dlaczegodlatego
30.03.06, 14:35
Byłam naiwna i kupiłam z mężem mieszkanie przy Młynarskiej - cztery lata temu.
Większy metraż, spokojna okolica, mobilini mieszkańcy... Nic, tylko mieszkać
do radosnej śmierci.
Ale nie dało rady. Po prostu nie dało. Z miesiąca na miesiąc coraz większe
korki, spóźnienia do pracy, niknący znajomi, którym w końcu odechciewało się
nas odwiedzać na naszych stu metrach szczęścia... I vice versa.
Każda wyprawa do Wawy - czy to do teatru, kina, klubu - stawała się powoli
udręką. Ile można wydawać na taksówki i bilety komunikacji?
Żeby choć jakaś rekompensata za to była... Cywylizowanych ścieżek rowerowych
brak, miejsc przyjaznych rodzinie brak (jak parki z infrastrukturą), w zamian
restauracje pełne podejrzanego towarzystwa i gołkowskiego dresiarstwa,
ogolonych najkmenów i gangsterskich najmitów, rynku brak... Centrum Piaseczna
to Auchan i outlet, gdzie wałęsające się, podpite wyrostki ze Szkoły
Policyjnej każą wątpić, by kiedyś można było zaufać policji.
Długo by opowiadać, jak próbowałam z mężem jako tako zaaklimatyzować się w
Piasecznie.
W końcu nie wytrzymaliśmy podczas przedprzedostatniej zimy, korki doprowadziły
nas do białej gorączki. Sprzedaliśmy nasze mieszkanie i nie marudząc długo
kupiliśmy o trzydzieści parę metrów mniejsze.
Na Ursynowie odżyliśmy. Metro, trzy alternatywne wyjazdy "w miasto", bazarki,
sklepy, Multikino, restauracje, bary, mnóstwo ścieżek rowerowych, naprawdę
mmogłabym wymieniać w niespokończoność to, co dla warszawiaka jest
codziennością i niczym szczeólnym, ale dla piaseczanina - Boże drogi!
Znów możemy chodzić na wieczory literackie, wernisaże, umawiać się
ze znajomymi na piwo i bezpiecznie wrócić sobie metrem lub taksówką za cenę
taryfy pierszej strefy.
I uwierzcie mi, piszę to bez złośliwości, naprawdę współczuję wszystkim,
którzy kupili mieszkania w Piasecznie. Może jeśli ktoś pochodzi z tych okolic,
ma wielki dom i ogród, inaczej to widzi. Niech zatem żyje szczęśliwie.
Dla ludzi, zwłaszcza takich, którzy żyją miastem, kulturą, wydarzeniami, itd.,
ten pokraczny zarodek na końcu Puławskiej pępowiny jest po prostu nie do
zaakceptowania na dłuższą metę, na dalsze życie.
Na dodatek władze Piaseczna nie robią niczego (poza konkursem "zamelduj się, a
wygrasz!), by tchnąć w tę miejsowość trochę życia. Przaśne festiwale na boisku
przy Chyliczkowskiej, pachnące prowincjonalnym kurzem teatrzyki i inne "piwne
atrakcje" może stanowią wydarzenia nie wiadomo jakie dla czerstwych tubylców;
na pewno odrzucają ludzi wykształconych i z aspiracjami.
Jeśli możecie, sprzedajcie swoje mieszkania naiwniakom (wiem, że to cyniczne,
ale przeszłam co przeszłam, więc swoje ogłoszę) i wracajcie z powrotem do
Warszawy.