Gość: Aleksandra
IP: *.gorzow.mm.pl
28.01.09, 14:36
Witam, dziś między mną a naszą ksiegową i kadrową doszło do małej
sprzeczki w sprawie urlopu. Według nich, pracownik nabywa prawo do
niego proporcjonalnie z każym przepracowanym miesiącem. I tu
zgodzilabym się gdyby chodziło o urlop naliczany od lipca do
grudnia, z tym, że panie twierdża że to dotyczy całego okresu pracy,
bez wzgledu na długośc zatrudnienia . Czyli wg nich, pracownik po
kilku latach pracy w styczniu kolejnego roku nie nabył jeszcze prawa
do kolejnych 2 dni z kawałeczkiem, i urlopu nie ma . Wydało mi sie
to absurdem, sprawdzałam, pytałam, wiekszośc twierdzi że z każdym
kolejnym nowym rokiem nabywam prawo do 26 dni urlopu(w moim
przypaddku, rzecz jasna).Usłyszałam, że tak, nabywam prawo, ale nie
moge ich wykorzystać , gdyż udzielenie urlopu w wymiarze większym
niż te "zasłużone"dni jest tylko dobrą wolą pracodawcy, ale wg prawa
nieprawidłowe.Jęsli chcę, to od tego jest urlop zaległy.Czyli oni
dadzą mi jeśli bardzo "zachcę",ale generalnie pracownikom naszym nie
udzielają urlopów w ten sposób.Bo co będzie gdy zwolnię się
wcześniej?Przecież to logiczne, itp, itd.I teraz mam
problem.Niektórzy na forach pisza, że urlop należy sie w pełnym
wymiarze.Inni, że należy się, ale nie można go wykorzystać jeśli nie
zgodzi sie pracodawca.To można w styczniu wziąc sobie np. 10 dni,
czy nie?Czy prawo zezwala, czy pracodawca musi , może udzielić, może
odmówić?Jeśli tak, dlaczego??Jak to jest?Pracowałam w szkole
wczesniej, nie braliśmy tam "tradycyjnych" urlopów, nie wiem nic na
ten temat. Pracuje w tej firmie od lipca 2008, w pazdzierniku
przedłużono mi umowę na 5 lat. Prosze o odpowiedz, bo mnie szlag
trafia, a nie umiem dyskutować z panią z kadr nie wiedząc do końca
jak jest naprawdę. Pozrwaiam, Aleksandra