Stało się... Po kilkunastu latach znajomości i kilku latach
małzeństwa... Po wielu wspólnie pokonanych przeszkodach...
Odeszłam... Do innego... Wyprowadziłam sie rok temu ale nadal nie
moge się zmusić do zlożenia pozwu

Najgorsze jest to że po tylu
latach prawie wszyscy znajomi to NASI wspólni znajomi. Teraz ja
jestem tą złą... Rozumiem że koledzy mojego m. tak myslą, ale moje
przyjaciółki również uważają, ze ja mu robię krzywdę dla własnego
widzimisię... Każdemu kto patrzył z boku wydawalo się że nasz
związek był idealny Nie był Dopiero gdy odeszłam i popatrzyłam na to
z dystansu przyznałam sama przed sobą, ze był to tzw związek
toksyczny, gdzie jedna ze stron dawala z siebie duzo więcej, niz
druga Po tylu latach bycia na drugim lub i trzecim planie (po jego
pracy, jego znajomych, jego rodzicach, jego pasjach, jego imprezach
itd), po latach podkreślania czyje studia były lepsze, czyja praca
ważniejsza, w końcu czuję się dla kogoś ważną osobą, a nie elementem
wyposażenia domu... Cóż z tego, kiedy skazałam się na smierć cywilną
w naszym środowisku... Jak radzicie sobie po rozstaniu z tym
problemem? Gdy okazuje się, że nie można się spotkac ze znajomymi,
bo to WSPÓLNI znajomi i nie chce sie ich narazać na "konflikt
lojalności"? Gdy wszystkie miejsca gdzie mozna by wyjśc czy wyjechać
to miejsca gdzie bywało się RAZEM? Gdy przyjaciele usiłują prowadzić
mediację i namawiać do powrotu? Gdy wszyscy zdają sie nie rozumieć,
że decyzja o rozstaniu to nie chwilowy kaprys, tylko rezultat
wieloletniego staczania sie po równi pochyłej, rezultat
przepelnienia się miary poświęceń...