z nim?
Wydaje mi sie, ze wiem jak ja zachowalabym sie na jego
miejscu, ale przeciez to nie ja jestem chora. Nie wiem
co dzieje sie w jego psychice, o czym mysli, gdy my
zasypiamy na kilka godzin by odpoczac, by na chwile
zapomniec.
Bede wdzieczna za kazda nawet najkrotsza rade, ktora
moze przyczynic sie do znalezienia jakiegokolwiek
rozwiazania. Wiem jedno, dalej tak nie moze juz byc.
Bedzie tylko coraz gorzej dla niego, rodziny oraz innych...
zatenturi