kubowa
08.10.07, 15:54
no muszę napisać, bo szlag mnie powoli trafia. nie wiem zupełnie jak sobie z
tym poradzić a i tak węszę, że nic nie jestem w stanie zrobić.
w skrócie:
1. przy rozwodzie ustaliliśmy, że ex bierze syna co drugi dzień i co drugi
weekend, święta na pół (to wyszło później, ale działa). ojciec już po
orzeczeniu wyroku wycofał się z co drugi dzień i został tylko co drugi
weekend. trzeba mu oddać: raczej nie zawodzi.
2. alimenty od 4 lat te same, ale płacone na czas, więc nie marudzę.
3. a oprócz tego absolutnie nic. tzn sporadyczne telefony do syna na komórkę.
i same wymagania: powinieneś chodzić na to i na tamto i na siamto. powinieneś,
czytaj: matka powinna cię zapisać i wozić. (nie to, że syn nie chodzi, bo
chodzi, ale o wszystko zadbałam ja i mój mąż). wycieczki: matka, nawet jak
jest weekend taty. odrabianie lekcji u taty wygląda tak, że młody robi co
uważa, że trzeba zrobić (jest wyjątkowo roztrzepany i trzeba mu niestety
przeglądać zeszyty, żeby sprawdzić czy wszystko zrobił), a tata opiekuje się
swoją córką. Nie sprawdza czy młody wszystko zrobił i czy dobrze zrobił to co
zrobił. ani razu nie był na wywiadówce, bo, cytat: nie jest jeszcze na etapie
wywiadówek. informowałam go o nich, po każdej, na którą idę ja lub mój mąż
dzwonię i go informuję. on sam nigdy się nie zainteresował jak syn sobie radzi
w szkole.
więc ja mam pytanie: czy ja za dużo od ojca wymagam? czy to, że zabiera
dzieciaka regularnie co drugi weekend i płaci alimenty na czas to już jest
właśnie ten równy (jak to określa nasz wyrok sądowy) podział obowiązków? co
zrobić? jak go zmobilizować, żeby trochę bardziej się fatygował w sprawie syna???