spi.kap
21.06.14, 14:19
Moi Drodzy, sam już nie wiem co robić i proszę o podpowiedzi.
Wiem jak ciężko znaleźć i utrzymać pracę i tym trudniej jest mi zrezygnować z obecnego zatrudnienia. Doceniam sam fakt, że pracuję na umowie o pracę i mam z czego utrzymać rodzinę. Będę jednak musiał coś zrobić, bo sytuacja mnie przerasta i obawiam się, że za trwanie w takiej matni zapłacę zdrowiem.
Mój pracodawca to nie prywatna firma, ale organizacja działająca w ramach finansów publicznych, mniejsza jednak o to.
W czasie rozmowy o warunkach pracy szef zadziwił mnie po raz pierwszy komunikując bez ogródek, że jestem kolejnym pracownikiem na tym stanowisku i że ciągle trwa na nim rotacja. Powiedział również, że przede mną byli tacy, którzy próbowali mu cyt. "kablować" i że musiał się ich pozbyć, no bo on skarżypytów nie znosi, doskonale wie co się dzieje w jego ogródku i nad tym panuje. Wtedy powinienem był podziękować mu i jednak wyjść, ale tego nie zrobiłem i tak tkwię tam od kilku lat.
Co mnie martwi? Przede wszystkim to, że łamie się tam wszelkie możliwe przepisy prawa pracy, praw pracowników, przepisy Sanepidu i PPoż, Bhp nie pomijając. Wypłaty nigdy nie dostałem w terminie, ale jestem zmuszany do poświadczania nieprawdy na liście płac wpisując datę "właściwą". Do tego kantowanie na nadgodzinach, urlopach itd. Ostatnio jednak zacząłem pracować nad uzyskaniem dowodów na te działania; od kilkunastu miesięcy dostaję wypłaty na konto i jasno z nich wynika ile to dni opóźnienia jest w wypłacie wynagrodzenia. Firma zapewne czuje się już tak pewnie w swoich poczynaniach, ze nie zaprząta sobie głowy myśleniem co wynika z jej działań.
Mam więcej takich "kwiatków", np. kopie lewych dokumentów dostaw, kopie list obecności podpisywanych ołówkiem, by potem ( po przeróbce, aby "się zgadzało" ) podpisać "oficjalne" długopisem. Nie muszę chyba dodawać iż różnią się zasadniczo.
Dyrekcja kombinuje i zarabia, pracownicy klną i tyrają bojąc się o pracę i nie mają nadziei na zmiany. Interwencje w PIP dały tyle, że wierchuszka zapłaciła kilka razy po wysokim mandacie, dyrektor ma sprawę w sądzie a sytuacja się nie zmienia. Po prostu- klika ma znajomych, wcale się z tym nie kryje a znajomi wierchuszkę kryją i tak się kręci.
Może nie wkurzałbym się tak bardzo, ale do tego wszystkiego dochodzi picie w miejscu pracy, co ja mówię picie- toż to żłopanie i w efekcie zasikani koledzy dyrekcji przewracający się w firmie, pijani pracownicy po godzinach, ale nadal w miejscu pracy-przeszkadzają innym w wykonywaniu obowiązków. I to chyba miał na myśli szef, mówiąc że wszystko wie i nie życzy sobie donosicielstwa.
Tak, kto lubi donosicieli, prawda? Ale wszystko ma swoje granice.
We mnie pękło coś w chwili, kiedy dowiedziałem się, że koledze z pracy grozi odebranie dziecka, bo szkoła zgłosiła możliwe wykorzystywanie seksualne i psychiczne jego syna. I tak sobie myślę, szef wystawił mu laurkę przed kuratorem a ja widzę go wiecznie zachlanego i obleśnie dowcipkującego " o pornolach". Wierzę jednak, że specjaliści od takich spraw wyjaśnią co i jak z dzieckiem.
Martwi mnie, że dyrekcja wiedząc o zarzutach wystawia nienaganną opinię łżąc w żywe oczy urzędnikom, pomagając aktywnym uczestnictwem w popijawach udręczonemu tatusiowi. Krótko mówiąc- chleją czasem razem, a najczęściej wiedząc o piciu w pracy innych pracowników.
Mogę przecież złożyć wypowiedzenie i mieć z głowy, ale dlaczego ja mam tracić na patologicznej sytuacji?
Macie jakieś pomysły?