jaerra
01.03.09, 14:15
Nie wiem, czy to jest odpowiednie forum na tego typu pytania i przemyślenia, ale spróbuję…I pewnie będzie trochę chaotycznie.
Od pewnego czasu jestem w związku, który zmienił moje życie na lepsze – mam kogoś, kto mnie słucha i rozumie, na kim mi zależy, z kim jestem szczęśliwa (ta osoba ze mną też jest szczęśliwa, żeby nie było). Przyznaję, że potrzebne mi to było – mieć przyjazną duszę, bo niestety w domu trwała i po części nadal trwa emocjonalna susza. Teraz, kiedy ja wyszłam „na prostą” to mam wrażenie, że mam coraz lepszy kontakt z rodziną i jestem bardziej otwarta na rozmowy (nauczyłam się tego od partnera). Ostatnio sytuacja w mojej rodzinie trochę się poprawiła i wygląda na to, że będzie „poprawnie”. Zauważyłam, że bardzo się przejmuję sytuacją w domu i czasem mam pewne wątpliwości, że może powinnam być z nimi, a nie żyć własnym życiem i (o, zgrozo!) być szczęśliwa. Wiem, dość dziwne przekonanie. Przejdę do sedna - ostatnio zastanawiałam się nad tym, że mogłabym oddać wszystko, żeby tylko moja rodzina była szczęśliwa i żeby było dobrze. O dziwo, kiedy myślę o moim partnerze, wcale nie mogę bez wahania powiedzieć, że mogłabym zrobić to samo. Jakbym miała pewne opory. A przecież jestem z nim szczęśliwa, chcę z nim być, kocham go. Czy jest na to jakieś wyjaśnienie? Z czego może to wynikać? Jak jest w waszym życiu i jakie macie granice poświęceń dla innych?