Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA

    IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 09.08.01, 12:01
    Witam wszystkich, którzy zechcieli to przeczytać.
    Zanim zdecydowałem się na napisanie tego tekstu przeczytałem inne, które
    znajdują się na forum i dotyczą polskich Dilbertów. Zdałem sobie sprawę, że od
    wielu lat mam do czynienia z jego bardziej chamską i prymitywną formą. Nie
    oczekuję dyskusji, ale jedynie prezentuje historię firmy, w której pracuję i
    ludzi w niej zatrudnionych, podkreślam, że wszystko, co opisuję zdarzyło się
    naprawdę i w większości opisywanych zdarzeń występowałem w charakterze świadka
    lub słuchacza. Choć historie te wydają się nieprawdopodobne to niestety miały
    miejsce. Tekst ten traktuję trochę jako ujście dla mojej frustracji i
    bezsilności.
    Obserwuj wątek
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 09.08.01, 12:07
        Z wiadomych względów nie będę używał prawdziwych imion i nazw, zanim przejdę do
        historii z udziałem głównego bohatera, czyli Dyrektora Buraka podam opis
        (sytuacyjny) firmy abyście mogli spróbować zrozumieć pewne zachowania
        niektórych bohaterów.

        Firma powstała 10 lat temu jest polskim oddziałem niemieckiego
        przedsiębiorstwa, zatrudnia ok. 300 osób – w większości są to niewykształceni
        pracownicy fizyczni, blisko 90 % załogi to kobiety pochodzące z małych
        miejscowości i wiosek. Charakter produkcji wymaga od pracownika jedynie
        cierpliwości i po przeszkoleniu trwającym około tygodnia mamy gotowego
        pracownika, który może obsługiwać maszynę. W okolicy miejscowości, w której
        jest siedziba firmy panuje bezrobocie na poziomie 20-30 % i w dziale kadr
        przedsiębiorstwa co miesiąc składane jest około 30 podań o pracę.
          • Gość: dexterek011 Linki do wszystkich części IP: *.dynamic.chello.pl 01.05.14, 00:31
            Dobra, skoro już niechcący podbiłem wątek, to tutaj zamieszczę linki do wszystkich części, tak aby młodzi i niecierpliwi sobie spokojnie mogli poczytać.

            Część 1, "Początek kariery Dyrektora Buraka "
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,104545,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 2, "Pierwsza praca Dyrektora Buraka"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,105630,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 3, "Druga praca Dyrektora Buraka"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,108792,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 4, "Dyrektor Burak stawia pierwsze kroki w „wielkim biznesie”
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,110126,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 5, "Dyrektor Burak stawia pierwsze kroki w „wielkim biznesie” cd"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,116131,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 6, "Firma rusza"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,116861,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 7, "Wujek poznaje Dyr. Buraka (właściwie od niedawna Prezesa)"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,119107,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 8, "Dyr. Burak i przypadek z ciężarówką"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,121161,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 9, "Dyr. Buraka walka ze stresem"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,126283,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 10, "Dyr. Burak jako Kaowiec"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,130446,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 11, "Druga „rzecz”, która uratowała Dyr. Buraka"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,139697,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 12, "Dyrektor Burak zdobywa polski rynek"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,150400,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 13, "Dyrektor Burak i Gacek"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,178046,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html
            i forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,179894,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 14, "Gacek przybywa"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,186295,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 15, "Kariera Dyr. Buraka zawisła na włosku"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,192165,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 16, "Ścieżka kariery według Buraka"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,211056,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 17, "Kilka słów o Gacku"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,216552,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 18, "Eksperyment Waldka"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,226180,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 19, "Przypadki Dyr. Buraka ze sponsoringiem i nie tylko"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,248143,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 20, "Dyr. Burak i tragedia z PKS-em"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,273436,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html

            Część 21, "Dyr. Burak i tragedia z PKS-em cd"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,332549,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA_Rifun_u_Waldka.html

            Część 22, "Wielkie Zmiany"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,364829,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA_Rifun_u_Waldka.html

            Część 23, "Wielkie Zmiany cd"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,404398,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA_Rifun_u_Waldka.html

            Część 24, "Wielkie Zmiany Zakończone, Rozpoczęła się Rewolucja"
            forum.gazeta.pl/forum/w,279,104037,1090116,Re_PRZYPADKI_DYREKTORA_BURAKA.html
        • Gość: przerażona Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.cvx.ppp.tpnet.pl 13.10.04, 00:24
          Po raz pierwszy czytam i uczestniczę w takiej dyskusji i mam nadzieję ostatni!
          Przypadki Dyr Buraka przeczytałam jednym tchem!(gratuluję polotu literackiego i
          lekkości pióra)Jestem przerażona!!!Nie zdawałam sobie sprawy z potęgi internetu!
          Żyjesz sobie spokojnie lub niespokojnie,jesteś Burakiem,Marchewką Kurą lub
          Myszką ;a tu na łamach tzw klubu dyskusyjnego jakiś Gość zamiast pracować
          (większość wypowiedzi RIFUN pisze w godzinach pracy!)opisuje Twoje życie!Na
          początku tylko po to by dać upust swoim frustracjom,ale potem tak się rozkręca
          że opowiadanie przybiera postać lawiny obrazliwych epitetów ,dat, opisów coraz
          bardziej prywatnych spraw!Opowiadanie o kradzieży auta z takim cynizmem i
          drwiną to apogeum okrucieństwa!Nie jeżdżę Mercedesem(choć pewnie bardzo bym
          chciała)ani Volvo ale na samą myśl o tym że ktoś napada na kogoś ,obojętnie czy
          jest to rodzina Buraków czy Szczypiorków,ktoś wyciąga nóż,popycha czy bije
          pasażerów,a dziecko jest świadkiem bezradności rodziców,budzić powinno
          współczucie a nie drwinę!Jestem przerażona że na stronach internetu można
          kogoś publicznie i bezkarnie oczerniać,obrażać i w dodatku znajdować aprobatę
          czytelników żądnych coraz pikantniejszych szczegółów.RIFUN jeśli kiedyś
          przeczytasz ten przydługi tekst to odpowiedz na pyt.czy jesteś z siebie dumny?Z
          tego artykułu?A swoją drogą Burak nie jest wcale aż takim burakiem jak Go
          opoisałeś;ma też wiele pozytywnych cech ale pewnie zabrakło czasu lub miejsca
          na ich dodanie.
          Kończę przestrogą:uważajcie bo kiedyś obudzicie się,otworzycie swój komp i
          przeczytacie o sobie PRZYPADKi nie koniecznie te ,którymi chcielibyście się
          dzielić z całą Polską!
          Zegnam Przerażona
          • Gość: niewiadomo do przerażonej IP: *.internetdsl.tpnet.pl 28.12.04, 11:16
            Masz rację. Ale jedno tylko ci powiem.
            Nie kazdy pracuje tak jak RUFIN chociaż nie wiadomo czy pisze to w pracy. Jedno
            wiem, sposób w jaki traktują nas pracodawcy to dopiero jest powód do
            przerażenia. Dają nam najniższe place za caly dzień pracy, wykorzystują nas jak
            mogą, obrażają, poniżają, mówią że jak nam się nie podoba to za bramą stoją
            setki czekających na nasze stanowisko. I żerują na ludzkich tragediach, ludzie
            chyrają na was ile wlezie często nie mając urlopu przez kilka lat a wy się
            kąpiecie w dostatkach, wyjeżdżacie na wyspy kanaryjskie i nie wiadomo jeszcze
            gdzie. A my za waszą najniższą krajową często nie mamy co do garnka wlożyć nie
            mówiąc już o lekach dla naszych chorych dzieci. Sami często z gorączką idziemy
            do pracy żeby nas nie wywalili przy najbliższej okazji. I taki jest żywot nas
            biednych ludzi abyście wy mogli stawiać sobie kolejne wille i palace i jeździć
            coraz to nowymi autami, a nas nawet często na bilet na autobus nie stać bo tak
            nam marnie placicie. Najlatwiej jest oszczędzać na pracownikach. I tyle.
            • Gość: przerażona Re: do przerażonej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.01.05, 22:19
              Pewnie tak jest.Nie doświadczyłam wyzysku człowieka przez człowieka bo nigdy
              nie miałam nikogo nad sobą;to ogromny komfort!Ale nie miałam też nikogo pod
              sobą,nie mam pracowników których mogłabym poniżać czy wykorzystywać!Twoje "WY"
              jest więc nadinterpretacją moich przemyśleń na temat swobody i bezkarności
              wyrażania opinii poprzez internet.Dobre samochody ,wille,bajeczne wakacje są
              małą rekompensatą za ciężką pracę bez urlopów,bez zwolnień gdy boli gardło czy
              temperatura rośnie do 40st,za odpowiedzialność,za rozłąkę z rodziną!Myślę że
              masz dużo racji ale wierz mi z racją jest jak z pupą-każdy ma swoją!I tyle
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 09.08.01, 13:15
        Część 1

        Początek kariery Dyrektora Buraka
        Dyrektor Burak pochodzi z małej pegeerowskiej miejscowości gdzieś w Polsce, w
        latach osiemdziesiątych doszedł do wniosku, że nasz kraj nie oferuje takim
        obiecującym młodym ludziom (wykształcenie średnie, podobno rozpoczął studia,
        ale ma problemy ze sprecyzowaniem nazwy uczelni i kierunku) jak on możliwości
        zrobienia kariery i postanowił wyemigrować do „NRF-u” (cytat). Trudno się z nim
        nie zgodzić, bo okres komuny to nie były raczej lata prosperity. Więc wyruszył
        wraz z całym majątkiem (żona i dziecko) do niemieckojęzycznego eldorado. Po
        dotarciu na miejsce przeszedł standardową procedurę – obóz uchodźców,
        zrzeczenie się obywatelstwa, wniosek o przyznanie obywatelstwa niemieckiego,
        wreszcie samo obywatelstwo. Lata te niestety osnute są mgłą tajemnicy, ponieważ
        sam bohater niechętnie wspomina, że jego Vaterland wymagał od swojego syna
        takich poświęceń (jak obóz przesiedleńców) i nie do końca dawał wiarę jego
        zapewnieniom o czysto niemieckich korzeniach. Wreszcie jednak nastąpił
        upragniony dzień i Dyrektor Burak otrzymał swój pierwszy i prawdziwie niemiecki
        Ausweis (czy jak oni nazywają Dowód Osobisty) z jego świeżo zdeformowanym
        (zniemczonym) imieniem i nazwiskiem. Obecnie Dyrektor Burak i jego rodzina ma
        ogromny problem, ponieważ okazało się że jego tłumaczenia na pytanie dlaczego
        zmienił imię i nazwisko to kłamstwo. Zawsze twierdził, że Niemcy go do tego
        zmusili, teraz rząd federalny postanowił że wszystkie imiona i nazwiska
        krzyżaków mają być pisane w oryginale, przy okazji okazało się że wszyscy o
        zmienionych nazwiskach specjalnie sobie tego życzyli.

        Cdn.
          • Gość: Ira Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.zgora.dialog.net.pl 09.08.01, 13:36
            Z tłumaczenia. NRF niedokładnie odzwierciedla nazwę. BRD - Bundesrepublik
            Deutchland naczy Republika Federalna Niemiec (RFN), a nie Niemiecka Republika
            Federalna (NRF). Różnica niby drobna, a jednak istotna, zwłaszcza dla Niemców.
            W pierwszym wypadku nacisk kładzie się na "republikę", w drugim na "Niemcy".
            Nietrudno zrozumieć pamiętając powojenną historię RFN. Pozdrowienia!
            • Gość: adam_ski Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: 195.94.222.* 09.08.01, 13:53
              > Z tłumaczenia. NRF niedokładnie odzwierciedla nazwę. BRD - Bundesrepublik
              > Deutchland naczy Republika Federalna Niemiec (RFN), a nie Niemiecka Republika
              > Federalna (NRF). Różnica niby drobna, a jednak istotna, zwłaszcza dla Niemców.
              > W pierwszym wypadku nacisk kładzie się na "republikę", w drugim na "Niemcy".
              > Nietrudno zrozumieć pamiętając powojenną historię RFN. Pozdrowienia!
              Moze... mi się jednak wydaje, że chodziło o różnicę NRFederalna -
              NRDemokratyczna. I za czasów odprężenia zaczęto w Polsce używać inaczej brzmiącej
              nazwy. Tak czy tak - to już historia...

              Adam
            • Gość: Alcest Re: NRF, RFN IP: 172.16.0.* / *.minrol.gov.pl 14.08.01, 15:32
              Gość portalu: Ira napisał(a):

              > Z tłumaczenia. NRF niedokładnie odzwierciedla nazwę. BRD - Bundesrepublik
              > Deutchland naczy Republika Federalna Niemiec (RFN), a nie Niemiecka Republika
              > Federalna (NRF). Różnica niby drobna, a jednak istotna, zwłaszcza dla Niemców.
              > W pierwszym wypadku nacisk kładzie się na "republikę", w drugim na "Niemcy".
              > Nietrudno zrozumieć pamiętając powojenną historię RFN. Pozdrowienia!

              Chodziło o to, że nazwa "Republika Federalna Niemiec" sugeruje obejmowanie
              całosci niemieckiego terytorium. Dlatego propaganda wolała u nas używać
              określenia Niemiecka Republika Federalna, jako mającej inny wydźwięk i niejako
              "równorzędnej" z nazwą NRD - Niemiecka Republika Demokratyczna. Niemieckich
              republik może być wiele - republika Niemiec raczej tylko jedna.
              • Gość: adam_ski Re: NRF, RFN IP: 195.94.222.* 22.08.01, 14:19
                > Chodziło o to, że nazwa "Republika Federalna Niemiec" sugeruje obejmowanie
                > całosci niemieckiego terytorium. Dlatego propaganda wolała u nas używać
                > określenia Niemiecka Republika Federalna, jako mającej inny wydźwięk i niejako
                > "równorzędnej" z nazwą NRD - Niemiecka Republika Demokratyczna.

                o, o właśnie. Sedno zostało nader precyzyjnie trafione ;-))

                Pozdrawiam

                a
                  • Gość: Alcest Re: NRF, RFN IP: 172.16.0.* / *.minrol.gov.pl 29.08.01, 11:01
                    Gość portalu: ona napisał(a):

                    > o, o wlasnie, SPISKOWA TEORIA DZIEJOW!
                    > hahahahahaha....

                    To nie hahaha, tylko prosty fakt.Jeśli sądzisz, że nazwa państwa nie może mieć
                    wydźwięku propagandowego, to spójrz np. na kłopoty, jakie mają obywatele tzw.
                    FYROM z uznaniem ich państwa za Macedonię albo trochę wcześniej; na problemy,
                    jakie miała Irlandia z doborem nazwy w czasie wybijania się na niepodległość,
                    kiedy W. Brytania nie chciała zaakceptować nazwy Republika Irlandzka, sugerującej
                    całkowite zerwanie związków z dawną metropolią.A jeśli uważasz, że uporczywe
                    określanie w dawnej prasie i TV RFN jako NRF miało inne powody, to napisz;
                    ciekaw jestem twoich, zupełnie nie spiskowych teorii.
                    • Gość: piotell Re: NRF, RFN IP: *.warta-vita.com.pl 29.08.01, 11:36
                      Bingo Alcest!
                      To nie spiskowa teoria dziejów tylko zwykła manipulacja propagandy. Tak samo
                      jak z nazwą terrorystów z RAF-u. Propaganda uporczywie tłumaczyła to jako
                      Frakcja Czerwonej Armii, podczas gdy Rote Armee to po prostu Armia Czerwona.
                      Tym sposobem starano się odsunąć wszelkie skojarzenia z wojskiem naszego
                      ukochanego, miłującego pokój i brzydzącego się przemocą ZSRR. Każdy chyba
                      przyzna, że Czerwona Armia brzmi abstrakcyjnie, natomiast Frakcja Armii
                      Czerwonej... Co ciekawe - sporo osób nie zwracało na to uwagi

                      Pozdrowienia :)))
                    • Gość: ona Re: NRF, RFN IP: *.cza.warszawa.supermedia.pl 29.08.01, 13:05
                      Gość portalu: Alcest napisał(a):

                      > Gość portalu: ona napisał(a):
                      >
                      > > o, o wlasnie, SPISKOWA TEORIA DZIEJOW!
                      > > hahahahahaha....
                      >
                      > To nie hahaha, tylko prosty fakt.Jeśli sądzisz, że nazwa państwa nie może mieć
                      >
                      > wydźwięku propagandowego, to spójrz np. na kłopoty, jakie mają obywatele tzw.
                      > FYROM z uznaniem ich państwa za Macedonię albo trochę wcześniej; na problemy,
                      > jakie miała Irlandia z doborem nazwy w czasie wybijania się na niepodległość,
                      > kiedy W. Brytania nie chciała zaakceptować nazwy Republika Irlandzka, sugerując
                      > ej
                      > całkowite zerwanie związków z dawną metropolią.A jeśli uważasz, że uporczywe
                      > określanie w dawnej prasie i TV RFN jako NRF miało inne powody, to napisz;
                      > ciekaw jestem twoich, zupełnie nie spiskowych teorii.


                      HEHEHEHEHEHEHEHEHE
                    • Gość: adam_ski Re: NRF, RFN IP: 195.94.222.* 06.09.01, 13:18
                      Gość portalu: Alcest napisał(a):
                      > spójrz np. na kłopoty, jakie mają obywatele tzw.
                      > FYROM z uznaniem ich państwa za Macedonię

                      Dokładnie - byłem w północnej Grecji na wczasach; pelno nalepek i haseł w
                      stylu "Macedonia is Greek" - aż zdumiewające. Podkreślanie greckiej własności
                      tzw. gwiazdy z Verginy (symbol który jest na fladze Macedonii).

                      adam
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 09.08.01, 16:17
        Część 2

        Pierwsza praca Dyrektora Buraka.
        Pierwszym etatem, jaki otrzymał (zdobył) nasz bohater na łonie kapitalizmu była
        posada kelnera. Co do miejsca pracy pojawiają się pewne wątpliwości w jednej
        opowieści jest to „najlepsza i bardzo ekskluzywna” francuska restauracja
        (najlepsza w mieście zamieszkania Dyr. Buraka) innym razem jest to klub nocny –
        równie „ekskluzywny i elegancki”. Gośćmi jednego i drugiego bywali możni świata
        biznesu Niemiec i nie tylko (w jednej z opowieści pojawił się nawet arabski
        szejk). Ekskluzywność, a przynajmniej profesjonalizm lokali należy poddać w
        wątpliwość, – ponieważ w owym okresie Dyr. Burak jeszcze nie posługiwał się
        swoim ojczystym językiem (niemieckim), ani żadnym innym europejskim (do
        dzisiaj). Jeżeli nawet pracował w owych miejscach (miejscu?) to raczej w
        charakterze pomywacza a nie kelnera. Niemniej jednak trzeba przyznać naszemu
        Dilbertowi, że po otrzymaniu upragnionego prawa do zasiłku socjalnego nie
        spoczął na laurach i nie zaczął korzystać z uciech kapitalizmu a zaczął szybko
        wspinać się po szczeblach drabiny społecznej. W tedy też po raz pierwszy
        zauważył u siebie nieprzeciętne zdolności do robienia złotych „interesów”.
        Zauważył że loże w lokalu nocnym (tym „ekskluzywnym”) są tak skonstruowane że
        pomiędzy oparciem i siedziskiem jest szpara w którą wpadają kluczyki, bilon i
        drobiazgi które siedzący tam goście noszą w kieszeniach. Zaproponował więc
        właścicielowi że będzie zostawał po godzinach i pomagał sprzątającym
        doprowadzić do porządku salę – właściciel oczywiście się zgodził i jeszcze
        wyraził zachwyt jaki to pracowity naród ci Polacy. Nie wiedział, że Dyr. Burak
        to żaden Polak tylko krzyżak z dziada pradziada. Nasz bohater nie
        przepracowywał się specjalnie ze sprzątaniem za to bardzo starannie przeglądał
        szpary w lożach. Po jakimś czasie nasz strateg wpadł na genialny pomysł jak
        zwielokrotnić zyski bez wkładu własnego. Pomysł był genialny w swojej prostocie
        po prostu wydawał klientom resztę w możliwie największej ilości bilonu
        tłumacząc, że w kasie niestety niema banknotów o niskich nominałach. Na uwagi
        (opowiadał tę historię publicznie) swoich podwładnych, że takie działania można
        nazwać (łagodnie) „uczciwymi inaczej” stwierdzał, że to żaden problem jak są
        frajerzy, którzy aż się proszą o to żeby na nich „zarobić” (cyt.).

        Cdn.
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 10.08.01, 13:09
        Część 3

        Druga praca Dyrektora Buraka.
        Podtytułem powinno być przysłowie: Głupi ma szczęście. Otóż Dyr. Burak
        postanowił rozwijać dalej swoją karierę w tym celu podjął pracę w koncernie
        działającym w sektorze przemysłu ciężkiego. Niestety nie było to jeszcze
        stanowisko wyższego szczebla kierowniczego, nie było niestety również to
        stanowisko średniego szczebla kierowniczego, a co gorsza w ogóle nie było to
        stanowisko kierownicze. Prawdę mówiąc był w tym koncernie zwykłym robotnikiem
        (w pierwszym okresie nawet niewykwalifikowanym, co oznaczało, że nie mógł
        obsługiwać żadnych maszyn – poza miotłą i impulsownikiem kinetycznym potocznie
        zwanym młotkiem). Pierwsze zdarzenie nawiązujące do w/w przysłowia miało
        miejsce już na samym początku, w ustach Dyrektora Buraka brzmi mniej więcej
        tak: „Wiesz jak ja tam zacząłem robić to jeszcze ciągle zapier.......łem w tym
        burdelu (ekskluzywny lokal z Części 1) i pracowało się całe noce to jak rano
        szłem (celowo nie poprawiam) do fabryki to byłem strasznie zje...ny. Ale trzeba
        było tylko wytrzymać do 10 i w tedy była przerwa a po przerwie tak żeby mnie
        nikt nie widział szedłem (będę zawsze poprawiał – płynniej się pisze) do
        magazynu opakowań, chowałem się pod kartony i spałem. I tak przez kilka
        miesięcy aż tu kur...a, kiedyś jakiś ch..j z kierownictwa łaził po firmie i
        zauważył że coś wystaje spod kartonów. Zawołał kierownika zmiany i zrobił
        alarm, że kogoś przygniotły kartony, niezły głupek, jak mnie spod tych kartonów
        wyciągnęli to nie wiedziałem, o co chodzi – kupa ludzi i wszyscy krzyczą i
        pytają się jak się czuję, to się zorientowałem, że oni wszyscy naprawdę myślą,
        że mnie przygniotło. A wiesz, co było dalej ci debile dali mi wolne do końca
        tygodnia i jeszcze ekstra szmal żebym nic nie mówił, bo te kartony nie były
        zabezpieczone. Najlepsze jest to, że nikt się nie zastanowił jak mogły mnie
        przygnieść puste tekturowe pudełka”.
        Minęło kolejnych kilka miesięcy (lat?) i Dyr. Burak awansował – został
        robotnikiem wykwalifikowanym i zaczął obsługiwać maszynę do spółki, na jednej
        zmianie z innym obywatelem Niemiec rodem z Turcji. Maszyna była podobno bardzo
        długa i duża i coś tam toczyła, a sterował nią „komputer” (prawdopodobnie
        chodzi o jakieś przełączniki elektromechaniczne, jak to w tokarkach), który
        obsługiwał nasz Dilbert-Dyzma wraz z kolegom. Szybko nasz innowator zauważył,
        że do obsługi tej skomplikowanej maszynerii wystarczy jeden człowiek, z czym
        całkowicie zgadzał się Helmut z Istambułu, więc podzielili swoją zmianę na
        jeszcze krótsze dyżury i kiedy jeden pracował (obsługiwał komputer) drugi mógł
        odespać noc (Turek też był na dorobku i pracował w restauracji). Tak obu
        stachanowcom upływały dni, miesiące (lata?), aż tu któregoś dnia Dyr. Burak
        leżąc spokojnie pod maszyną (jakimś blokiem głównym) zauważył wyciek oleju.
        Wykombinował, więc sobie, że jak to zgłosi do kierownictwa to na pewno trzeba
        będzie to naprawić, jak przyślą kogoś, kto to będzie naprawiał to maszyna
        będzie nieczynna, czyli on nie będzie miał, co obsługiwać a więc zupełnie
        legalnie będzie mógł robić to, co robi, czyli odpoczywać po przepracowanych
        nocach. Jak wymyślił tak też zrobił. I co się okazuje przyszedł Dyrektor
        Techniczny popatrzył i kazał natychmiast zatrzymać sprzęt, wyciek był na tyle
        groźny, że groził poważnym uszkodzeniem całej tokarki wartej (podobno) miliony
        marek. Nasz, Dyr. Burak został pochwalony (mało istotne) i (co ważniejsze)
        nagrodzony – finansowo. Otrzymał premię w wysokości 5.000 DM, co stanowiło jego
        blisko dwumiesięczne wynagrodzenie.
        Dyr. Burak po dziś dzień z łezką w oku wspomina prace w owym koncernie i ciągle
        podkreśla, że to dopiero była FIRMA, nie przemawiają do niego argumenty, że w/w
        firma zbankrutowała na początku lat dziewięćdziesiątych. Podejrzewam również,
        że wtedy Dyr. Burak po raz pierwszy spotkał się z Dilbertowskim zarządzaniem i
        sporo sobie przyswoił.

        Cdn.
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 10.08.01, 16:22
        Część 4

        Dyrektor Burak stawia pierwsze kroki w „wielkim biznesie”.
        Dokładnie kroniki (okresy, w których Dyr. Burak mówi prawdę) nie podają, kiedy
        ostatecznie zerwane zostały kontakty naszego, Dyzmy z branżą restauracyjno-
        rozrywkową i metalurgiczną (w domyśle informatyczną – obsługa komputera). Fakt
        faktem przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych a szczególnie zmiany
        w Polsce spowodował nagły przypływ genialnych pomysłów do głowy Buraka na
        zrobienie interesu życia. Pierwszy i w konsekwencji ostatni (własny pomysł) to –
        Firma Transportowa. Tradycyjnie jak Dyr. Burak pomyślał tak zrobił – kupił
        samochód dostawczy (Mercedes z plandeką – lekko używany, co prawda, ale za to
        długo, bo kilkanaście lat) i zaczął zdobywać trudny rynek na dzikim (wtedy
        jeszcze) wschodzie. W zasadzie do końca nie jest jasne, co i gdzie woził, a
        jedyne opowieści z tamtych czasów ograniczają się do barwnych relacji z pobytów
        w agencjach (nie celnych), które wtedy powstawały jak grzyby po deszczu.
        Zresztą z jego punktu widzenia miało to ekonomiczne uzasadnienie za jednorazową
        (wcale nie wygórowaną) opłatą miał: nocleg (w tamtych czasach klient płacił za
        noc a nie godzinę, podobno?), relaks, rozrywkę (jedyne zainteresowania do
        dzisiaj) i miłe (czytaj niewymagające) towarzystwo.

        W tym momencie w mojej opowieści pojawia się nowy bohater, nazwijmy go Wujek.
        Wujek jest pracownikiem firmy do dzisiaj i można powiedzieć, że moim
        przełożonym. Jest postacią równie istotną, choć oczywiście nie tak ważną jak
        Dyr. Burak. Wujek będąc jeszcze studentem w latach siedemdziesiąt-osiemdziesiąt
        uzyskał paszport i pozwolenie na wyjazd (w celach turystycznych oczywiście) do
        RFN. Skwapliwie z niego skorzystał i po zwiedzeniu (w dwa dni) tego pięknego
        kraju podjął pracę w firmie profilu, której nie będę opisywał, ponieważ jest to
        Firma-Matka spółki, w której pracuję. Przygoda Wujka z pracą w tym
        przedsiębiorstwie trwała dwa razy po trzy miesiące w przeciągu kilku lat w
        trakcie wakacji. Po skończeniu studiów Wujek jak każdy przykładny obywatel PRL
        podjął pracę w przedsiębiorstwie państwowym żeby oddać państwu, co jego
        (sponsoring studiów). Już po rewolucji w roku 1989 Wujek wyczuwając szybką
        dewaluację wartości nabywczej Marek Niemieckich postanowił po raz ostatni
        wrócić do Państwa Krzyżackiego i zarobić, choć trochę twardej waluty, ot tak
        żeby mieć, z czym wejść w kapitalizm. W zasadzie robił to samo, co zawsze, ale
        o ile poprzednio żaden z właścicieli firmy ani żaden z Managerów nie zauważali
        go to teraz żywo zaczęli wypytywać jak to teraz jest w Polsce: czy już można
        otwierać firmy prywatne, czy są fachowcy tacy a tacy, czy to na przykład
        problem założyć telefon, wynająć biura, halę produkcyjną. Wujek jako patriota
        oczywiście przedstawił nasz kraj jako miejsce, w którym niedługo spełnią się
        marzenia wszystkich kapitalistów i w ogóle krainę mlekiem i miodem płynącym, do
        tego mlekiem i miodem bez właściciela i ten, kto będzie pierwszy to nachapie
        się najwięcej (smutne jest to, że trochę w tym prawdy). Wujek popracował i
        poopowiadał poczym wrócił do kraju nie przeczuwając nawet jak szybko i jak
        bardzo zmieni się jego życie.

        Cdn. (w poniedziałek – piszę to na bieżąco wspominając i obserwując, a przy tym
        muszę jeszcze pracować, więc czasami mogą się pojawić dłuższe przerwy – często
        wyjeżdżam)
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 13.08.01, 11:40
        Część 5

        Dyrektor Burak stawia pierwsze kroki w „wielkim biznesie” cd.

        Tymczasem Dyr. Burak rozwijał nadal swoją firmę transportową.
        W owym czasie rząd polski prowadził szeroko zakrojoną agitację wśród zachodnich
        przedsiębiorców w celu przyciągnięcia kapitału do Rzeczypospolitej. Jeden z
        konsulatów na terenie Państwa Krzyżackiego zorganizował spotkanie dla prezesów
        firm myślących o inwestycjach w Polsce. I jak się domyślacie informacja ta
        dotarła do Dyr. Buraka, no cóż w zasadzie spełniał wszystkie warunki –
        niemiecki przedsiębiorca, prezes (szkoda, że jednoosobowej spółki, ale kto by
        tam wnikał w takie drobiazgi) do tego posiadający kapitał (mercedesa opisałem
        wyżej) i (co cenniejsze) wiedzę o realiach inwestycyjnych na wschodzie. Kiedyś
        nad tym się zastanawiałem czy ja na jego miejscu zdecydowałbym się na taką
        wizytę w konsulacie i doszedłem do wniosku, że bez wpływu środków odurzających
        z pewnością – nie (maże to jest powód, dla którego to on a nie ja jest
        dyrektorem). Ale to tylko dygresja (może niepotrzebna). Dość powiedzieć że Dyr.
        Burak odpowiedział na ogłoszenie konsula i stanął pośród przedstawicieli takich
        firm jak KLUDI (największy na świecie producent armatury), JADO (czołowy
        niemiecki producent elektromechaniki i automatyki) jak równy między równymi. Na
        spotkaniu tym zjawili się też dwaj spośród trzech współwłaścicieli firmy,
        której losy opisuję. I cóż za zaskoczenie, Dyr. Burak został rozpoznany przez
        jednego z nich jako przedsiębiorca z tego samego miasta (!!!). Po latach sprawa
        się wyjaśniła – znajoma wydała się twarz Dyzmy. Swoją drogą jego wygląd jest
        dość charakterystyczny (jak na warunki cywilizowanego kraju) – złoty sygnet,
        (co najmniej jeden), kilka złotych bransolet (na obu nadgarstkach), no i do
        kompletu złoty łańcuszek i lisie oczka, prawda, że szczególna charakteryzacja
        jak na przedsiębiorcę. Ale wygląd o ile charakterystyczny jest, to w żadnym
        razie nie tłumaczy skąd podejrzenie u mojego pryncypała, że spotkał Dyr. Buraka
        w trakcie swojej działalności biznesowej. A tak naprawdę spotkał go w trakcie
        wizyt w restauracji, w której Burak był kelnerem!!! (Wyroki boskie są
        niezbadane). Co najciekawsze sam Dyr. Burak dopiero po latach zdał sobie sprawę
        z okoliczności w których po raz pierwszy widział Waldka (tak będę określał
        nowego bohatera – skoro Burak zniemczył swoje polskie imię to ja spolszczę
        niemieckie Waldka). Tak, więc nieświadomi pomyłki (obaj) stanęli obok siebie i
        wysłuchali, co do powiedzenia ma konsul na temat inwestycji w krainie mlekiem i
        miodem płynącej. Instynkt, Dyr. Buraka podpowiedział mu, że jego potencjalny
        partner w interesach ma szmal (nie mały) i poważnie myśli o inwestycji w
        Polsce – w obu wypadkach nie mylił się. Kuł, więc żelazo póki gorące, opisał
        (bez zbędnych szczegółów) tabor samochodowy, jakim dysponuje, i lata
        doświadczeń na trudnym dla interesów polskim gruncie. Nie omieszkał również
        napomknąć o znajomości języka polskiego (tak jakby nie było słychać, że mówi ze
        wschodnim akcentem – do dzisiaj zresztą). Uwieńczył zaś negocjacje propozycją
        podpisania kontraktu, w którym on (jego firma, przepraszam kompania
        transportowa) świadczyłaby usługi przedsiębiorstwu Waldka, bo przecież coś tam
        i z powrotem będzie woził. I niestety w tym wypadku się przeliczył.

        Cdn.
          • Gość: lapa Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.abb.pl 13.08.01, 15:29
            Gość portalu: KEDZIOR napisał(a):

            > CO ZA STYL, CO ZA NARRACJA. MAM JAKIES DZIWNE WRAZENIE ZE DUZO OSOB ZAMIAST
            > DZIS PRACOWAC TO ZERKA CALY CZAS CZEKAJAC Z UTESKNIENIEM NA CIAG DALSZY ;-).
            > MYSLICIE ZE JESZCZE DZIS SIE COS POJAWI??????

            Liczę na to!!!! Nie wiem czy starczy mi sił, żeby wyjść z pracy bez zakończenia
            tej historii!!!!!!
            • Gość: Alek Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: 213.231.15.* 13.08.01, 15:37
              Pamiętacie, Tfurca czyli Rifun napisał, iż często podróżuje służbowo. Może
              właśnie jedzie gdzieś nieświadmomy tego, że rzesze, tak nie kłamię, rzesze
              ludzi czekają na opowieść o Herr Rot Burak (czy tak brzmiało jego zniemczone
              imię?).

              Apropos, czekam na propozycje prawdziwego imienia Pana Dyr. Buraka.
              • bachuu Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA 14.08.01, 07:50
                Gość portalu: Alek napisał(a):

                > Pamiętacie, Tfurca czyli Rifun napisał, iż często podróżuje służbowo. Może
                > właśnie jedzie gdzieś nieświadmomy tego, że rzesze, tak nie kłamię, rzesze
                > ludzi czekają na opowieść o Herr Rot Burak (czy tak brzmiało jego zniemczone
                > imię?).
                >
                > Apropos, czekam na propozycje prawdziwego imienia Pana Dyr. Buraka.

                moze nikodem vel nikos :-)))
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 13.08.01, 15:45
        Część 6

        Firma rusza.
        Dyr. Burak przeliczył się, jeżeli chodzi o (z pewnością) lukratywny kontrakt na
        transport, jednak jakby na otarcie łez Waldek zaproponował mu posadę prezesa
        (!!!) w nowo powstającej spółce j.v. (jak to Burak mówił „joint”). Waldek
        zaprosił Buraka do siebie do firmy pokazał mu, co i jak i powiedział, że w
        Polsce tu i tu mieszka taki chłopak (właściwsze będzie określenie facet –
        Wujek, a o nim tu mowa miał już lata studenckie za sobą), co kiedyś pracował w
        Niemczech i mniej więcej wie, o co chodzi, więc dobrze będzie jak Dilbert-Dyzma
        pojedzie i skontaktuje się z nim, a przy okazji dowie się jak od strony prawnej
        wygląda założenie spółki i poszuka lokalizacji. Jako motywację otrzymał
        fundusze na wikt i opierunek (nie małe) i co najważniejsze ze wszystkiego
        MERCEDESA, a musicie wiedzieć, że dla Dyr. Buraka nie istnieje marka
        przedniejsza niż PKS, (co starsi czytelnicy pamiętają pewnie „logo” na
        autobusach PKS – prawda, że podobne?), był to jego wymarzony i wyśniony pojazd,
        cudowna zabawka, wspaniała maskotka, najbardziej charakterystyczna oznaka
        statusu społecznego z jaką kojarzy polaczek bogactwo, a do tego wszystkiego był
        jego i tylko jego (no może nie zupełnie jego, ale tylko on mógł go używać i
        tylko on decydował gdzie nim pojedzie). W tej sytuacji Burak ochoczo wyruszył
        do „Polen” jednak postanowił przełożyć wizytę u Wujka i poszukiwanie
        lokalizacji o jeden dzień. Powód, jakże oczywisty, co prawda bywał już
        w „Polen” wielokrotnie, ale niestety nigdy nie znalazł (z przepracowania) czasu
        na odwiedziny u rodziny. Teraz, kiedy już był prezesem mógł swobodnie
        dysponować swoim czasem, no i nareszcie miał, co (Mercedesa) pokazać rodzinie
        na wsi, tudzież innym kołchoźnikom w rodzinnym pegeerze. Wizyta była nadzwyczaj
        udana – rodzina uwierzyła nie tylko w to, że Mercedes jest jego, ale (o naiwni)
        również w to, że niedługo Burak wróci tu już z kapitałem i otworzy firmę,
        jakiej nawet w „Pogodzie dla Bogaczy” nie widzieli. Notabene w to, że firma
        jest jego własnością wierzą do dzisiaj, (co niektórzy).

        Cdn. (jutro)
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 14.08.01, 10:16
        Część 7

        Wujek poznaje Dyr. Buraka (właściwie od niedawna Prezesa).
        Pierwsze „widzenie” Wujka i Buraka odbyło się bez sensacji, co jak poznacie
        bliżej Buraka już jest sensacją.
        Prezes Dilbert-Dyzma wystąpił, a jakże w roli kumpla Waldka i łaskawie
        zaoferował Wujkowi posadę (kierowniczą) w nowym koncern-holdingu, który wraz z
        Waldkiem i „kilkoma jeszcze inwestorami” ma zamiar uruchomić niebawem. Wujek
        owszem łaskawie wysłuchał i podziękował Prezesowi za propozycję potwierdzając,
        że będzie oczekiwał na konkrety. Najciekawsze jest to, że Dyr. Burak wydał mu
        się nawet rzeczowy (!!!) i godny zaufania (!!!), trochę tylko zdziwiło go że
        był obywatelem Vaterlandu dopiero kilka lat a już tyle zapomniał z ojczystej
        mowy. Bez przesady można powiedzieć, że do dzisiaj płaci za tamten błąd w
        ocenie. A propos językowej ekwilibrystyki, Dyr. Buraka, co prawda nie zdołał
        się on nauczyć języka, (w którym napisano „Moją Walkę”) w stopniu, który w
        pełni pozwoliłby mu się z asymilować z Bawarczykami, ale nabrał tak
        charakterystycznej maniery (charakterystycznej dla pewnej reprezentacji
        polonii) „zapominania” polskich słów i zastępowania ich niemieckimi, nie zawsze
        odpowiednikami. Nie rzadko w pierwszym okresie swojego pobytu na łonie
        pierworodnej ojczyzny zadawał też pytanie: „Jak to się mówi po waszemu? (po
        naszemu czyli po polsku).”
        Po wykonaniu pierwszego polecenia Waldka (kontakt z Wujkiem) przystąpił do
        wykonywania drugiego, rozpoczął szukanie miejsca, w którym można by
        zlokalizować firmę. Rozpoczął oczywiście od miast wojewódzkich i ich
        najbardziej reprezentacyjnych części, oczami wyobraźni widział siebie jako
        nowego magnata, który jadąc swoim PKS-em jest z szacunkiem wytykany palcami
        przez mieszczan. Waldek jednak szybko sprowadził go na ziemię i wyjaśnił, że
        nie stawiają ani supermarketu ani butiku z ciuchami Diora tylko zakład
        produkcyjny i potrzebują hali, najlepiej na zadupiu (będzie tania), i co gorsza
        w pierwotnym założeniu nie będzie potrzebna nawet część biurowa (na początku),
        a wystarczy tylko sanitarno-socjalny węzeł dla pracowników. Dyr. Burak nie mógł
        uwierzyć!!!! Jak to nie będzie dwunastopiętrowego biurowca w centrum miasta i
        stada sekretarek!?! Nie będzie nawet porządnego budynku biurowego przy hali
        produkcyjnej. Trzeba pamiętać, że kiedy wyjeżdżał z PRL w kraju panowała moda
        na kościelne budowanie w świeckim wydaniu (sześciopiętrowa plebania, a w jej
        sąsiedztwie „ŚWIĄTYNIA” z nawą główną na 20-stu wiernych). Poza tym to już
        ostateczny argument dla wyobraźni Buraka, ale nawet pegeer w jego rodzinnej
        miejscowości miał „BIURA”, tak by się plebs nie mieszał z „Derektorami”. Cóż
        chcąc nie chcąc musiał wysłuchać argumentów Waldka (a nawet udać, że je
        rozumie), że na początku firma będzie miała charakter wyłącznie produkcyjny i
        nie ma potrzeby budowania reprezentacyjnych gabinetów. Pogodzony z myślą, że
        jego cudowny prezesowski gabinet, cały w marmurach odsuną się w bliżej
        nieokreśloną przyszłość Dyr. Burak znalazł halę na terenie dawnego gospodarstwa
        rolnego. Chciałoby się powiedzieć: Co się martwisz co się smucisz ze wsi jesteś
        na wieś wrócisz.

        Cdn.
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 14.08.01, 16:33
        Część 8

        Dyr. Burak i przypadek z ciężarówką.
        Dyrektor Burak zadomowił się już na dobre w „swojej” firmie, co prawda była to
        na początku właściwie manufaktura. Zatrudniała (ta manufaktura) około
        dziesięciu osób w tym 8 kobiet, jednego mechanika do obsługi maszyn, Wujka
        (wdepnął już w bagno) jako kierownika i oczywiście Prezesa (niedługo pojawię
        się ja). Proces technologiczny jest (pisałem o tym wcześniej) niezwykle prosty –
        przyjeżdża TIR z produktami biali murzyni robią z nimi to, czego nie opłaca
        się robić w Marchii, bo tam za dużo trzeba płacić Rumunom, Turkom, Arabom,
        krewnym Olisadebe i Polakom, po czym wraca z powrotem. W początkowym okresie
        było tylko pięć maszyn, więc TIR zapełniał kalendarz produkcyjny na cały
        tydzień, z reguły nie wyłączając sobót i niedziel. W soboty i niedziele firma
        pracowała bynajmniej nie z potrzeby dotrzymania terminów, ale raczej z powodu
        widzimisie Prezesa Buraka, w myśl, bowiem nowoczesnych zasad zarządzania
        personelem uważał on, że jeżeli każe przychodzić pracownikom w dni wolne od
        pracy to będą czuli przed nim respekt, (dlaczego!?!). No dobrze, ale miało być
        o ciężarówce (stosunek do pracowników będzie często pojawiał się w tekście),
        tak, więc w tamtym okresie w firmie transportowej (niemieckiej, a jakże, ale
        nie Buraka), która podpisała kontrakt z Waldkiem na obsługę dostaw pracował
        kierowca, który pochodził z Hiszpanii. Swego czasu Hiszpania też nie była
        najbogatsza i jej obywatele wyjeżdżali za chlebem na wschód (z racji położenia
        geograficznego). Jak na Hiszpana przystało miał gorący temperament i ciekawy
        zwyczaj podjeżdżania pod firmę na piszczących kołach (wszystkich osiemnastu).
        Przyznaję, że trzydziesto tonowa ciężarówka parkująca na parkingu firmowym w
        obłoku dymu z rozgrzanych opon robi wrażenie. Tego dnia Burak siedział w swojej
        kanciapie wraz z zapoznanym kilka miesięcy wcześniej oficerem Wojska Polskiego –
        nazwijmy go Generałem, kiedy usłyszał od pracownika, że od strony Urzędu
        Celnego zbliża się Hiszpan w swojej ciężarówce. Zwrócił się, więc do Generała
        tymi słowy: „Choć a zobaczysz coś zajeb....ego. Kierowców, co robią takie
        numery możesz zobaczyć tylko u mnie.” (dla niewtajemniczonych – wszyscy
        oczywiście byli przez Buraka informowani o tym że nie tylko jedna ale i druga
        firma jest jego własnością). Poszli, więc i stanęli przed firmą czekając na
        obiecany przez Dyr. Buraka pokaz. Hiszpan faktycznie nadjechał z fasonem,
        widząc, że ma publiczność docisnął jeszcze gaz i wszedł w zakręt na podjeździe.
        Koła piszczą. Dym unosi się wokół samochodu. Naczepa się wypina. Przelatuje
        obok Buraka i Generała. Wpada między samochody (niestety nie uszkodziła
        Burakowego PKS-u). I uderza z impetem w ścianę hali produkcyjnej. Wybija dziurę
        mniej więcej metr na metr (suma sumarum nic się nikomu nie stało). Burak i
        Generał stoją jak skamieniali z rozdziawionymi gębami, wreszcie ten drugi
        odzywa się: „Ja pier....lę skąd wiedziałeś !?!”. Burak niestety nie wiedział. A
        właściwie nie podejrzewał, że coś takiego może się stać. I w zasadzie cofam
        słowa o braku ofiar, uszczerbku (nie pierwszego) na umyśle doznał Dyr. Burak.

        Cdn.
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 16.08.01, 12:45
        Część 9

        Dyr. Buraka walka ze stresem.
        Przez całe dotychczasowe życie zawodowe Burak wykonywał czyjeś polecenia, nagle
        ta sytuacja zmieniła się z dnia na dzień. Teraz to jego zadaniem było
        kierowanie (zarządzanie) i wydawanie poleceń. Czego efektem był w pierwszej
        fazie stan kompletnego zagubienia. Następnie była to bezsilność spowodowana
        ograniczoną (zerową) wiedzą i całkowitym brakiem kompetencji. Obecnie Burak
        jest pewną odmianą Rainmana żyjącego w wirtualnej rzeczywistości, którą sobie
        sam stworzył. Ale cofnijmy się w przeszłość. Poniżej przytaczam jeden z
        nowoczesnych standardów zarządzania:
        Zarządzanie Produkcją –
        Mechanik przychodzi do Buraka i mówi: „Panie Prezesie (tak Trzeba było się do
        Buraka zwracać) maszyna się zepsuła.”
        Burak: „Więc ją ku...wa napraw”.
        Mechanik: „Tak, ale potrzebuję taką a taką część”.
        Burak: „Dobra jutro ci przywiozę.”
        Następnego dnia Mechanik przychodzi po obiecaną część (Burak oczywiście jej nie
        kupił, bo zapomniał).
        Burak: „Czego ku..wa znowu chcesz”.
        Mechanik: „No właśnie ja eee.. Panie Prezesie eee.. przyszedłem po tą część do
        maszyny eee.. co to się zepsuła.”
        Burak: „Jaką część!?! Aha!?!” (tu olśnienie) i nagły zwrot akcji – „Co ty
        ku..wa myślisz że ja nie mam co robić tylko jeździć i szukać jakiś pier....nych
        części? Masz to naprawić bez nich a jak nie to cię wypier....lę i znajdę se
        takiego co to potrafi naprawić bez nowych części!!!.”
        Niektórym może się wydawać, że przesadziłem z liczbą wulgaryzmów, niestety nie,
        a właściwie to mocno ją ograniczyłem, Dyr. Burak, bowiem pośród swoich
        niezliczonych talentów ma jeden bardzo szczególny: Potrafi mówić całymi
        zdaniami używając tylko przekleństw w różnych przypadkach i odmianach (ja
        takiego daru nie mam, więc chcąc nie chcąc muszę stosować polszczyznę). Ze
        szczególnym zaś upodobaniem stosuje ten swego rodzaju dialekt w stosunku do
        swoich podwładnych (bez względu na stanowisko, wiek i co najbardziej chore
        płeć). Pewnie mu się wydaje, że wzbudza tym powszechny respekt i szacunek (o
        żałosny), a może myśli, że przez to przechodzi na bardziej nieformalną
        (koleżeńską) stopę. A swoją drogą tą brakującą część kupił Wujek.
        Miesiące mijały i nawet do Buraka zaczęło docierać, że nie nadaje się do tego,
        co mu kazano robić (zarządzania, kierowania, reprezentowania, itp., itd.).
        Stres związany z faktem, że uświadomił sobie, iż jest kompletnym idiotą i
        prymitywem był tak duży, że Dyr. Burak marniał w oczach. Wreszcie wpadł na
        cudowny pomysł postanowił codziennie zakładać „różowe okulary” w celu
        upiększenia świata i siebie. A robił to w następujący (jakże prosty) sposób,
        przychodził do firmy zamykał się w swojej kanciapie i upijał się (czasami do
        nieprzytomności).

        Cdn. (Po przeczytaniu tego, co napisałem zastanawiam się czy pisać dalej, bo
        brzmi to dość niesmacznie i obawiam się, że dalej jest gorzej, absurdalny
        horror z tragikomicznymi wątkami. Czekam na sugestie. I dziękuję za
        dotychczasowe opinie.)
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 17.08.01, 11:58
        Część 10

        Dyr. Burak jako Kaowiec.

        Zastanawiające – on pije gorzałę całymi dniami a ci z Helmutowa (centrali) nic.
        Rozwiązanie zagadki bardzo ciekawe i proste (większość działań Buraka jest
        nieskomplikowana) otóż Dyr. Burak nawiązał nieformalne stosunki ze wszystkimi,
        którzy mają coś do powiedzenia w Firmie (tam nie tu, bo tu rządził tylko on).
        Szybko się zorientował, że większość z Helmutów zna obraz Polski tylko z
        opowiadań dziadków (żołnierzy Wermahtu), czyli ładne i tanie kobiety, wóda i
        żarcie za darmo a w pesymistycznej wersji za niewielkie pieniądze. Większość
        wizyt wyglądała, więc następująco: Burak odbiera gości z lotniska. Wiezie ich
        do Hotelu (z reguły wynajmował od razu pokój dla siebie). Wieczorem poi ich
        wódą, aż im bańki nosem wychodzą. Kolejny punkt programu to Dyskoteka. Jak się
        chłopcy rozochocą hajda do burdelu zobaczyć co nasz kraj oferuje najlepszego
        (towar ceniony w całej europie). Następnego dnia spanie do południa. Śniadanko
        i wizyta kontrolna w firmie z reguły mają przed odlotem czas na kawę (jedynie
        ci ciekawscy na dwu trzy minutowy spacer po hali). O czternastej wypad na
        lotnisko. I życie wraca do normy. Kaowiec wraca do Firmy i na rozładowanie
        nerwów wypija ćwiarteczkę (gwoli jasności dla młodszych czytelników Kaowiec to
        relikt PRL był to człowiek, który na wczasach pracowniczych za zadanie miał
        organizować przedstawicielom klasy robotniczej rozrywkę kulturalno-oświatową).
        Schemat tych wizyt kontrolnych powtarzał się regularnie jakieś osiem lat, co
        było potem to napisze później.
        Przez te osiem lat raz tylko powiało sensacją. Sam Bóg postanowił nawiedzić
        Buraka i zobaczyć jak zarządza jego szmalem. Wszyscy byli pewni, że nadszedł
        kres jego błyskotliwej kariery. Znaki na niebie i ziemi na to wskazywały. Boss
        nie chciał wieczornej kolacji, ani dyskoteki, ani (argument ostateczny)
        burdelu. Mało tego prosto z lotniska kazał się przywieść do firmy. Następnego
        dnia (o zgrozo) siedział w niej od rana, i zadawał niewygodne i bardzo trudne
        pytania. Kto to jest ta kobieta w biurze (w tym czasie Burak postawił już sobie
        zaczątek kompleksu biurowego)? Po co tyle osób obsługuje tą maszynę i w ogóle,
        co to za maszyna. Czemu jest taki bałagan na hali? Dlaczego pracownicy nie mają
        wody mineralnej? Czemu nie mają przerwy na śniadanie (najlepsze jest to że
        zwykle mieli, ale Burak myślał że jak Boss zobaczy że kazał im pracować bez
        przerwy to się ucieszy) itp. Itd. Burak był załamany wszystkie jego standardy
        zarządzania personelem legły w gruzach. Uratowały go dwie rzeczy. Pierwsza
        Burak konsekwentnie od początku przy zatrudnianiu nowych pracowników kierował
        się jedną zasadą – nie ważne wykształcenie, doświadczenie, wiek i płeć, ważne
        abyś nie mówił po niemiecku. I tak jako jedyny tłumacz występował on. Rozmowy
        Boga z pracownikami wyglądały na przykład tak:
        Bóg: „Czy czegoś wam brakuje”.
        Pracownik: „Przydałyby się większe szatnie i więcej pryszniców”.
        Tłumaczenie Dyr. Buraka: „Nie, wszystko mamy. W poprzedniej firmie, w której
        pracowałem nie było nawet połowy tego, co tu.”
        Bóg: „To dobrze wracaj proszę do pracy.”
        Tłumaczenie Buraka: „Spi....dalaj do roboty.”
        Generalnie obraz polskich pracowników (nie zapominajmy, że 90 % to prości
        niewykształceni ludzie z małych miasteczek lub wsi), który przedstawiał
        Krzyżakom Burak wyglądał mniej więcej tak: leń, złodziej i kombinator, który
        cały czas zastanawia się jak nic nie robić a zarobić. Potwierdzenie tych słów
        to fakt, że jeden z udziałowców znał tylko jedno polskie słowo (nie wcale nie
        ku...wa, ani dziękuję, czy dzień dobry), to słowo to „leniwi”. A skąd, Dyr.
        Burak odpowiadając na pytania, dlaczego to nie jest zrobione zawsze odpowiadał
        (on wielki Niemiec), dlatego bo ci Polacy są tacy leniwi (całe zdanie mówił po
        niemiecku niestety nie wiedział jak jest leniwi w języku Goethego).
        Druga rzecz, która uratował Buraka to opowieść na osobny rozdział.
        Tak sobie myślę i dochodzę do wniosku, że nudzić się u nas w Firmie jest
        naprawdę trudno i to nawet, wtedy jak nie ma nic do roboty (w sensie zawodowym).

        Cdn.
          • skowi Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA 17.08.01, 20:46
            Ufff...

            Ja to sie dopiero wyczekalem na Buraka... Bylem odciety od sieci przez jakis
            czas i nie mialem jak ani kiedy przeczytac. Ale za to dostalem dzisiaj solidna
            porcje buraczanej story :-))

            Widze, ze od ostatniej mojej tu wizyty zrobil sie calkiem sympatyczny tlumek?

            pozdrawiam wszystkich (zwlaszcza RIFUNA) i czekam na nastepne porcje :-))
        • Gość: Ynga wydajemy???? IP: *.in-tra.com.pl 17.08.01, 16:08
          Hej! jak juz dojdziemy do konca tej fascynujacej opowiesci, zrzucamy sie i
          wydajemy ja drukiem!
          a potem tom drugi, potem trzeci... ostatecznie jest to biografia, a te
          sprzedaja sie niezle.... zwlaszcza biografie takich ludzi.... mam nadzieje, ze
          nasz bohater bedzie zyl dlugo i dlugo bedzie nam dostarczal rozrywki... no i
          mam nadzieje, ze naszemu autorowi starczy cierpliwosci :) do bohatera i do
          czytelnikow ;)
          • Gość: alfstar Re: wydajemy???? IP: 154.11.61.* 17.08.01, 20:38
            Woow !!! Mialem to szczescie, ze dopiero teraz odkrylem ta historie i moglem
            wszystko przeczytac za jednym zamachem. Ale teraz, niestety, musze czekac z
            innymi ... :-( Ale nie dziwmy sie Autorowi za przerwy - czekanie w napieciu na
            rozwoj wydarzen to najlepsza czesc literatury kryminalnej (jak rowniez dobrych
            westernow - ten bezruch przed pojedynkiem...). Mozna powiedziec, ze Autor
            nawiazuje do najlepszych wzorcow starych mistrzow, z rozmyslem odrzucajac
            bezmyslna papke szybkiej akcji, jaka serwuja nam wspolczesne kino i pseudo-
            literatura...
            Obawiam sie, ze w chwili obecnej wydac to mozna tylko w drugim obiegu ...
            Pozdrawiam i czekam !
        • Gość: Ira RIFUN! IP: *.zgora.dialog.net.pl 19.08.01, 22:42
          Gość portalu: RIFUN napisał(a):


          > Druga rzecz, która uratował Buraka to opowieść na osobny rozdział.
          > Tak sobie myślę i dochodzę do wniosku, że nudzić się u nas w Firmie jest
          > naprawdę trudno i to nawet, wtedy jak nie ma nic do roboty (w sensie zawodowym)
          > .
          >
          > Cdn.

          Znowu podniosłeś napięcie dramatyczne, więc musisz teraz wyjaśnić, na czym
          polegała druga rzecz, która uratowała Buraka. Koniecznie. PZDR!
          • Gość: ji Glupie to.... IP: 217.116.101.* 28.09.04, 23:14
            ..tyle o tym slyszalem, przeczytalem i wzruszylem ramionami.
            Nic nowego; widzimy tu pokrzywdzona przez los inteligencje 'ktora skonczyla
            studia' a ktorej ktos swiata drzwi zamknal noga obuta w gumofilce wyscielane
            sianem 'cham' z ludu.

            Czym ze zasluzyli sobie na to ci wszycy 'po studiach'!?

            PS
            Polecam Polactwo Ziemkiewicza by przejzec sie w lustrze.

        • Gość: gonzor Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.opole.cvx.ppp.tpnet.pl 20.08.01, 00:46
          śledzę ten wątek od 2 części, sprawdzam dwa razy dziennie czy nie pojawiła się
          następna część, muszę przyznać, że jako inżynierek nie mam większego pojęcia o
          słowie pisanym - literaturze - ale to co pisze Rifun wciągnęło mnie, nie
          powiem, chyba jak większość fantastycznych ludzi na tym forum,
          RIFUN czy to nie jest Pan K. P. z firmy S. przećwiczył mnie w podobnym stylu
          jak piszesz gdy byłem u niego z wizytą w sprawie dostaw maszyn.
          Z niecierpliwością czekam na następne częśći dozowanej jak lek
          homeopatyczny "opowiastki".
        • kasiarafal Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA 05.12.04, 14:35
          haj! Ja miałam szczęście, bo dopiero dziś dotarłam do opowieści i Dyr. Buraku i
          do dnia dzisiejszego mogłam przeczytać ją za jednym zamachem - dobra lektura
          (ba! rewelacyjna). W pierwszych wersach opowieść o Dyzmie dostarczała mi
          śmiechu do łez, ale zagłębiając się w kolejne smutniałam, smutniałam, że tacy
          ludzie kreują wizerunek Naszego Karaju i ludzi w nim żyjących Żal, że właśnie
          takim ludziom (którzy bez wiedzy o swojej głupocie pną się w górę) się udaje.
          Mam nadzieję, że to się zmieni kiedyś - pobożne zyczenia, bo w naszym Kraju
          jest dużo Dyr. Buraków, a może nie tylko w Naszym... Po tej małej dygresji
          czekam na dalsze losy SUPER PREZESA
          pozdrawiam i życzę wytrwałości;o)))
      • Gość: RIFUN Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 20.08.01, 13:33
        Część 11

        Druga „rzecz”, która uratowała Dyr. Buraka.

        Okazało się po (jakimś czasie), że Bóg też lubi skosztować, co nieco z
        polskiego towaru eksportowego, a co już chyba jasne doświadczenie w organizacji
        konsumpcji (tych „towarów”) Dyr. Burak miał niemałe. Tak, więc co wyszło po
        jakimś czasie na jaw Bóg w czasie tamtej wizyty wykorzystał i (podobno) docenił
        talenty Kaowca. Decyzja Boga była taka, że Burak dostaje kolejną szansę i
        lepiej żeby teraz jej nie spieprzył. W zasadzie tylko z naszego punktu widzenia
        wizyta w jakikolwiek sposób stanowiła zagrożenie dla posady Prezesa, tak
        naprawdę Helmuty byli z niego zadowoleni (!!!) firma przynosiła zyski, a o to
        przecież chodzi.
        Kaowiec łoił gorzałę nadal i organizował wizyty dla Krzyżaków, które po jakimś
        czasie zaczęły przypominać Sex wczasy. Zresztą często i bez specjalnego
        skrępowania opowiadał o wyczynach swoich i swoich kolegów. Jedna z opowieści
        brzmiała mniej więcej tak a dotyczyła, Dyr. Buraka i Boga (nie wiem czy było to
        w czasie pamiętnej wizyty):
        „No wiesz dobrze ochlaliśmy się wódy no i ku...wa wracamy do Hotelu i przy
        drodze stoją ruskie ku....wy. Bóg się pyta ile kosztuje taka. To ja mówię, że
        mu postawię (znając Buraka wydaje mi się to nieprawdopodobne, ale z drugiej
        strony Tirówki chyba nie wystawiają faktur). No i wiesz na początku nie chciał,
        ale ja mu mówię, że człowiek musi ku...wa wszystkiego w życiu spróbować. No i
        wiesz w końcu się dał namówić. To ja sobie, myśle co tak będę stał i też sobie
        jedną taką ruską ku...wę wziąłem (mam nadzieję że nie do Hotelu – czasem w nim
        bywam i obsługa wie gdzie pracuję). A później to znaczy rano pojechaliśmy do
        domu, (czyli do Vaterlandu). Wieczorem Bóg do mnie dzwoni i mówi, że go
        strasznie jaja swędzą (!!!). No i ja tak sobie pomyślałem, że mnie w sumie też
        (!!!). To od razu pojechaliśmy do lekarza, ku...wa jak ja się człowieku bałem,
        że nas te dziwki czymś zaraziły. A wiesz, co się okazało, że to były zwykłe
        mendy (!!!! Jak to zwykłe mendy?!!!! dla mnie byłoby czymś raczej niezwykłym
        mieć mendy !!!). Najlepsze, że ten lekarz powiedział, że raz coś takiego
        widział, a wiesz gdzie na zdjęciu w trakcie studiów (tu gromki śmiech) a nie u
        pacjenta (znowu gromki śmiech).” Uprzedzałem wcześniej, że będzie niesmacznie i
        nieprzyjemnie a gwarantuje, że to wcale nie jest jeszcze szczyt (a może
        bardziej pasuje określenie – dno). Czasami jak widzę Boga, który (mnie z reguły
        nie zauważa) to sobie myślę „Chłopie żebyś ty wiedział, co ja wiem” (i nie
        tylko ja).

        Cdn. (za kilka dni)
          • Gość: dzahar Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA IP: *.ts.pl 22.08.01, 12:09
            trafiłem tutaj dopiero dzisiaj i przeczytałem w całości. warsztatu literackiego
            nie komentuję, bo czytam to forum nie po to, żeby zaspokoić swój wyrafinowany
            gust ;)

            tekst jest świetny. i wierze, że to prawda.

            sam straciłem rok w takiej firmie. w zasadzie podobnej. właśnie udało mi się
            wyrwać i czeka mnie jescze tylko kilka dni do końca miesiąca z moim "genialnym"
            szefem. chłopak przyjechał z okolic olsztyna do warszawy i założył firmę
            komputerową. na początku nawet dobrze mu szło. schody zaczęły się w momencie,
            kiedy firma rozrosła się do tego stopnia, że trzeba było zacząć zatrudniać
            ludzi i nimi rządzić. i przestać uprawiać chałturę, a zacząć dostarczać
            prawdziwe usługi. rotacja szybsza niż obroty silnika F1. facet wykorzystuuje
            ludzi, którzy przyjeżdżają do warszawy z małych miasteczek w poszukiwaniu
            pracy. nie płaci ZUS /albo szczątkowy, nie mający nic wspólnego z rzeczywistymi
            zarobkami/, potrącenia z pensji za wyimaginowane uchybienia regulamniowi
            firmy /który nota bene nie istnieje, jest tylko zbiorem mejli wysyłanych przez
            szefa, do pracowników, w sytuacjach, kiedy nie podoba mu się coś, lub ktoś/,
            telefony komórkowe, remonty służbowych samochodów itepe sięgają połowy wypłat.
            jedynymi w miarę poważanymi pracownikami są specjaliści w serwisie. operator
            sieci, programista /ja/, specjaliści od Windy, Novella i Unixa. w sumie pięć
            osób. oczywiście to poważanie nie przeszkadza na potrącenia z pensji np. za
            nieodebranie telefonu, który dzwonił na biurku niepobecnego kolegi w sąsiednim
            pokoju. i stwierdzenie, że jesteśmy głusi, ślepi i niepotrzebni.
            wiceprezesem firmy jest kobieta, która z informatyką ma tyle wspólnego, że po
            godzinach pracy jest kochanką prezesa /firmy informatycznej/. chyba jeszcze
            nigdy nie udało mi się z nią dogadać na tematy służbowe, bo ona nie rozumie co
            ja robię i do niej mówię, a ja nie rozumiem jej pomysłów i idei, które nie mają
            nic wspólnego z realnymi możliwościami.
            w tym punkcie zobowiązany jestem dodać, że przez rok pracy w tej firmie nie
            udało mi się ukończyć, żadnego projektu. zawsze najdalej w fazie testów mój
            szef wpada na nowy pomysł i każe mi projektować coś innego. z kolei jego
            handlowcy /tani, bo z małych miasteczek, niewykształceni i nigdy nie
            wyszkoleni/ nie mają pojęcia o sprzedawaniu tego co ja robię i nigdy niczego
            nie sprzedali. dzięki temu przez pół roku znosiłem uwagi, że nie generuję
            sprzedaży i to co robię nie przynosi zysku firmie. doszło do tego, że
            jednocześnie programując aplikacje, pisałem oferty i szukałem klientów. z
            drugiej strony jako osoba, która "nic przecież nie robi" /brak sprzedaży/ byłem
            zmuszany do wożenia towaru do klientów, składania szaf w serwerowniach
            rozwiązywania problemów z drukarkami u klientówe itp. bilans roku mojej pracy w
            tej firmie to kilkanaście nigdy nie wdrożonych aplikacji, poczucie bezsensu i
            niespełnienia.
            zaczynając współpracę z nim nigdy nie sądziłem, że zamienia się to w koszmar
            mego życia. codziennie rano miałem ochotę zwymiotować na klawiaturę.
            a zapomniałem jeszcze dodać, że kultura osobista nie jest mocną stroną mojego
            szefa.
            przykład:
            jesteśmy u klienta z ofertą. rozmawiamy z prezesem jakiejś całkiem sporawej
            firmy. na wstępie prezes pyta nas czy chcemy coś do picia. mój
            szef /"żartobliwie"/: "wódkę z lodem poprosimy".
            przystępuję do prezentacji naszych aplikacji /oczywiście sprzedajemy coś co
            jeszcze w ogóle nie zostało ukończone, nie do końca działa i nie wiadomo jak
            rozwiązać kilka szczegółów technicznych, ale w ustach mojego szefa jest to
            najlepsza na świecie i prawie za darmo w pełni działająca i wdrożona w wielu
            wielkich firmach aplikacja/, w tym momencie dzwoni komórka mojego szefa.
            rozmawia z jakimś swoim kontrahentem. my /ja i klient/ czekamy aż skończy.
            rozmowa się przeciąga. trwa już jakieś pięć minut. w pewnym momencie mój szef
            mówi /właściwie krzyczy/do telefonu. : " z wami nie można współpracować!! czuy
            pan wie, że ja zawsze muszę dawać w łapę pańskim monterom, żeby cokolwiek
            zrobili!!!???". w tym momencie nasz klient mówi : "ja chyba panom przeszkadzam"
            i wychodzi ze swojego gabinetu. robię się czerwony ze wstydu. mój szef
            nieskrępowany kontynuuje rozmowę dalej......

            to tylko drobne fragmenty. niestety nie mam talentu literackiego i czuję, że
            nie jestem w stanie oddać tego co panuje w tej firmie. jako podsumowanie dodam
            fragment mojej rozmowy telefonicznej z innym potencjalnym klientem:
            gość dzwoni pyta o jakieś tam nasze aplikacje, co to je próbujemy sprzedawać.
            na koniec rozmowy pyta : "a kto tam u was jest prezesem?" ja dopowiadam a on na
            to : "o! dalej ten sam idiota." ja go pytam o to skąd ta opinia. odpowiedź:
            "mój brat tam pracował. pewnego dnia miał tak dosyć, że wyszedł na przerwę
            obiadową i nigdy już nie wrócił".
            wielu pracowników, tak się pżegnało z tą firmą. w pewnym momencie nie
            wytrzymywali, wstawali od biurka i wychodzili.

            przepraszam, że wcinam się w tak zajmującą prozę, ale uznałem, że to dobre
            miejsce do wyrzucenia w końcu z siebie tego wszystkiego. za kilka dni będę
            wolny.
            • Gość: adam_ski Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - do dzahara IP: 195.94.222.* 22.08.01, 14:14
              Współczuję... sa kiedyś byłem w podobnej sytuacji; moim szefem był Amerykanin,
              który charkał publicznie jak gruźliczy górnik dołowy z Chin...
              ... a potem Amerykanka, która na każde pytanie reagowała podobnie "See, I need to
              double check this with ... (Tony, Dennis, Bob, czy kto tam był szefem). To trochę
              żałosne, kiedy dyrektorka ds administracyjnych nie wie, co ma zrobic z fakturą,
              którą przyniósł landlord i chciałby dostać podpis na kopii...

              pzdr

              Adam
              • Gość: dzahar Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA- do daaga IP: *.ts.pl 23.08.01, 11:59
                wiesz daagu to nie takie proste. nie jestem już młodym wojownikiem po studiach.
                nigdy nie byłem. więcej, nie mam studiuff informatycznych. jestem samoukiem.
                przychodząc do tej firmy myślałem, że czegoś się nauczę, rozwinę się, popchnę
                do przodu karierę /w sensie - osiągnę stabilną pozycję na dosyć płytkim rynku
                programistów Lotus Notes/. niestety rzeczywistość była inna. oczywiście dużo
                się nauczyłem, moja znajomość warsztatu pracy bardzo się podniosła, ale moja
                pozycja się nie zmieniła. z powodu nieudolności handlowców, w dalszym ciągu nie
                mam na koncie jakichś spektakularnych, dużych wdrożeń. aplikacje, które
                napisałem pozostały tylko rzadko wykorzystywanymi plikami na moim kompie. a
                firma w której pracuję znana jest na rynku usług informatycznych jako
                nieuczciwy kontrahent z którym nie warto współpracować, i którego szef jest
                psychicznie chory. przez pierwsze pół roku walczyłem. przez drugie pół roku
                szukałem nowej pracy. niestety na to wszystko nałożyła się recesja dość
                poważnie odczuwalna na rynku IT. dostawałem różne oferty, ale żadna z nich nie
                była lepsza finansowo od tego co mam w tej chwili, w tej pojebanej, zwariowanej
                firmie. długo czekałem, zanim pogodziłem się, że rynek nie jest w stanie
                zapłacić za moje umiejętności więcej niż zarabiam dotychczas. w końcu odchodzę
                za mniejsze pieniądze i pozostaje mi tylko nadzieja, że już nigdy szef, który
                nie ma pojęcia, jak wykorzystać moją wiedzę, nie będzie o mnie mówił "ten
                kutas" w mojej obecności. pozdrawiam cię ;)
                • Gość: daag Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA- do daaga IP: *.*.*.* 23.08.01, 13:05
                  > wiesz daagu to nie takie proste. nie jestem już młodym wojownikiem po studiach.
                  > nigdy nie byłem. więcej, nie mam studiuff informatycznych. jestem samoukiem.
                  > przychodząc do tej firmy myślałem, że czegoś się nauczę, rozwinę się, popchnę
                  > do przodu karierę /w sensie - osiągnę stabilną pozycję na dosyć płytkim rynku
                  > programistów Lotus Notes/. niestety rzeczywistość była inna. oczywiście dużo
                  > się nauczyłem, moja znajomość warsztatu pracy bardzo się podniosła, ale moja
                  > pozycja się nie zmieniła. z powodu nieudolności handlowców, w dalszym ciągu nie
                  >
                  > mam na koncie jakichś spektakularnych, dużych wdrożeń. aplikacje, które
                  > napisałem pozostały tylko rzadko wykorzystywanymi plikami na moim kompie. a
                  > firma w której pracuję znana jest na rynku usług informatycznych jako
                  > nieuczciwy kontrahent z którym nie warto współpracować, i którego szef jest
                  > psychicznie chory. przez pierwsze pół roku walczyłem. przez drugie pół roku
                  > szukałem nowej pracy. niestety na to wszystko nałożyła się recesja dość
                  > poważnie odczuwalna na rynku IT. dostawałem różne oferty, ale żadna z nich nie
                  > była lepsza finansowo od tego co mam w tej chwili, w tej pojebanej, zwariowanej
                  >
                  > firmie. długo czekałem, zanim pogodziłem się, że rynek nie jest w stanie
                  > zapłacić za moje umiejętności więcej niż zarabiam dotychczas. w końcu odchodzę
                  > za mniejsze pieniądze i pozostaje mi tylko nadzieja, że już nigdy szef, który
                  > nie ma pojęcia, jak wykorzystać moją wiedzę, nie będzie o mnie mówił "ten
                  > kutas" w mojej obecności. pozdrawiam cię ;)

                  no tak, klasyczne zduszenie entuzjazmu. ale prawdę powiedziawszy to dziwię ci
                  się, że kiedy wyczułeś pismo nosem jak ci się dzieje w twojej firmie, to przy
                  porównaniu ofert pracy patrzyłeś na kepę. sam napisałeś, że podejmując pracę
                  chciałeś się wyrwać naprzód i mieć dobrze skrojony arkusik z osiągnięciami i
                  referencjami. firma ci tego nie dała więc trzeba było ją zmienić na taką, która
                  ci pozwoli to osiągnąć i nie patrzyć na kasę (wiesz tak piszę ale tak do końca
                  nie znam twojej sytuacji i przesłanek twojego pro-pieniężnego zorientowania).
                  a studia? dla pracodawcy to chyba sprawa drugorzędna. jak będziesz "tym
                  człowiekiem" to z błogosławieństwem swoich mocodawców pokończysz takie kursy, że
                  waga takiego certyfikatu przyprawi o ból głowy niejednego żądnego wiedzy wilczka.
                  a pomimo spowolnienia w it masz jednak przed sobą niezłe prespektywy. fachowcy
                  zgodnie potwierdzają, że deficyt na informatyków w całej europie potrwa jeszcze
                  dłuuugie lata.
                  ps. lotus notes? znajomo brzmi.. ; ) i jak patrzę dookoła siebie (moja firemka na
                  tym pracuje) to praktycznie nikt nie wykorzystuje więciej niż 20 proc. możliwości
                  jakie daje lotus. większość używa go jako programu pocztowego...
        • Gość: Ynga pewnie mnie zamordujecie..... IP: *.in-tra.com.pl 21.08.01, 09:10
          1. Ciekawa opowiastka, ale podtrzymuję swoją opinię. Wiem, że są tacy ludzie,
          wiem, ze niektórzy w ten sposób dochodzili do władzy i pieniędzy. Ciągle jednak
          uważam, że Rifun się zagalopował i w swej wyobraźni zaczął już dodawać
          wymyślone wątki. Sądze, że jest ich więcej niż prawdziwych. Dla mnie to jest
          prawdziwa fikcja literacka. Nie przeczę... nie jest zla ;) ale nigdy nie
          uwierzę, że to prawda...
          2. Poza tym... czasem jak się zacznie robić coś, co się podoba innym, to potem
          trudno skonczyć w odpowiednim czasie. Rifun wpadł w taką pętelkę.
          3. Mam też wrażenie (powtarzam: wrażenie), że żaden z czytelnikow Rifuna nie
          przeczytal dobrej ksiazki. Wyjaśniałoby to te zachwyty nad jego opowiadaniem.
          4. Ponadto: "Nie ma takiego dzieła, które nie zyskałoby na doskonałości po
          skróceniu go do połowy". I to jest prawda.
          • Gość: ecik Re: pewnie mnie zamordujecie..... IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 21.08.01, 09:28
            Jezeli tak lubisz dobre ksiazki, to po co czytasz RIFUNA ? A tak na marginesie,
            zycie niesie za soba duzo wiecej niespodzianek niz fikcja literacja, wiec
            prosze sie nie czepiac. Ja tez znam "dyrektora Buraka" - skonczyl zaledwie
            zawodowke, a jest wielkim prezesem, tyle tylko ze okrada wlasna firme, mowi do
            pracownikow "czysta polszczyzna" w stylu dyr. Buraka; gdy ma spotkanie z
            klientem, to w jego imieniu mowi dyrektor, a on nudzi sie, przeglada wizytowki,
            podzwoni do roznych dzialow, poobjezdza ze nikt nie pracuje i ma pretensje, ze
            spotkanie trwa tak dlugo. przecietna dlugosc pracy w jego firmie to 1 rok.
            Rotacja 100%. I co Ty na to?
          • Gość: omen Re: pewnie mnie zamordujecie..... IP: 195.94.206.* 21.08.01, 09:58
            Nawet jeśli Rifun trochę koloryzsuje, no to co? Bardzo przyjemnie się czyta,
            facet ma poczucie humoru i "łatwość" pisania, a to się chyba liczy
            najbardziej ! A co do "literatury pięknej" - pokaż mi firmę, w której bezkarnie
            możesz czytać książkę w godzinach pracy... Ano właśnie... A Buraków jest,
            niestety, mnóstwo na kierowniczych stanowiskach. I większość z nich nie ma
            kompleksów, za to ma świetne samopoczucie + niesamowite szczęście ("plecy"?)
            przy podejmowaniu chybionych decyzji...
          • Gość: leniuch Rifun rulez IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 21.08.01, 10:21
            Gość portalu: Ynga napisał(a):
            > 2. Poza tym... czasem jak się zacznie robić coś, co się podoba innym, to potem
            > trudno skonczyć w odpowiednim czasie. Rifun wpadł w taką pętelkę.
            > 3. Mam też wrażenie (powtarzam: wrażenie), że żaden z czytelnikow Rifuna nie
            > przeczytal dobrej ksiazki. Wyjaśniałoby to te zachwyty nad jego opowiadaniem.
            > 4. Ponadto: "Nie ma takiego dzieła, które nie zyskałoby na doskonałości po
            > skróceniu go do połowy". I to jest prawda.

            Przeczytałem "Buraka" drugi raz w całości i widzę, że Rifun ma kopa w długopisie.
            Poza tym, snobistyczna koleżanko, nie porównuję go do "dobrej książki", tylko do
            codziennej porcji drukowanego.
            Proponuję, żeby po zakończeniu tego wątku Rifun spisał wspomnienia ze studenckiej
            praktyki robotniczej, saksów, wojska, balangi u Gośki...
          • Gość: daag Re: pewnie mnie zamordujecie..... IP: *.*.*.* 21.08.01, 11:04
            Gość portalu: Ynga napisał(a):

            > 3. Mam też wrażenie (powtarzam: wrażenie), że żaden z czytelnikow Rifuna nie
            > przeczytal dobrej ksiazki. Wyjaśniałoby to te zachwyty nad jego opowiadaniem.

            no to faktycznie masz jednak tylko takie wrażenie (powtarzam: tylko wrażenie) -
            to mówiłem ja daag. ;o)
            (no chyba, że ja czytam same słabe książki... wtedy przepraszam, zwracam honor i
            całuję rączki)
          • Gość: Ynga Re: pewnie mnie zamordujecie..... IP: *.in-tra.com.pl 21.08.01, 12:17
            Wszyscy sie strasznie oburzyli... Nawet zostalam mianowana przez
            Leniucha "snobistyczna kolezanka". Kazdy, kto czyta ksiazki jest snobem?
            Pierwszy raz slysze.
            Wasza reakcja dala mi do myslenia ;) Mam wrazenie, ze po prostu trafilam.
            Rifun! zastanow sie nad tym, co napisalam. Przeczytaj jednak dokladnie, a nie
            jak wiekszosc - po lebkach. Kiedys tam wczesniej proponowalam nawet zrzutke na
            wydanie Twojej opowiesci. To byl zart, ale wiem, ze to mogloby pojsc do druku
            (czasopismo). Niestety wlasnie po poprawkach, o ktorych napisalam.
            Z przyjemnoscia oczekuje kolejnych atakow zagorzalych Czytelnikow.
            pozdrawiam,
            • skowi Re: pewnie mnie zamordujecie..... 21.08.01, 21:33
              Jeżeli chodzi Ci o drobne błędy logiczne albo stylistyczne, to ja również je
              zauważyłem. I co z tego? Nie przeszkodzi mi to czytać Buraka z przyjemnością w
              dalszym ciągu.
              To, czy większość wątków jest zmyślona, pozostanie dla nas tajemnicą, chyba że
              RIFUN zdecyduje się to wyznać. A i tak chyba mu nie uwierzysz, jeżli napisze że
              wszystkie posty opowiadają o faktach...?
              Co do dobrej literatury, to nie porównuj wątków na forum z klasyką czy
              chociażby z niektórymi uznanymi pisarzami dzisiejszymi. To nie ta skala, chyba
              zdajesz sobie z tego sprawę?

              RIFUN, pisz dalej! To, że Burak wzbudza emocje, powinno Cię tylko cieszyć.
              Nie uważam się za fanatyka, ale czytać będę dalej i nie powiem, żeby sprawiało
              mi to przykrość. Historia - prawdziwa czy zmyślona - jest interesująca i wciąga
              czytelnika. Mnie już wciągnęło...

              serdecznie pozdrawiam
              Skowi
              • Gość: Ynga Re: pewnie mnie zamordujecie..... IP: *.in-tra.com.pl 22.08.01, 08:55
                Skowi ;)
                Ja rowniez czytam Buraka z dzika rozkosza i czekam na nastepne odcinki z
                zapartym tchem ;)
                Nie porownuje Rifuna do uznanych autorow... wogole nie porownuje go do
                niczego... Mowilam o reakcjach czytelnikow Rifuna. Chcialabym, zeby ktos tak
                reagowal np. na lektury szkolne (moze to zly przyklad, bo one z zasady sa
                znienawidzone) i inne fantastyczne pozycje literackie. Wiem, ze to zupelnie
                inne medium i inny rodzaj tekstu. Jestem "molem ksiazkowym" i troche zabolalo
                mnie, ze taki entuzjazm wzbudza histora pewnego kretyna zwanego Burakiem, a np.
                Dyzma, czy O''grodnik sa postaciami, ktorych nikt juz z mlodego pokolenia nie
                pamieta. Stephen King tez pisze (lub pisal, bo byc moze juz skonczyl) ksiazke w
                internecie, podobnie jak Rifun. Sprzedaz jego ksiazek wzrosla dwukrotnie.
                Sadze, ze sukces Rifuna (bo to jest sukces) opiera sie na tym samym fenomenie.
                Ksiazka w Internecie.
                Ehhhh... jeszcze troche i zapomnimy jak wyglada slowo drukowane, a ja jestem
                staromodna i cierpie....
                pozdrawiam,
                • Gość: pingu Re: pewnie mnie zamordujecie..... IP: *.ean.be 22.08.01, 09:27
                  E tam, mam wrazenie, ze cierpisz, bo lubisz. Skad Ty mozesz wiedziec, co
                  czytaja poza Burakiem jego wielbiciele ? A ze wywoluje on zachwyty, no coz,
                  spojrz na inne watki, mysle, ze biora sie one stad, iz kazdy z nas ma
                  swiadomosc, ze nie umie pisac jak RIFUN.
                  Ja tez nalogowo czytam ksiazki i powiedzialabym, ze nie sa to najgorsze
                  pozycje w dziejach literatury. Ale co to ma wspolnego z hisoria, ktora
                  wystepuje w roli glownej w tym watku ? Obawiam sie, ze nic. Przeczytalam
                  ostatnio takie zdanie, ktore byc moze da Ci do myslenia:
                  ''Uzywaj wszystkich swoich talentow, bo las bylby bardzo cichym miejscem,
                  gdyby tylko najlepsze ptaki w nim spiewaly''.
                  Pozdrawiam i zycze pogodniejszego spojrzenia na czasy, w ktorych zyjesz.
                • Gość: Alcest Nie, najwyżej trochę Cię poddusimy IP: 172.16.0.* / *.minrol.gov.pl 22.08.01, 11:22
                  Gość portalu: Ynga napisał(a):

                  > Skowi ;)
                  > Ja rowniez czytam Buraka z dzika rozkosza i czekam na nastepne odcinki z
                  > zapartym tchem ;)
                  > Nie porownuje Rifuna do uznanych autorow... wogole nie porownuje go do
                  > niczego... Mowilam o reakcjach czytelnikow Rifuna. Chcialabym, zeby ktos tak
                  > reagowal np. na lektury szkolne (moze to zly przyklad, bo one z zasady sa
                  > znienawidzone) i inne fantastyczne pozycje literackie.

                  LEKTURY SZKOLNE I INNE FANTASTYCZNE POZYCJE LITERACKIE? Za to sformułowanie,
                  wzorem Pilcha, mógłbym przyznać Ci Frazę Tygodnia...

                  Wiem, ze to zupelnie
                  > inne medium i inny rodzaj tekstu. Jestem "molem ksiazkowym" i troche zabolalo
                  > mnie, ze taki entuzjazm wzbudza histora pewnego kretyna zwanego Burakiem, a np.
                  >
                  > Dyzma, czy O''''grodnik sa postaciami, ktorych nikt juz z mlodego pokolenia nie
                  > pamieta.

                  Nie przesadzajmy, Koleżanko. Nawet wśród okropnej dzisiejszej młodzieży trafiają
                  się - i to częściej niż jedna na milion - jednostki, które to i owo czytają,
                  nawet tak trudne pozycje, jak "Kariera Nikodema Dyzmy" i "Wystarczy być"
                  (zresztą, przy całej sympatii dla tych powieści, znam jednak bardziej
                  fantastyczne pozycje literackie...). Wprawdzie kobiet nie pyta się o wiek, ale
                  gotów jestem się założyć, że i Ty zaliczasz się do tego typu ambitnej młodzieży -
                  a nie sądzę, żebyś na tym forum była odosobniona. :-)
                  A nawiasem mówiąc, czy książek, o których mówimy, również nie dałoby się
                  streścić: "Historia pewnego kretyna zwanego Nikodemem Dyzmą/Stanley''em
                  Ogrodnikiem" ?

                  Stephen King tez pisze (lub pisal, bo byc moze juz skonczyl) k