nieznanyadres
30.06.06, 22:13
Pewne zdarzenie dnia dzisiejszego przypomniało mi stary, niezbyt może
elegancki, ale niegłupi dowcip. I od niego zacznę swój wpis na tym forum.
Przychodzi facet z parasolką do apteki. Jest trzeci w kolejce. Dochodzi do
okienka i prosi o prezerwatywę. Na to farmaceutka z drugiej strony -"Co
proszę?" - "Prezerwatywę proszę" - mówi już trochę głośniej speszony Gość.-
"No niech pan głośniej powie, bo nie słyszę" - donośnie powtarza
Farmaceutka. - "Prezerwatywę proszę! Będę dziś robić te rzeczy!" - Wrzeszczy
w końcu na całą aptekę, poirytowany na maxa Gość. Udaje mu się otrzymać
towar, płaci, wychodzi, ale ze zdenerwowania zapomina parasolki. Jest już
jakieś 50 metrów od apteki, w sporej grupie przechodniów, gdy Farmaceutka
zauważa zapomnianą parasolkę, chwyta ją, czym prędzej i ze schodów apteki
krzyczy: "Proszę pana!" Obraca się jakiś facet. "To nie pan, to nie pan, to
tamten pan!" - Krzyczy ponownie Farmaceutka. Obraca się kolejny facet. - "To
nie pan, to nie pan! To tamten pan, co kupował prezerwatywę!" - Wrzeszczy Na
całe gardło Farmaceutka.
No właśnie! Ile razy zdarzyło się Wam, kupować leki lub jakąś intymną rzecz w
aptece i byliście zmuszeni do głośniejszego powtarzania nazw zakupów w
krępującej sytuacji?
Przepraszam, ale nie wszystko, zawsze możemy kupić w innej dzielnicy miasta,
czasem po prostu musimy kupić w osiedlowej aptece. Dlaczego sąsiad ma
wiedzieć, że Teściowa używa pampersy, szwagier regularnie przyjmuje węgiel, a
nastoletnia córka dostała okres? Czy sąsiad musi się jąkać ze zdenerwowania
kupując prezerwatywę, tabletki na nerwy i maść na porost włosów?
Pomijając tak przerysowane jak to właśnie nawoływanie do głośniejszego
powtarzania nazw krępujących leków aczkolwiek zdarzające się przykłady
niedyskrecji osób sprzedających apteczny towar, muszę tu jeszcze dodać, że
jeszcze nie spotkałam aptekarza, który by pakował podpaski do kryjących towar
torebek.
Nie wiem, do jakiego stopnia winni są aptekarze, przeczcież realizując
receptę muszą pokazać klientowi lek, aby z nim skonsultować, więc siłą rzeczy
widzi to następny klient, który stoi z tyłu.
Nauczyliśmy się w bankach, że przy kasie może stać tylko jedna osoba, ten
nawyk stosujemy też przy bankomacie, niestety - nie w aptece. Sama się dziś
na tym przyłapałam. Na ogół nie interesuje mnie, co, kto kupuje, ale dziś
spieszyło mi się dosyć, a osoba przede mną kupowała długo i cierpliwie:
plastry z opatrunkiem, plastry bez...bandaże... potem leki na bóle
brzucha...potem na bóle głowy...Stojąc tak i czekając jak ten ostatni gamoń,
cieszyłam się, że ta osoba właśnie mi przypomniała, iż muszę uzupełnić zapasy
środków opatrunkowych w domowej apteczce. Już sobie wszystko w głowie
ułożyłam, co muszę dokupić, gdy osoba ciągle wymieniała kolejne nazwy. W
końcu podała ostatnią...Nie zwróciłam na to szczególnej uwagi, choć
rzeczywiście usłyszałam, po czym zaczęłam podobnie jak mój poprzednik
wymieniać nazwy...Gdy pojawiła się na ladzie ostatnia rzecz, ta, po którą
właściwie tu przyszłam...Gdy aptekarka spakowała mi ją w worek, który był a
jakoby go wcale nie było... Nagle uświadomiłam sobie swoje bezwiedne
zachowanie. Przecież tyle razy było mi tak strasznie głupio wymieniać
krępujące nazwy leków! Tyle razy wściekałam się na aptekarzy, na głos
powtarzających głośno nazwę czegoś, czego nie chciałabym, aby klienci z tyłu
słyszeli...I to nie, dlatego, że jestem jakaś zahamowana, czy wsiowa i
wstydzę się, że jestem ludzką istotą, tylko po prostu ze zwykłej potrzeby
zachowania intymności. Wygląda na to, że moja osiedlowa apteka, razem z jej
personelem i klientami jest już dla mnie jak Goździkowa. Ale czy zawsze? No
nie, niestety nie. Moje wyjątkowo bezmyślne, dzisiejsze zachowanie, zostało
zaraz upomniane, właściwie prawie natychmiast. Wychodząc, zerknęłam na
krzesło stojące przy oknie i zadałam sobie pytanie "ile razy skorzystałam z
niego, gdy byłam w aptece z tylko jedną jeszcze osobą?" Owszem, korzystałam,
ale wcale nie kierowana dyskrecją, tylko zmęczeniem lub niecierpliwością.
Dziś też już nie mogłam się doczekać... ;o) i już chciałam sobie klapnąć,
gdyby nie to, że chciałam przy okazji przypomnieć sobie, czego jeszcze
brakuje mi w domu ze środków opatrunkowych...Krzesło to zawsze kojarzyłam z
miejscem dla osoby potrzebującej, starszej, z dzieckiem, inwalidą...Zresztą
słusznie, czy jednak, gdy nie ma w aptece takich osób, nie powinnam
skorzystać z wygodnego krzesła zamiast sterczeć za plecami klienta, który
długo i cierpliwie wymyśla drobiazgi, licząc na to, że się zniecierpliwię,
wyjdę i wrócę do apteki ponownie po chwili. Teraz myślę sobie, że ta osoba,
być może wcale nie potrzebowała tej ostatniej rzeczy, ale widząc jak
rejestruję wzrokiem jej kolejne plastry i środki przeciwbólowe, przypomniała
sobie ten sam dowcip, który i ja znam, a który to zamieściłam na początku
tego postu...?
Często, zapominamy, że to, co nas uwiera, przeszkadza również innym z naszej
strony, gdy długo nam samym się nie zdarzy, ale czasem życie nas upomina
dosyć szybko.
Dzisiejsza sytuacja skłoniła mnie do refleksji nie tylko nad samą sobą i nad
zachowaniem aptekarzy, ale również nad organizacją apteki. Samo krzesło w
oddalonym kącie nie jest rozwiązaniem, tym bardziej, kiedy jest w aptece
kilka osób lub osoba niepełnosprawna czy starsza. Oczywiście rozwiązaniem
jest dyskrecja własna klienta, czyli pozostanie w znacznej odległości od
kupującego klienta. Niestety, sporo aptek to małe pomieszczenia i w przypadku
większej ilości osób i tak robi się niedyskretna ciasnota. Ale nie jest to
oczywiście wytłumaczenie własnego zapomnienia się. Zawsze można, choć krok z
tyłu pozostać i zainteresować się wystawką, pozostawiając poprzednikowi choć
trochę intymności. Mimo wszystko wpadł mi do głowy jeszcze inny pomysł. Nie,
nie jest to napis na okienku, że może stać przy nim tylko jedna osoba. To
jest pomysł na odgrodzenie części pomieszczenia z osobą kupującą, od części
pomieszczenia z pozostałą kolejką "szklaną" ścianką (z pleksy oczywiście, dla
bezpieczeństwa), albo ścianko-regałem, który mieściłby w sobie reklamowane
leki, czy kosmetyki. Wszystko mogłoby być tak urządzone, aby apteczny
personel miał kontrolę nad całością, a jednocześnie klient miał swój azyl.
Proszę powiedzcie, co o tym myślicie, bo wydaje mi się, że nie spotykam, aby
ktoś poruszał ten temat, to takie trochę tabu...No! Pomijając ten całkiem
niegłupi dowcip, który zrodził się zapewne w umyśle jakiegoś nastoletniego
desperata kupującego środki przeczyszczające dla Babci.
Pozdrawiam i czekam na wasze zdanie.