tuptus110
20.04.09, 18:45
Nie wiem czy trafilam na wlasciwe forum - w razie czego, prosze nie linczowac
;)Sama nie wiem po co to pisze...wroc...czemu akurat do Was. Moze dlatego, ze
latwiej mowic o takich sprawach bedac chociaz czesciowo anonimowa. W kazdym
badz razie znowu mam wrazenie, ze dostalam porzadnego kopniaka od losu -
takiego, ktory zwala z nog i czlowiek stara sie podniesc, ale albo nie daje
rady, albo idzie to bardzo opornie.
Pierwsza proba wytrzymalosci hmmm psychicznej (?) to koniec drugiej klasy
liceum i diagnoza: stwardnienie rozsiane. Szok i niedowierzanie. "Przeciez
jestem na to za mloda! Co z matura i studiami, co z rodzina i dalszym
zyciem??? Jezu, to jest nieuleczalne!!!" Gonitwa mysli towarzyszyla mi jeszcze
dlugo po tym, jak opuscilam szpital. Nie bylo latwo, ale jakos sie z tym
pogodzilam - moze dlatego, ze sterydy pomogly.
Potem byly kolejne rzuty choroby, kolejne pobyty w szpitalu, SM pomalutku
atakowalo cale cialo - raz nogi, raz rece, raz oczy, raz mowe...Dzieki Bogu za
sterydy i dzieki, ze na nie dobrze reaguje...chociaz niestety chyba ostatnio
coraz slabiej:( Kazdy pobyt w szpitalu czegos mnie uczyl, a najbardziej tego,
ze nie warto nikomu ufac, ze nie warto mowic o swojej chorobie, bo czlowiek
zostaje sam. Niby w okolo sa jakies "niedobitki przyjaciol", ktorym sie
wydaje, ze rozumieja, ale nie...oni nie sa w stanie pojac co to znaczy i jaka
walka jest zycie kazdego dnia.
Ktos moglby powiedziec, ze sa ludzie, ktorzy maja gorzej...w koncu ja jeszcze
chodze, widze, mowie...tylko czasem mysle, ze SM ukradlo mi cos cenniejszego:
ambicje, plany i marzenia. Przez chorobe zawalila studia - poddalam sie na
ostatnim roku, gdy praca dyplomowa zostala zatwierdzona przez promotora i gdy
podczas sesji znowu przypomnialo o sobie SM. Nie mialam juz sily. Pierwszy raz
tak naprawde sie porzadnie wystraszylam, wiec ambicje trzeba bylo odlozyc w
kat i zajac sie swoim zdrowiem.
Jak juz doszlam do siebie, zaczelismy z moim chlopakiem planowac malzenstwo
(pomimo choroby i wczesniejszych zawodach milosnych, udalo mi sie poznac
wrazliwego i dobrego faceta, ktoremu nie przeszkadzalo, ze zawsze bedziemy
przynajmniej we trojke: ja, on i SM)). Po slubie troszke za namowa pani
neurolog /SM sie nieco upokoilo) podjelismy decyzje o powiekszeniu rodziny.
Boze, jak my wyczekiwalismy naszego dzidziusia. 3 tyg. po narodzinach
coreczki, okazalo sie, ze jest powaznie chora i wymaga operacji
neurochirurgicznej. Kolejny "prezent" od losu - jak bysmy nie mieli juz dosc
problemow.Szpital non stop odwolywal nam terminy operacji dziecka, non stop
zmieniali date, wiec dla nas to byl ogromny stres. Tym bardziej, ze pozniej
moglo juz nie chodzic tylko o zdrowie naszego dziecka, ale i zycie.
Poza tym po narodzinach coreczki tesciowie /a mieszkalismy wtedy z nimi/
zagubili sie w swoich rolach. Nas zaczeli wypierac z roli rodzicow - sami
chcieli sie caly czas zajmowac dzieckiem - nam "laskawie zostawiajac pory
karmienia i noce.Zachowywali sie tak jakby to oni byli jej rodzicami, a nie
dziadkami. Dlugo udalo nam sie milczec /jak nam sie wydawalo dla dobra naszej
coreczki swietego spokoju w rodzinie/, ale bylo coraz gorzej. Wytrzymalismy u
tesciow 9 miesiecy. Teraz jestesmy na swoim i mniej sie denerwujemy,
aczkolwiek tesciowie i tak na swoj sposob staraja sie ingerowac w nasze zycie.
Przez ta cala sytuacje w domu tesciow i przez chorobe coreczki bylam jednym
wielkim klebkiem nerwow, wszystko co robilismy bylo zle w oczach tesciow, a
najgorszy byl strach o zdrowie coreczki. Teraz coreczka jest juz po operacji a
my mieszkamy na swoim, ale przy roznych swietach rodzinnych spotykamy sie z
tesciami - chcemy, zeby wnuczka miala kontakt z dziadkami. Spotykamy sie,
chociaz dla nas obojga nie jest to mile...
I chyba nadal nie radze sobie z ta sytuacja...i chyba mam zal do losu? Boga?
ze tak nam sie poukladalo...