Gość: zagubiona
IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl
03.08.03, 21:21
Nagłówek brzmi śmiesznie, ale moja sytuacja wcale śmieszna nie jest (tak
sądzę). Ślub faktycznie bardzo niedługo, już wszystko załatwione, zakupione i
zorganizowane. Mieszkamy ze sobą kilka lat, mamy wspólne mieszkanie,
planujemy dziecko. A ja właśnie ostatnio rozmyślam sobie o tym i dochodzę do
następujących wniosków:
1. ja wcale nie lubię tego faceta, to znaczy lubię, ale nie na tyle, żeby z
nim spędzić jeszcze jakiś dłuższy czas, te parę lat mi wystarczyło
2. ani (ostatnio) seksu z nim
3. ani jego rodziny
4. irytują mnie (coraz częściej) z nim rozmowy
5. właściwie to mnie nudzi
6. wcale nie chcę mieć z nim dziecka, nie wiem czy w ogóle chcę je mieć
7. perspektywa ślubu niespecjalnie mnie cieszy, organizowanie średnio mnie
bawi
8. i to wszystko coraz mocniej ze mnie wyłazi, i to go, oczywiście, rani, bo
on tu nie jest niczemu winien - to ja go zaakceptowałam takim, jakim jest, a
teraz przestało mi się podobać
Winna jestem ja, a dokładnie
1. mój lęk przed samotnością
2. skłonności do samooszukiwania się i ignorowania własnych uczuć
3. brak wiary w siebie, a w związku z tym skłonność do godzenia się z tym, co
tak naprawdę mi nie odpowiada
4. lenistwo?
Jakie mam możliwości?
1. wyjść za niego i zaciskać zęby aż do późnej starości (masa ludzi tak żyje)
2. oznajmić mu, że nic z tego, i zmarnować kawałek życia sobie i jemu
3. wyjść za niego, a kiedy zaczną się poważne problemy (to znaczy zacznie
wyłazić, że ja właściwie tego nie chciałam) zacząć utrzymywać jakiegoś
psychologa od małżeństw i udawać, że jest ok
4. przekonać się, że tak naprawdę to wszystko tylko mi się zdaje, i że będzie
dobrze
Czy to może normalny syndrom przedślubny? Nie wiem, co robić. Na razie
zaczęłam się zastanawiać, czy utrzymałabym się samodzielnie. Sprawa jest
poważna.
Z.