Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Wasze opowiadania przypominają....

    IP: *.pl 11.11.02, 16:12
    Czytam wlasnie o dyrektorach-burakach.Ciekawe i pasjonujace.Pomyslalem od
    razu o Tzw."cieciach"/dozorcach, ochroniarzach czy jak kto woli/
    Otoz kiedyś pozostając bez pracy, podrozowalem z kolega jako pasazer
    ciezarowki czyli TIR-a/ohydna nazwa/.Sposrod rozmaitych przygod, najczesciej
    zdarzaly się awantury z cieciostwem - wywolywane przez cieci i ich wrodzona
    chyba glupote, polaczona z niebywala ambicja zawodowa.Przyklad:
    -jedziemy po ladunek sklejki do Pisza.Poczatek zimy,slizgawica na drogach,
    spimy na stacji benzynowej za Lomza a rano nie mozemy z niej wyjechac bo jest
    lodowisko.Jakos doczlapalismy sie do Pisza.Przy wjezdzie na zaklad jest
    cieciownia i chyba z 7-miu stoi pilnujac porzadku.Zaden nie odgarnie sniegu
    spod bramy, a przy bramie zaparkowany Polonez ich komendanta.Jakos nas
    wpuszczaja i wjezdzamy nie uszkadzajac poldka.Na terenie jest kierowca z
    naszej firmy.Blady, zmarzniety i zmeczony.Przyjechal godzine wczesniej ale
    nie chcieli go wpuscic na teren bo jeszcze nie ma magazyniera.Kazali
    odjechac, a tam trudno cofnac i slizgawica.Wpadl biedak po osie w jakies
    grzezawisko i nameczyl sie aby znalezc pomoc do wyciagniecia.Trwalo to rowno
    godzine ale przed nami zdazyl wjechac.Cos burknal cieciowi i wiedzielismy ze
    spotka go kara....
    Ladowanie odbywa sie ok 20metrow od dyzurki, po czym zasznurowal plandeke i
    podjechal do bramy celem wyjazdu - do Niemiec jechalismy.
    Tutaj pan ciec kazal odsznurowac plandeke bo on sprawdzi czy jest wszystko
    zgodne/co mogl uczynic podchodzac 20m.-10 minut wczesniej/ To tak na zlosc,
    aby niepokornego oduczyc kwestionowania komend! Bo przeciez sklejki ani
    zwazyc ani policzyc nie potrafi.
    Zauwazyl rowniez ze nasze znaki na plandece sa identyczne z tym krnabrnym-
    wiec nie chcial kontrolowac nas, ale po podjezdzie do bramy tez nas
    przecwiczyl /bo to ta sama firma!/
    Podjechal nastepny kierowca podczas gdy ciec kontrolowal nasz wyjazd.Spytal o
    droge do dzialu eksportu czy cos takiego.Odpowiedzielismy co i gdzie sie tu
    zalatwia a on spojrzal na ciecie i mowi" a oni tak jak wszedzie?" Cos mnie
    tknelo ze cieciostwo jest podobne bez wzgledu na miejsce pobytu i zaczalem
    obserwacje....Jesli ktos powie ze ciekawe to opisze pare spostrzezen.....
    Obserwuj wątek
      • Gość: Pri Wal ile wlezie.... n/txt IP: *.myslowice.artcom.pl 11.11.02, 21:03
        • Gość: Andy Re: Wal ile wlezie.... n/txt IP: *.pl 12.11.02, 20:15
          No wiec nastepna historyjka...
          Jest polowa Wrzesnia, trafia sie piekny kurs-z Mazur naszych kochanych, do
          Kristiansand w Norwegii.Nie moglem oprzec sie pokusie, i na sygnal kolezki
          wskakuje do ciezarowki w W-wie.W nocy, jest cieplutko, "babie lato",powolutku
          dojezdzamy do zaladunku.Bierzemy jakies meble i troche drewna kominkowego/jakby
          w Norwegii nie rosly brzozy.../ Jest sobota przed poludniem.Nadawca towaru ma
          gotowe "papiery" i kaze jechac za soba na urzad celny w Ostrolece.On swoim
          osobowym, my TIR-em/przepraszam za wyrazenie!/
          Wjezdzamy do urzedu nie zaczepiani przez nikogo-parkujemy w miejscu wskazanym
          przez celnika, odchylamy plandeke aby dostep do kontroli byl i w blogim spokoju
          oczekujemy na zakonczenie procedury przez U.C.
          Po okolo godzinie przychodzi celnik, sprawdza ladunek, kaze zasznurowac
          plandeke i plombuje naczepe.Za nastepne kilkanascie minut dostajemy z rak
          zaladowcy komplet dokumentow na wywoz towaru i zyczenia "szerokosci" itp.
          Lubimy takich ludzi, bo sprawnie i szybko zalatwiaja sprawe...widac ze fachowiec
          a nam w to graj.Teraz mozemy planowac jazde do Swinoujscia i dalej.....
          Ale nie wzielismy pod uwage ze tutaj jest jeszcze ON-czyli ciec!
          Wyjechac chcemy, a tu przed brama wybiega facet troszeczke brudny, nieogolony i
          w pomietym ubranku.Przed nami podnosi ruchem wprawnej dloni lancuszek na
          wysokosc zderzaka i pyta glosno: "A wy gdzieeee??????"
          Popatrzylem na kolege i na jego buzi na ktorej goscil od kilkunastu godzin
          usmiech-/zapewne na wyobrazenie o pieknej jezdzie/-pojawil sie pierwszy grymas.
          Zaczela sie wymiana zdan:
          -do Norwegii...
          - a przepustka?????
          -jaka przepustka? jestesmy odprawieni.....
          -ale JA/!/ was nie puszcze...itd.
          Widze ze koledze "skacze gula" i dalszej wymiany zdan nie moge przytoczyc ze
          wzgledow estetycznych....
          Nadawca towaru juz dawno pojechal i nie przypuszcza nawet co my przechodzimy.
          Kolega wrzeszczy ze za chwile ruszy wozem i ten lancuszek pociagnie razem z
          cieciem i jego buda, w koncu napatoczyl sie kierownik U.C, i pyta o co ten
          halas? Staram sie wyjasnic spokojnie i udaje sie....
          Faktem jest ze przy wjezdzie powinnismy od tego samego ciecia dostac prepustke,
          ale dlaczego nie bylo go przy otwartej bramie to nikt nie wie /moze cos akurat
          zarl?/
          Dalsza podroz przebiegla bez zaklocen- jesien cieplutka, po drodze grzyby,rejs
          promem do Ystad a dalej piekna Szwecja.Drogi szerokie, ludzie mili i uprzejmi,
          Norwegia fiordy,....kto tam byl we Wrzesniu to mnie zrozumie...-ale przez cala
          droge przeklinalismy tego glupawego ciecia- ktory myslal ze jest w calej
          procedurze najwazniejszym...
          Jesli ciekawe to napisze nastepna - tez prawdziwa ....
          • Gość: psck9 Re: Wal ile wlezie.... n/txt IP: *.fidnet.com 13.11.02, 01:35

            > Dalsza podroz przebiegla bez zaklocen- jesien cieplutka, po drodze
            grzyby,rejs
            > promem do Ystad a dalej piekna Szwecja.Drogi szerokie, ludzie mili i uprzejmi,
            > Norwegia fiordy,....kto tam byl we Wrzesniu to mnie zrozumie...

            Bylem stary akurat we wrzesniu w tym fiordzie co to Oslo idzie, piekna sprawa,
            naprawde polecam

            psck9
      • caerme Re: Wasze opowiadania przypominają.... 12.11.02, 20:16
        na uczelni jest mniej wiecej to samo tylko ze odpowiednik ciecia sie zwie [w
        zaleznopsci od miejsca]:
        - pani z dziekanatu
        - cieciowa / szatniarka/ osoba pilnujaca [wydajaca klucze do jakichs sal]
        - sprzataczka
        ja sie nauczylem zyc z tymi dwoma ostanimi formami z racji czestego bywania w
        salach komp. polegalo to na tym ze przez caly czas mowilem dzien dobry do
        widzenia itp [pojawialem sie jako jeden z pierwszych wybywalem - jeden z
        ostatnich] w koncu doprowadzilem do tego ze bez kolejki sie wkrecilem wtedy
        kiedy trzeba i tam gdzie trzeba...
        ... ze pani z sali komputerowej traktowala mnie jako wrzod na trylku z
        serii :wyciac sie nie da, a zyc trzeba, a ze dlugo jest zbyc sie nie da...
        dawalo to spore profity, lacznie z tym ze nawet krytykowac sie dalo, na moj
        calkiem donosny glos, raz na iles [w roku czy dwa] nawet byla sytuacja pomoz
        pan bo ja nie umiem..,
        ,,, ale trwalo to hohoho i jeszcze troche [ze 2 lata] bycia niemalze na
        okraglo].
        i wierze ze wszystkie ciecie sa prawie takie same...
        • Gość: Andy Re: Wasze opowiadania przypominają.... IP: *.pl 12.11.02, 20:32
          No wlasnie o to mi chodzi ze wszyscy maja jakas wspolna ceche, czuja sie
          nawiedzeni czy cos w tym rodzaju - ale nie lubia by ich nazywac dozorcami,
          strozami a juz w zadnym wypadku cieciami.....
          Kiedys przy jednej z klotni bylem swiadkiem jak kierowca na odchodne krzyknal:
          "mozesz sobie na plecach wypisac slowo SECURITAS, mozesz jakies inne jesli to
          ci sie podoba.... ale pamietaj ze zawsze jestes zwyklym, smierdzacym CIECIEM!!!"
          • Gość: Pri Andy - Dawaj dalej. n/txt IP: mieszko.pl.u* 13.11.02, 07:51
            • Gość: Andy Re: Andy - Dawaj dalej. n/txt IP: *.pl 13.11.02, 20:34
              Pamietam rowniez przygode ktorej bezposrednim swiadkiem nie bylem, ale cala
              firma o niej mowila.Traktuje wiec jako prawdziwa.....
              Otoz ktoregos roku zawarty byl kontrakt na obsluge zakladow papierowych w
              Kostrzyniu n/Odra.Kontrakt nie lubiany przez szoferstwo bo:
              - zaladunek na samej granicy i to duza masa /24Tony lub wiecej jeszcze!/
              - jako nowa spolka z kapitalem zachodnim, byla bardzo wymagajaca i zadala
              rygorystycznej dyscypliny....
              -ciecie byli tam nieprzecietnie zidiociali na tym punkcie.
              Chodzilo o ten punkt regulaminu wewn/zakladowego, ktory nakazywal pozostawienie
              wszystkiego co jest z papieru a posiadal kierowca w kabinie./procz prawka
              jazdy, dokumentow i forsy oczywiscie!/Ale juz stara gazeta np.superekspress -
              to nalezalo przy wjezdzie zostawic na "cieciowni" jako depozyt-zwracany
              wyjezdzajacym,/
              Ta czynnosc trwala dlugo, ciecie wyzywali sie i zabierali nawet papier
              toaletowy.Glupota polegala na tym ze wiekszosc depozytu nie mogla byc
              produkowana w tych zakladach, a kierowcy oczekujac godzinami na zaladunek
              chcieli np.czytac gazete.Jednak ciec byl zawsze niewzruszony i rygorystyczny az
              do bolu.....
              Raz podjechal tam znajomy kierowca Waldek.Nie spieszylo mu sie i byl gotow
              wypelnic wszystkie zadania.Uslyszawszy ze wszystkie papiery ma pozostawic jako
              depozyt, przekonal ciecia, ze depozyt polega na pozostawieniu rzeczy w zamian
              za spis wszystkich pozycji.Kopia depozytu musi byc w posiadaniu kierowcy.No i
              zaczelo sie.....
              Pisanie jest dla ciecia katorzniczym zajeciem, a Waldek grzecznie prosil aby
              kazdy papier opisac szczegolowo: tak wiec byla tam rolka czystego papieru
              toaletowego zuzyta do okolo 50% swojej masy, byly gazety stare z rozwiazanymi
              czesciowo krzyzowkami ale wyszczegolniane z tytulow.itp.itd.Po okolo 1/2 godz
              gdy ciec juz myslal ze wszystko spisal, Waldek przyniosl kolejny papier-byla to
              okladka jakiejs gazety z krzyzowka, ale nieuzyteczna i musiala lezec obok
              fotela kierowcy bo odbitym na niej byla podeszwa z buta/!/
              Gdy ciec sugerowal ze moze to wyrzucic do kosza, Waldek nie zgadzal sie i
              domagal sie wpisania.Nastepne pol godziny wyszukiwal w zakamarkach roznosci
              celulozowe i wreszcie protokol zakonczono.
              Potem juz nic ciekawego nie bylo...kilka godzin oczekiwania na zaladunek,
              wyjazd, odbior depozytu i pozegnalne "do milego"...
              Nastepnego dnia rano byl telefon do firmy aby nie przysylac tego "pana co
              wczoraj ladowal".Bez skarg na Waldka, ale z goraca prosba aby juz tutaj nie
              przyjezdzal.Dzwonil dowodca warty-
              Jesli chcecie nastepna historyjke to dajcie znac - jutro wieczorem opisze.
              Pozdrawiam
              • Gość: Pri Opisz.... n/txt IP: mieszko.pl.u* 14.11.02, 07:37
      • kazik_4 jasne pisz - ŚWIETNE !!! n/t 14.11.02, 12:12
        • Gość: Andy Re: sprobowac moge... IP: *.pl 14.11.02, 18:27
          Kolejne spotkanie "3-go stopnia" mialo miejsce w Gorze Kalwarii....
          Moj kumpel Leszek wracal gdzies z Italii i to dalekiej/okolice Neapolu/
          Zmeczony-po
          paru tys. kilometrow i 3-ch tygodniach nieobecnosci w domu.Ladunek mial do
          G.Kalwarii i szczesliwie sie skladalo ze dostawa byla do firmy w ktorej rowniez
          byl zlokalizowany Urzad Celny.Poniewaz byl wieczor, zadzwonil do zony aby
          wziela osobowy i pojechala za nim do Gory-zostawi tam ciezarowke i pospi
          spokojnie nie bojac sie ze jakis wandal rozetnie mu plandeke i cos ew.skradnie
          jesli parkowalby na ulicy w Piasecznie.Na U.Celnym jest duzy plac postojowy-a
          jedyne co dolozy do tej operacji to koszt uzycia swego prywatnego auta.Zabierze
          tez brudne koszule i gatki do prania...itp.itd. Naiwny, nie wzial pod uwage ze
          przy bramie wjazdowej jest ON!-CIEC!!!!!!
          Podjechal do bramy i grzeczna wymiana zdan - a to ze ja tutaj mam dokumenty,
          jutro rano odprawe celna i tutaj rozladunek wiec zostawic chce auto......
          "cos pan? - JA/!/ pana nie wpuszcze!!!!/cholera wie czemu nie- ale nie!/
          Ten Leszek zmeczony i nie nastrojony do klotni , wyszedl z kabiny, przywolal
          zone i dal jej worek z brudna bielizna,,,a jak zamykal kabine na kluczyk, to
          ciec wyskoczyl i pyta "co pan robisz? - tu jest brama i musisz odjechac stad"
          Na to Leszek " jak nie chcesz wpuscic na teren to pilnuj w bramie - ja rano
          wroce..."W koncu dal sie ublagac i wjechal na plac ku radosci ciecia i swojej
          zony.
          Moze to nie rewelacja, ale wierzcie mi ze zycie samo.....Jesli jeszcze ktos
          czyta to dopisze cos, ale teraz musze wyjsc z psem na spacer.....Ursynow, zaraz
          wracam....
          • Gość: pri Im wiecej tym lepiej :D :D n/txt IP: mieszko.pl.u* 15.11.02, 09:39
      • kazik_4 Jasne, ze czytamy n/txt :):):) 15.11.02, 13:21
        • Gość: ;o) Re: Jasne, ze czytamy n/txt :):):) IP: *.waw.cdp.pl / *.crowley.pl 15.11.02, 15:19
          Scenka o poranku: do bramy uniwersytetu od Oboźnej (rzecz się dzieje w
          Warszawie) podjeżdża pan docent z mojego wydziału. No, nie bardzo sympatyczna
          osoba. Brama przepasana łańcuszkiem. Docent wściekle trąbi. Cieć wychyla się z
          budki i wrzeszczy: Przepustka gdzie? U rektora - odwrzaskuje docent. -
          Pieczętuje się!
          Cieć puka się w czoło: Panie, na bramie to ja jestem rektor...

          Śmieszne to było...
      • Gość: wartownik cieć na warcie IP: *.acn.pl / *.acn.waw.pl 15.11.02, 17:17
        Cieć na warcie, w jednostce wojskowej, to ja. Stałem raz. Zupełnie nie mogłem
        zrozumieć, po cholerę te przepustki. Olewałem kierowców, którym otwierałem
        bramę, a którzy dawali mi te papierki (a raczej usiłowali je dać, ale mi nie
        chciało się podejść 3 metry, a im wyjść z szoferki). Ja nie chciałem ich brać.
        Bo po co ? To nie był mój zakład, nie mój problem, zbędny wysiłek z mojej
        strony. Kierowcy dziwili się, że otwieram im wrota szeroko i nic od nich nie
        chcę. Tylko dowódca wkurwiał się, bo czegoś tam nie mógł rozliczyć.
        Drugi raz na wartę już mnie nie wzięli.
        • yeni_true Re: cieć na warcie 15.11.02, 18:49
          No trochę się trudno dziwić, że Cię nie wzięli:)))))) Dobrze się spisałeś!!! W
          zwiąku z Twoim postem przypomniała mi się pewna historyjka. Mianowicie, jako
          bardzo jeszcze młoda osoba wyjechałam na obóz letni organizowany przez moją
          szkołę średnią do Łeby. Po paru dniach pobytu okazało się, ze w miejscowej
          jednosce służy nasz starszy kolega, abolwent naszej szkoły. Oczywiście
          chcieliśmy Go odwiedzić. Przychodzimy pod jednostkę. A tam wiadomo: szlaban ,
          budka, a w budce wartownik. Nigdy wcześniej w żadnej jesdnosce nie byłam, więc
          nie bardzo wiedziałam co robić... Wartownik patrzył na nas - my na Niego.
          Niespecjalnie kwapił się do nas przyjść. Trudno się zresztą dziwić, bo lato,
          upał a On w mundurze, jeszcze hełm miał, tyle, ze pod pachą i jadł sobie
          bułkę :) Wreszcie niezbyt przyjaźnie zapytał nas. "A czego to tu ??" Jeden
          kolega taki więcej wygadany odpowiedział, że przyjechaliśmy odwiedzić takiego
          to, a takiego, a ja niby jestem kuzynką i czy możemy prosić, w drodze wyjątku
          itede. Wartownik coś pomruczał, ale poszedł do budki zadzwonić, jak mówił "na
          jednostkę"....i wtedy sie zaczęło :)) Był to rok chyba 87 albo 88 i telefon tam
          był taki ...korbkowy:))) Gość zakręcił korbką i rozdarł się na całe
          gardło: "Halloooo jednostka???" kilka razy. Dodam, że odległość budki od
          budynku jednostki pozwalała mu przy jego sile głosu na swobodną konwersację,
          bez użycia korbkowego telefonu, a i okoliczni mieszkańcy też Go chyba
          usłyszeli. tak czy owak telefon chyba nie dzialał, bo Wartownik kilka razy
          nazwał go ścierwem i inaczej też, po czym podszedł do nas i zapytał " Macie
          jaki scyzoryk, albo .......WIDELEC?" Niestety, nie mieliśmy widelca, ale
          jeden kolega miał scyzoryk i pożyczył Wartownikowi. No i OK :) Coś tam zrobił i
          telefonik zadziałał, ale słyszalność musiała być kiepska, bo za chwilę
          usłyszeliśmy " A bo tu do (tu nazwisko kolegi naszego) przyjechała kuzynka!!!!
          KU-ZY-NKA!!!!!!! TAAAAAK!!! Z takimi dwoma !!!! Z Takimi jednymi dwoma !!!! "
          Ja już naprawdę prawie płakałam ze śmiechu, a Wartownik podszedł, grzecznie
          scyzoryk oddał i wspomniał, ze często nie działa to ścierwo:))
          W oczekiwaniu na kolegę nie mogłam powstrzymac sie i nie zapytać, co by się
          stało jakby jakaś wojna wybuchła czy inny kataklizm, a tu hmm no to ścierwo nie
          działa. Wartownik od razu poznał się na mnie, ze nie znam się na sprawach
          obronności kraju, bo tylko westchnął " eeee tam, ktoby tu napadał na takie
          dziadostwo, a jakby była wojna toby my się pokryli" No i słusznie:))))
          Pozdro
          Yeni
          • Gość: Andy Re: cieć na warcie IP: *.pl 15.11.02, 19:28
            Widzisz Yeni, roznica moim zdaniem jest w tym, ze jedni/jak zolnierze/ sa
            cieciami z obowiazku.Olewaja, lub sami smieja sie z zrzadzen-ale tego zmienic
            nie moga.
            Natomiast ciec " z powolania"...o to juz zupelnie inna jakosc.Przewaznie jest
            ambitnym i chce wykazac swoja wyzszosc nad kazdym intruzem chcacym lekko
            przejsc przez brame....Glupota w swojej krasie nie jest zjawiskiem groznym,
            natomiast polaczenie glupoty z ambicja to cos strasznego.
            Pamietam jak kiedys przy wyjezdzie z od nadawcy ladunku, ciec postanowil
            sprawdzic czy kierowca czegos "nie myci".Po przeszukaniu kabiny spytal o to co
            moze byc ukryte pod plandeka? Swoimi swidrujacymi podejrzliwie oczkami,
            postanowil tam zajrzec.Kierowca mowi mu ze on nie ma prawa, bo jest juz
            zaplombowany....Tutaj okazalo sie ze plomba to tylko kawalek olowiu
            odcisnietego przez celnika, a on/czyli ciec/ moze wszystko! Zerwal plombe,
            sprawdzil i powiekszyl grono bezrobotnych w Polsce.
            Dla przeciwwagi wspomne o tym jak po rozladunku gdzies w Zaglebiu Rury
            dostalismy towar do Polski, i nie bez trudu podjechalismy pod brame
            zakladu.Koles moj poszedl na cieciownie spytac czy dobrze trafilismy....Wrocil
            za 3 minuty i patrzy na mnie nic nie mowiac.Zalamal go ciec niemiecki-Sam
            sprawdzil czy nas dzis jeszcze zaladuja, potwierdzil zlecenie, firme
            przewoznika itp.Dal kierowcy pager do reki i kazal czekac na sygnal do
            wjazdu.Procz tego dal szkic sytuacyjny pokazujacy jak wjechac do wlasciwego
            magazynu.Po kilkunastu minutach oczekiwania :"pippppp", no wiec wjezdzamy.
            Bez zadnych zbednych ceregieli, zaladowalismy i papiery dostalismy przy
            wyjezdzie.Faktura, list przewozowy, swiadectwo pochodzenia, wszystko co
            potrzebne do jazdy i odprawy celnej.Dodac moge ze ciec ten byl jedynym z ktorym
            kontaktowalismy sie, /procz wozkarza w magazynie ladujacego towar/
            Znal jezyk angielski i polski/chyba z pochodzenia./ Co Wy na to - bo my
            zglupielismy na takie "cudo".....Bylo to kilka lat temu - a pamietamy go.Toz to
            super ciec nad cieciami-nieprawdaz?????
            • yeni_true Re: cieć na warcie 15.11.02, 19:44
              Gość portalu: Andy napisał(a):

              > Widzisz Yeni, roznica moim zdaniem jest w tym, ze jedni/jak zolnierze/ sa
              > cieciami z obowiazku.Olewaja, lub sami smieja sie z zrzadzen-ale tego zmienic
              > nie moga.

              Ależ Andy !!! Tak mi sie tylko ta historyjka z widelcem przypomniała, w związku
              z postem Wartownika... Zdaje sobie sprawę, ze żołnierz nie ma wpływu na to, czy
              postawia Go na warcie, czy nie :) I wcale nie chciałam nikogo obrazić...
              A co do Twoich spostrzeżeń - zgadzam sie w 100 % ... Można powiedzieć u
              nas "Cieć na bramie .... jedyny rym jaki mi przychodzi do głowy to "równy
              pierwszej damie", ale chyba nie bardzo pasuje:))
              Wiem coś o tym, bo naprzeciw mojego bloku jest firma z "cieciownią" :)
              A obok jest parking, nie firmowy ..taki ogólno - dostępny, ale cieć i tak mnie
              zawsze opieprza, jak tam parkuje, tak dla zasady :))
              Pozdro i pisz dalej, bo fajne
              Yeni
              • Gość: Andy Re: bez ciecia tez zle. IP: *.pl 15.11.02, 21:17
                W tej chwili przypomnialem sobie wczesne lata 90-te, gdy nie bylo jeszcze tak
                ze kierowca mial komore, i firma nasza poslugiwala sie telefonami stacjonarnymi.
                Umowa byla taka,ze z reguly po zaladunku /lub po rozladunku/, kierowca dzwonil
                z firmy do dyspozytora i meldowal ze jest juz "pusty" albo "zaladowany" albo ma
                jakies trudnosci ect....
                Razu pewnego ten moj koles Leszek cos rozladowywal w firmie na peryferiach
                Olecka...Mial juz podyktowane nastepne zlecenie, tak ze myslelismy ze za chwile
                wyjedzie z tego zakladu do miejsca przeznaczenia.Ale czy wpadl nowy pilniejszy
                zaladunek, czy tez zdecydowano zmienic cos w zleceniu-nie pamietam
                dzis.Dyspozytor doszukal sie telefonu do firmy w Olecku, odebrala jakas pani i
                rozmowe slysze mniej wiecej taka:
                - prosze pani, tam u was jest jeszcze nasz kierowca ktory ze Szwecji przywiozl
                dzis ladunek?
                - juz wyjezdza prosze pana!
                -bardzo pania prosze, niech pani zadzwoni na brame i zatrzymajcie go, bo ja
                chce mu przekazac nowe zlecenie.
                -prosze pana!, bramy u nas nie ma, ale moge polaczyc pana z "markietingiem",
                tam go jeszcze zlapia,
                odpowiedziala uprzejma pani, spiewnym podlaskim akcentem.
                Ciecia tutaj nie ma, ale ciekawie bylo.Czasem jade na ryb w te strony, i
                przejezdzam przez Olecko.Widzac firme nieogrodzona, mysle sobie czy to aby nie
                ta co plotu wprawdzie nie dorobila sie, ale marketing juz ma????
                Pozdr.
                • yeni_true Re: bez ciecia tez zle. 15.11.02, 22:02
                  Wiesz, ja mam niezłego "gospodarza domu" w bloku ...Istny Anioł z "Alternatywy
                  4" Ostatnio poinformował mnie, ze mam powiedzieć dzieciom, żeby nie pluły w
                  windzie....Powiedziałam Mu, ze nie mam dzieci, na co On stwierdził "To nie
                  szkodzi - pluć w windzie tak, czy tak nie wolno" ....No i co tu powiedzieć ???
                  Pozro
                  Yeni
                  • Gość: Andy Re: bez ciecia tez zle. IP: *.pl 15.11.02, 22:13
                    No jak to?"co tu powiedziec" - powiedziec zeby nie pluly-proste!
                    A swoja droga to dowod, ze on wie co ma powiedziec drugiemu - ale co ten drugi
                    do niego mowi to on juz nie wie......
                    Ja z kolei latem przezywam meki, bo spie przy otwartym oknie i slysze jak ciec
                    w ramach walki z sennoscia swoja chodzi po parkingu/on jest cieciem od
                    pilnowania aut!/, i gwizdze sobie stare melodie z lat 60-tych ......
                    Jak cos go najdzie to zaczyna spiewac.Tego lata najczesciej byla spiewana "Vaja
                    con dios" - przy czym tylko te trzy slowa znal a dalej bylo gwizdane.
                    Mam za regalem czeska wiatrowke i pudelko srutow.Kiedys nie wytrzymam i pukne w
                    jego tluste dupsko...naprawde, za te gwizdy i spiewy.
                    On czuwa za pieniadze, ale ja nie moge spac za darmo .
                    Pozdr.
                    • Gość: Andy Re: bez ciecia tez zle. IP: *.pl 16.11.02, 15:13
                      Znaczy musze zakonczyc te wywody...bo mam wrazenie ze zamienilo sie to w
                      pisanie moje z jedyna /aczkolwiek sympatyczna Pania "yeni-prawdziwa"/.
                      Wobec tego na zakonczenie powiem, ze wszystkie opisane przeze mnie zdarzenia
                      byly prawdziwe.Leszek, kolega szofer-jezdzi od Sierpnia w Irlandii i tez z
                      cieciami wojuje!/to widocznie jest zjawisko ponadczasowe i ponadnarodowe/
                      Na zakonczenie przypomnial jak jeden z jego znajomych kierowcow w Lezajsku na
                      terenie browaru zostawil ciezerowke wieczorem i poszedl do baru na
                      kolacje/chyba poza brame?/Po powrocie ciec nie chcial wpuscic go do auta/moze
                      piwo lezajskie wypil?-nie wiem/.Ten byl niezlej postury i chcial oberwac
                      cieciowi naramienniki, ale byly przyszyte mocniej niz rekawy .....W kazdym badz
                      razie oderwal pagony z rekawami przed pojsciem spac....
                      Leszek na moja prosbe "otworzyl sie" i przyznal ze nadal z nimi/czyli cieciami/
                      ma spotkania trzeciego stopnia...
                      Ostatnie polegalo na tym ze w Dublinie mial odebrac w porcie naczepe pusta
                      ktora przyslana zostala promem z Anglii.Wjechal za zgoda ciecia/Irisha!/, ale
                      po podpieciu tej naczepy i podjezdzie do bramy, ciec zazadal/gate-pass-po
                      naszemu przepustke bramowa jesli mozna tak nieudolnie przetlumaczyc/
                      Walczylem z nim godzine - pisze Leszek.Przegralem i poszedlem spac.
                      Moje zdziwienie bylo rankiem, gdy po otwarciu biura zobaczylem tego
                      ciecia/bramowego/, siedzacego w okienku obok, dokladnie 3 metry od stolu na
                      ktorym lezala wypisana dla mnie przepustka!
                      Nic dodac nie moge na dzis, moze pozdrowienia dla wytrwalych czytelnikow.
                      Jesli ktos ma w swoim zyciu odnotowane podobne spotkania z tym "elementem",
                      niech sie podzieli .Przeciez moznaby napisac chyba wspolna prace zbiorowa o
                      cieciostwie - tak bardzo potrzebna dla kierowcow ciezarowek oczekujacych w
                      kilkunastogodzinnych kolejkach na granicach, walczacych na pierwszej linii z
                      cieciostwem..Deklaruje swoja pomoc...
                      Teraz pozdrawiam wszystkich Panstwa i przepraszam ze zajalem troche czasu
                      Andy
      • Gość: trefl 3 biurowce IP: *.acn.pl / *.acn.waw.pl 17.11.02, 09:28
        Jestem kierowcą auta osobowego w firmie kurierskiej. W Warszawie są 3 biurowce,
        ogrodzone, z cieiciami. Każdy może wjechać. Wiadomo - różne biura - różne
        sprawy.
        Chyba, że cieć ma natchnienie. Kiedyś kolega przprowadził dialog:
        cieć: do kogo ?
        kolega: do Gilette (tu normalnie dialogi kończyły się, ale nie tym razem)
        c: po co ?
        k: ogolić się. Otwieraj dziadu !!!
        Koniec rozmowy. Trzeba było otworzyć szlaban, bo zrobiła się kolejka.
        • Gość: Andy Re: 3 biurowce IP: *.pl 17.11.02, 14:09
          To dziwne ze tak gladziutko poszlo.....
          Myslec mozna ze slowo"dziadu"zrobilo wrazenie - bo nie kazdy tak od razu "wali"
          na poczatku randki.Widocznie ktos wazny jedzie./Mogl to byc ciec nowoprzyjety i
          dopiero zaczynal swoje ambitne poslannictwo..?Sam nie wiem co o tym myslec.
          Zachecam Wszystkich do pisania - przeciez jasne ze kurierzy maja to na co dzien
          i musza byc niezle "ocykani" aby cieciow szybko ogrywac.
          Zachecam do pisania i pozdrawiam.
      • szczurbiurowy Re: Wasze opowiadania przypominają.... 19.11.02, 20:52
        Pan Zbyszek miał na cieci przy koksownikach jeden niezawodny sposób:
        uniwersalny środek płatniczy. Wystawienie przez uchylona szybę samochodu ręki z
        flaszką kończyło wszelkie dyskusje o niemożności dalszej podróży - cieć szybko
        przekładał kałasza na plecy i w zależności od pory roku wkładał butelkę za
        pazuchę kurtki albo do kieszeni na nogawce spodni. Jeśli cieć był z milicji to
        jeszcze czasem mógł tam odwarknąć, ale zazwyczaj sprawa przechodziła gładko.
        Kiedyś Pan Zbyszek trafił na inspekcję przy koksowniku, ale się w porę
        zorientował i nie wyciągał swojej przepustki, bo wszystkie ciecie, które zwykle
        były znudzone i dłubały w nosie, tym razem niezwykle energicznie machały do
        niego żeby się zatrzymał, a jak to zrobił - wywalili mu samochód w środku do
        góry nogami. Szczęściem nie miał wtedy grubszego towaru, a matryce do nalepek
        na butelki wiózł w miejscu po nagrzewnicy.
        Tak było aż się jaruzeliada skończyła, a Pan Zbyszek przerzucił się z FMCG
        czyli bimbru i rąbanki na outsourcing świadczony wytwórcom odzieży zachodniej w
        mieście Łodzi.

        pozdro dla wszystkich
        • Gość: Ela Re: Wasze opowiadania przypominają.... IP: *.inet.com.pl 01.02.03, 13:53
          Może Andy napiszesz coś jeszcze?
          • Gość: Andy Re: Wasze opowiadania przypominają.... IP: *.acn.pl 01.02.03, 16:30
            Od kilku lat nie pracuje w firmie transportowej i stracilem kontakt z wieloma
            kierowcami ciezarowek.Ten w Irlandii jezdzi nadal, ale "ichnie" ciecie nie
            rownaja sie naszym-krajowym.Jesli ktos podsunie inny temat i akurat bede mial
            cos do opowiadania, to napewno dorzuce swoje uwagi...
            Pozdrawiam
      • Gość: discoteka Re: Wasze opowiadania przypominają.... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.11.03, 10:12
        Wyobraźcie sobie lato 2000 rok, centrum Poznania, ul. Ratajczaka przed godz.
        18.00, wjeżdżamy z mężem samochodem na teren Szkoły Wyższej Czegoś i Czegoś
        Tam - po to, aby dorobić klucze do mieszkania. Na terenie podwórza owej
        placówki naukowej jest w "dziupli" punkt dorabiania kluczy. Nawet nie
        wysiadając z samochodu zataczamy koło po podwórzu i widząc przez okno, że ten
        punkt już jest nieczynny, zamierzamy wyjechać i włączyć się z powrotem do
        ruchu - w ulicę Ratajczaka. Niestety, kiedy zakręcaliśmy, za naszym tyłem
        schylony! przebiegł Cieć i postawił we wjeździe "pachołka" na kłódkę, i...
        wyjazdu niet!!! Zrobiwszy to, schował się do dyżurki owej szkoły. Na nic
        prośby, na nic groźby, aby otworzył, twierdził cały czas, że to jest teren
        prywatny i kłamał w żywe oczy, że on, "biedczysko", nie ma klucza! Czuliśmy się
        porwani, zaczęłam dzwonić po policję, ale grube mury z cegły wokół podwórca,
        zakłócały odbiór telefonu komórkowego. Poszukiwania jakiegokolwiek wykładowcy,
        szefa tej instytucji - spełzły na niczym. Kiedy byłam już zdesperowana, pojawił
        się Murzyn i zapytał "O cio choći?". Kiedy mu powiedzieliśmy, że Cieć nas
        porwał z samochodem, otworzył nam swoim kluczem - był on chyba pracownikiem
        naukowym tejże uczelni, i bardzo prosił abyśmy tej historii nie nagłaśnili w
        prasie, a Cieć?! Cieć stał i się śmiał...
        Niech go szlag!

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka