dorcia1234
22.07.09, 13:59
Dzień 1
Pada. Gór nie widać. Prawdopodobnie w nocy ktoś zwinął góry i ich nie ma.. Co robić w deszczu? Przecież mieliśmy zdobywać szczyty. Zapada decyzja o wyjeździe do Vivarium w Mariahof : www.wasserlebenswelt.com/cms/front_content.php?&changelang=3
Droga do vivarium jest niesamowita. Wjeżdżamy krętą ale asfaltową drogą na wysokość ok. 2000 m.npm. Widoczność kiepska, mgła, deszcz i zakręty. Na szczęście jedziemy dość wolno, bo w pewnym momencie zza zakrętu wyłania się stado krów. Jedne spacerują leniwie drogą ( czyżby jakiś miejscowy protest? ), inne rozłożyły się na środku przejazdu jak prawdziwie święte krowy. Z zawrotną prędkością 10km/h przejeżdżamy pośród stada i jedziemy dalej. Takie stada, „pasące się” na asfalcie spotkaliśmy w Austrii jeszcze wielokrotnie.
Samo Vivarium nas rozczarowało. Poza interesującą kolekcją żab we wszystkich kolorach tęczy i jednym krokodylem nie było nic ciekawego. Zdecydowanie większą kolekcje zwierząt akwariowych można zobaczyć w Akwarium w Gdyni. Niestety, co gorsza rozczarowała nas kąpiel z widokiem na krokodyle. Niewielki basen i jeszcze mniejsze okienko przez które nic nie było widać, prócz paru malutkich rybek. Rozczarowanie tym większe, że koszt tej eskapady był olbrzymi. Zdegustowani, w deszczu wracamy do Haus, inną, mniej krętą drogą.
Dzień 2
Dalej pada. Nastroje dopisują, pomimo deszczu. Na dzisiaj zaplanowaliśmy wycieczkę do jaskiń: www.mamilade.at/dachstein/rieseneishoehle/1006620-rieseneishoehle.html
I mamucie: www.dachsteinwelterbe.at/index.php?id=35
W dalszym ciągu jesteśmy pod wrażeniem austriackich dróg. Poprowadzone przez tereny dostępne raczej dla kozic niż dla samochodów pozwalają nacieszyć oko niesamowitymi widokami- kiedy rozwiewa się mgła a deszcz przestaje padać. W pewnym momencie natrafiamy na uszkodzony asfalt. Ulewne deszcze uszkodziły część nawierzchni i obowiązuje ruch wahadłowy sterowany światłami. Niesamowite uczucie- na szczycie górskiej drogi sygnalizacja świetlna. Dojeżdżamy do jaskiń, a dokładniej do stacji kolejki linowej , która dowiezie nas na miejsce. Co 20 minut kolejka zawozi na szczyt spragnionych wrażeń turystów . Wybieramy opcję 2 jaskinie +wjazd , można wjechać jeszcze wyżej, na punkt widokowy ale ze względu na bardzo słabą widoczność nie decydujemy się na taki wariant.
Jaskinia lodowa – gdzie moje łyżwy, oj pojeździłoby się. Polar, kurtka, dla Hani rękawiczki i czapka – w jaskini stała temperatura –3 °C Przez godzinę oglądamy stalaktyty, stalagmity i stalagnaty z lodu, wyobrażamy sobie co przedstawiają lodowe rzeźby. Dla miłośników jaskiń to ciekawa wycieczka, pomimo iż przewodnik mówi tylko po niemiecku. Zwiedzamy jaskinię zaopatrzeni w wydrukowany w języku angielskim mini przewodnik.
Wyjście na zewnątrz- jesteśmy w tropikach – ciepło i pada Pomalutku ruszamy do drugiej jaskini – niewielu zwiedzających , być może dlatego, że jest to stosunkowo młoda jaskinia, ma zaledwie 12 000 lat – wcześniej płynęła tamtędy rzeka , co widać na ścianach. Tylko w jednym miejscu są widoczne nacieki skalne. W jaskini urządzono pokaz sztuki nowoczesnej – rzeźba i światło.
Zjazd w dół kolejką linową i powrót znowu inną drogą, wracamy przez malowniczą miejscowość Hallstatt. To miasteczko ulokowane nad górskim jeziorem – Hallstattsee, ogromny obszar wodny w którym odbijają się szczyty górskie.
Znowu ze względu na pogodę niewiele możemy zobaczyć, a szkoda
Dzień 3
Chwilowo nie pada. Postanawiamy wjechać kolejką na szczyt w naszym miasteczku i iść w góry. Niestety, im bliżej szczytu tym gorsza widoczność. Na samej górze sięga zaledwie 2-3 metrów. W takim razie wyprawa nie ma sensu. Postanawiamy zjechać w dół i zająć się czymś innym. Po drodze zaglądamy do muzeum . Niewielkie salki kryją w sobie ciekawą historię. Dowiadujemy się, iż mieszkamy w najstarszym miasteczku w tej dolinie, pierwsze wzmianki są z początku X wieku, nieodległy Szladming jest młodszy. Starszy pan który jest kustoszem muzeum nie zna niestety angielskiego. Postanawiamy więc sami obejrzeć eksponaty i domyślać się co mogą przedstawiać. Raptem, niespodziewanie ktoś odzywa się do nas po polsku. Okazuje się, że kustosz postanowił sprowadzić pomoc w postaci polskiego księdza, który od 2 lat opiekuje się parafia w Hausie. Przy pomocy księdza opowiada nam historię miasteczka, szkoły z XV wieku, krzyża ze zdejmowanym Chrystusem, pożaru, powstania które miało miejsce na tych terenach. Wyjaśnia znaczenie niektórych eksponatów zgromadzonych w muzeum.
Po wyjściu z muzeum zwiedzamy jeszcze kościół a Hania wraz z księdzem zwiedza czereśnię, obsypaną przepysznymi owocami.
Dzień 4
Jedziemy do Szladming. Postanowiliśmy nie dać się pogodzie i wjeżdżamy kolejką Planai do góry. Stamtąd wyruszamy na naszą wysokogórską wycieczkę, czyli na szczyt Krahbergzinken (2134mnpm)
Idziemy podziwiając bajkowe krajobrazy, postrzępione szczyty górskie co chwila zasłaniane przez chmury. Hania maszeruje dzielnie, radzi sobie lepiej od mamy- gdzie moja kondycja?
Co chwila pstrykamy zdjęcia, widoki zmieniają się z minuty na minutę, podobnie jak warunki atmosferyczne. W pewnym momencie trzeba wyciągnąć nie tylko polary ale nawet kurtki, a dla co niektórych zmarzlaków nawet czapkę i rękawiczki. Jakieś 20 minut przed szczytem Hania daje wreszcie za wygraną i mówi że dalej nie idzie. Zostaję z nią, a Marcin samotnie zdobywa szczyt- okazuje się, że przy wejściu są klamry i łańcuchy, trochę śniegu i ogólnie rzecz biorąc jest niebezpiecznie. Podczas schodzenia nasze dziecko cudownie odzyskuje siły i rwie do przodu z niesamowitą prędkością.
Zjeżdżamy w dół i relaksujemy się na basenie – jak dobrze.
Dzień 5
Wyprawa do wodospadów Wilde Wasser
Podjeżdżamy na parking przy samym wejściu na szlak. Ciągle w górę i w górę. Co chwila punkt widokowy na wodospad, Chociaż chwilowo nie pada to i tak jesteśmy cali mokrzy od kropel wody uderzającej o kamienie. Mnóstwo mostków, drabino-schodów i wreszcie wiszący nad przepaścią most – wąski i bujający się podczas przejścia. Z mostu widok zapierający dech. Idziemy dalej, aż do jeziora z którego wypływa wodospad. Niestety, zła wiadomość jest taka, że znowu pada..... Postanawiamy wrócić szybszą drogą, mniej malowniczą ale łatwiejszą do przejścia podczas deszczu.
Po powrocie, jakby nam było mało wody znowu basen.
Dzień 6
Dzień totalnego lenistwa, prania i pławienia się w wodzie
Dzień 7
Wyprawa do Salzburga.
Zniechęceni deszczową aurą postanawiamy jechać dalej. Okazuje się że słusznie. W Salzburgu nie pada. Na wjeździe do miasta ogromny korek- okazuje się że miasto sparaliżowali kierowcy tankujący benzynę – cena atrakcyjna, 0,52 euro za litr. Zastanawiamy się co to za święto ale jedziemy dalej. Kierowani strzałkami trafiamy na podziemny parking z którego błyskawicznie uciekamy – cena za parking porażająca. Stajemy na zwykłym, odkrytym i zdecydowanie tańszym. Pod tunelem wykutym w skale wchodzimy na stare miasto. Najpierw spacer po uliczkach i totalne zdziwienie. Trafiamy w uliczkę pełną sklepów z bombkami i wydmuszkami. Nikogo nie dziwią jajka wiszące na choince czy Mikołaj w środku lata. Z każdej wystawy wylewają się bombonierki Mozarta i kiwa dziadek do orzechów – cóż, turyści wszystko kupią. Pomalutku przemieszczamy się w kierunku twierdzy biskupiej Hohensalzburg. Wybudowana na wzgórzu, twardo broni dostępu turystom. Jest możliwość wjechania kolejką lub zdobycie jej po schodach. Wygrywa wariant drugi. W upale ( gdzie są moje krótkie spodenki ?) mozolnie wspinamy się do góry. W kasie niespodzianka- tylko gotówka! Całe szczęście, ze ją mamy, inaczej pewna osoba musiałaby pokonać drogę w dół i w górę ponownie.