Dodaj do ulubionych

Zachęcam do lektury!!!(sportowej)

16.12.02, 16:38
Witam.
Jakiś czas temu zauważyłem w "Przeglądzie sportowym"
artykól "Kowal:Prawdziwa historia" - odcinek 8.
I wiecie co ...
... bardzo Mnie to zainteresowało!!!

Więc postanowiłem poszukać poprzednich siedmiu odcinków.
I znalazłem.

Jak ktoś ma ochotę to zapraszam do lektury sportowej(tym bardziej miłej)!!!

Informuję że pobieram te artkóły ze strony "Przeglądu sportowego":
sports.pl/gazeta/iso/
i ze strony Legii Warszawa:
www.legia.net/

Będe wstawiał kolejne "strony" histori Kowala.

Mam nadzieję że nie spotka Mnie za to(pobieranie z innych stron i
publikowanie na forum) kara.

Ze sportowym pozdrowieniem.
Obserwuj wątek
    • p.suchy Odcinek 1: 16.12.02, 16:40
      KAŻDY ma w życiu dzień, który wszystko zmienia. Ja też taki miałem, nawet
      pamiętam datę - 20 marca 1991 roku. Przyjechał chłoptaś na europejskie salony,
      w koszulce z zaklejoną reklamą i zapakował dwie bramki. I to komu! Sampdoria
      to była wtedy jeśli nie najlepsza, to jedna z najlepszych drużyn świata -
      zdobywca PZP, przyszły mistrz Włoch. Nikt nam, legionistom, nie dawał szans na
      awans do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Gdy działacze usłyszeli, że
      chcemy negocjować premie za awans, kpili z nas pod nosem.

      - Ile chcecie? - zapytali. Gdybyśmy krzyknęli, że po milionie dolarów byłoby w
      porządku, to by podpisali! Rzuciliśmy sumę równie abstrakcyjną.

      - Jeśli awansujemy, chcemy po dziesięć tysięcy dolarów na głowę - powiedział
      Krzysiek Budka, kapitan zespołu.

      - OK - padła odpowiedź. No kochani, tu was mamy! Już wtedy czułem, że ta kasa
      będzie moja.

      W pierwszym meczu miałem nie grać, ale Andrzej Łatka doznał kontuzji. Wszedłem
      za niego, w rewanżu też wystąpiłem, już od pierwszej minuty. Nikt w zespole
      nie miał pretensji, że gram, bo byłem... lubiany. No, taki chłopak od
      wszystkiego, co potrafi wszystko zorganizować, a i na piwo pójdzie po
      treningu. Lubiliśmy się wtedy spotykać, w dużej grupie. To była atmosfera!
      Patronat nade mną objął Darek Czykier.

      Gdy przyszło już wyjść na boisko w Genui, nie miałem żadnej tremy. Nigdy przed
      meczami się nikogo nie bałem. Tu może tylko była we mnie pewna rezerwa, bo
      rywali wcześniej oglądało się w kolorowych pismach. No i ten stadion, to było
      to - świetne miejsce, aby przedstawić się ludziom. - Dzień dobry, nazywam
      się... - powiedziałem w 19 minucie meczu, gdy minąłem trzech makaroniarzy i
      nie dałem szans Pagliuce na interwencję. - ...Wojciech Kowalczyk - dodałem
      zaraz po rozpoczęciu drugiej połowy, gdy "ukłułem" ponownie. Poszło
      dośrodkowanie z prawej strony, od Leszka Pisza. Nie wiem, czy ta piłka była
      adresowana do mnie. W każdym razie... przyjąłem ją ręką. To znaczy bardziej
      ona mnie trafiła, bo nie wykonałem żadnego ruchu. Sędzia nie zareagował, a ja
      miałem przed sobą tylko bramkę i bramkarza. Nie miałem wątpliwości, że będzie
      gol. Głupio by to wyglądało, gdybym zaczął cieszyć się przed strzałem, ale w
      zasadzie mogłem - mając tyle miejsca, wiedziałem, że trafię. Tak! Wojciech
      Kowalczyk tego dnia przestał być anonimowym młokosem z wąsem. - Rany Boskie,
      przecież to wszyscy oglądają! Tata, mama, koledzy z osiedla! - pomyślałem po
      minucie. 20 marca to moje piłkarskie urodziny. O kasie się w takich momentach
      nie myśli, choć miałem 10 tysięcy dolców - pieniądze wtedy niewyobrażalne dla
      ludzi w moim wieku - w kieszeni.

      Wiadomo, jaka była końcówka tego meczu. Czerwona kartka dla Maćka Szczęsnego -
      nikt nie miał do niego pretensji, bo i tak wybronił nam mecz - i Marek Jóźwiak
      między słupkami. "Beret" był z siebie strasznie dumny, nawet złapał jedną
      piłkę. - Jestem jedynym bramkarzem, który nie dał się pokonać w europejskich
      pucharach! - chwalił się. A ja... zostałem sam, no, jeszcze z bólem. Nawet nie
      poszedłem na kolację, bo z powodu kontuzji musiałem leżeć w pokoju. Miałem
      kompletnie rozwaloną nogę. Tylko w pewnym momencie ktoś zapukał:

      - Kto tam?

      - Ty, młody, otwieraj, bo sobie tę kasę weźmiemy!

      Okazało się, że przyniesiono mi pięćset dolarów dodatkowej premii od Andrzeja
      Grajewskiego. Jedyny raz w życiu dostałem kasę od razu po meczu. Miałem
      dziesięć tysięcy pięćset dolarów. Nieźle, jak na chłopaka, który dopiero
      przedstawił się publiczności. - Zobaczycie, to dopiero początek! -
      powiedziałem sam do siebie.
    • p.suchy Odcinek 2: 16.12.02, 16:42
      Idę ulicą, chłopaki z osiedla sie na mnie patrzą, troche inaczej niż zwykle.
      Nie wiem, czy to nie za duże słowo, ale może sa dumni. Już wczesniej na
      Bródnie byłem popularny. Ludzie cieszyli się, że gość z ich bloku - a blok mam
      spory - gra w piłkę, w dodatku w Legii. I do tego kręci Włochami, jak kolegami
      z podwórka!
      Z moim przyjściem do Legii było tak, że w zasadzie już miałem przygotowane
      wszystko z Polonią. Grałbym na Konwiktorskiej, choć kibicowałem Legii. No, ale
      skoro zgłosiła się Legia, to decyzja mogła być tylko jedna - idę! Zawsze byłem
      kibicem tego klubu. Chodziłem na mecze jeszcze, gdy mieszkałem na Woli, gdy
      nie miałem 11 lat. Tata razem z kolegami szedł na stadion, to i ja się gdzieś
      tam pałętałem. A potem to już były wycieczki z Bródna, wesołym autobusem.
      Takim wesołym, w którym czesto się coś psuje, coś wypada. Ja też nim
      jeździłem, też czasami cos psułem. Taki bylem - zwyczajny.
      Gdy zgłosił się pan Olędzki, to już wiedziałem, że w Legii bede grał.
      Wprawdzie czekał mnie jeszcze decydujacy test - mecz sparingowy sprawdzanych
      zawodników kontra Legia - ale wiedziałem, że go zdam celujaco. Nawet opiłem
      ten sukces! Dzień przed meczem zorganizowalismy z dwoma kolegami małą imprezkę
      i... wznieslismy toast za moja gre na Łazienkowskiej. No to skoro
      już przyjałem gratulacje, to jak mogłem dać plamę? Nie moglem! Nie dalem!
      Bylem w Legii!
      Całe moje dzieciństwo bylo jednym wielkim dążeniem do gry na Łazienkowskiej.
      Szybko wyszło na jaw, że skończyłem tylko sześć klas szkoły podstawowej.
      Szkoła... komplikowała mi plany treningowe. Mialem wybór - albo zostane
      pilkarzem, albo magistrem. Czasami tylko wpadałem na WF i pomagałem chlopakom
      wygrać ważny mecz.

      - Kowalczyk! - mówila nauczycielka. - Nie ma! - odpowiadała klasa. To było tak
      oczywiste, jak piatka z WF. W końcu już przestali czytać moje nazwisko, a
      ja... raz na jakiś czas wpadałem. - On jest! - poprawiała nauczycielkę klasa,
      gdy o mnie zapominano. Byłem lubiany, choć nietypowy. Nikt jednak nie miał ze
      mna problemów. Tyle tylko, że mnie nie było. Wiadomo - rano ciekawe filmy w
      kinie, później treningi. Zawsze bylem najlepszy, wygrywałem wszystkie turnieje
      i wiedziałem, że będę piłkarzem. Goraco miałem tylko raz w miesiącu, gdy były
      wywiadówki. Zdarzało się oberwać sznurem od żelazka. No bo rodzicie myśleli,
      że ja się normalnie uczę.

      - Idę do szkoły! - krzyczałem na odchodnym, każdego ranka, zarzucajac
      plecak.
      - Powodzenia! - zegnano mnie.

      Raz była nawet taka sytuacja, że na trzy dni uciekłem z domu. Pojechałem do...
      rodziny. - Cześć, rodzice mnie przyslali na trzy dni - powiedziałem. A
      chodzilo o to, że po wywiadówce miałbym areszt domowy. Tymczasem Olimpia
      rozgrywała ważny mecz. No i rodzice znalezli mnie dopiero na murawie. Musialem
      byc pilkarzem!

      - Szkoła mi chleba nie da, tylko piłka! - powtarzałem.
      - Przecież w piłce kasa jest za granicą - powtarzali mi koledzy.
      - No własnie! - odpowiadałem.

      Moje Bródno to przyjaźnie na całe życie, osiedlowe walki, gra w kapsle,
      piłkę i tenisa. Niczego nie żałuje. Że nie zostalem magistrem? Znam
      magistrów, których za mądrych nie uważam. Sam nigdy głąbem nie byłem. Z
      polskiego, matematyki czy geografii byłem jednym z najlepszych w klasie. Potem
      tylko do tej nauki zniechęciła mnie chemia i fizyka. No i raz powtarzałem
      klasę, bo po przeprowadzce z Woli na Bródno nie mogłem sie w nowej szkole
      zaaklimatyzowac. Nie to, co... w Legii! Ale o tym nastepnym razem.
    • p.suchy Odcinek 3: 16.12.02, 16:44
      LEGIA? Od razu mnie wszyscy polubili. Przyszedłem na Łazienkowską pod koniec
      1990 roku. Mieliśmy taki mecz Pucharu Polski, z Zagłębiem w Wałbrzychu.
      Wygraliśmy. Podróż była na tyle wesoła, że w Warszawie niektórzy koledzy już
      wypadali z autobusu. Pewnie wszyscy się zdziwią, ale najbardziej niedobrze
      zrobiło się Maćkowi Szczęsnemu. To dziwne, bo Maciek był zawsze poza grupą.
      Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale z czasem się zorientowałem. - Znowu go
      nie ma - myślałem, podpalając papierosa na kolejnym potreningowym spotkaniu.
      Pewnie wielu zdziwi słowo "papieros". Zacząłem palić, gdy miałem 18 lat.
      Spotkałem znajomego. - O, ty palisz?! - zapytałem. - Daj spróbować! - padło po
      chwili. No i tak się wciągnąłem. W Legii to nie był problem, bo wtedy było
      niewielu... niepalących. Chociaż oczywiście w szatni nikt nie kurzył.

      Mecz z Zagłębiem w Wałbrzychu był ostatnim w roku i ostatnim Romka Koseckiego
      w Legii. W autokarze przechodziliśmy roztrenowanie połączone z
      pożegnaniem "Kosy". "Szczęśniak" w nim uczestniczył, choć na co dzień to
      rozmawiał chyba tylko z... żoną i słupkami. Ja tam z nim zawsze miałem dobre
      układy, ale z nim było tak: trening, prysznic, białe renault i w długą! Tego
      dnia siedziałem w środku autokaru i nie wychylałem się, bo byłem nowy.
      Wałbrzych - koledzy otwierają piwa. 20 kilometrów od Wałbrzycha - kolejne. 40
      kilometrów - kolejne. A do Warszawy kawałek drogi jest! Już byliśmy
      na "katowickiej", gdy... zostałem zaproszony do tańca. Zaproszenie przyjąłem.
      To było tak...

      - Młody, choć no tutaj! - krzyknął bodajże Darek Czykier.

      Młodemu nie trzeba było powtarzać dwa razy. Po chwili integrowałem się już z
      grupą. Młody się spodobał! Młody nie pęka! Młody jest normalny! Młody... pije!
      Ale to było tylko piwo. Trenerzy nie zwracali uwagi, bo to był ostatni mecz w
      roku, potem czekały nas urlopy. A ja wkupiłem się w łaski na dobre, choć ekipa
      się wnet zmieniła. Później, po sezonie, "Piszczyk" poszedł na zesłanie do
      Motoru Lublin, Iwanicki wyjechał, Kubicki wyjechał. W zasadzie niewielu nas
      zostało. Do Pisza i Czykiera trener Stachurski podobno miał pretensje, że
      gdzieś poszli na miasto przed finałem Pucharu Polski. Tak, jak gdyby w Spale
      dało się iść na miasto... To fizycznie niemożliwe, dopóki nie wybudują tam
      miasta!

      Warto jeszcze wrócić do tego meczu w Wałbrzychu. Mało kto wie, ale... tam
      strzeliłem swojego pierwszego gola dla Legii. Wróciłem do Warszawy, rodzina
      nie spała, bo wszyscy przeżywali mój debiut.

      - Grałeś? - spytał tata.

      - Grałem - odpowiedziałem krótko.

      - I jak? - ciągnął temat.

      - Dobrze, 90 minut, strzeliłem gola - tyle powiedziałem i położyłem się spać.
      No to następnego dnia mój tata pobiegł do kiosku i kupił wszystkie możliwe
      gazety. Bierze pierwszą - nic o Kowalczyku, drugą - nic, trzecią - nic,
      czwartą - nic. Wszyscy napisali, że gola zdobył Iwanicki i tak już zostało,
      nawet w poważnych książkach! A to jakiś dziennikarz z Wałbrzycha pomyślał, że
      jak gola strzelił ktoś z wąsami, to na pewno Iwanicki. Nic z tego, to byłem
      ja! Mój tata nawet zadzwonił do "Przeglądu Sportowego". - Co wy wypisujecie?
      Mój syn, Wojtek Kowalczyk, strzelił gola dla Legii, a wy żeście napisali, że
      Iwanicki. Amatorka! Błąd za błędem! Dno! Żenada! Kompromitacja! - mówił. Nawet
      potem wydrukowano tę wypowiedź. A historia... powtórzyła się. Kilka miesięcy
      później był mecz z ŁKS. Wszyscy napisali, że gola zdobył... Iwanicki z rzutu
      wolnego, a tymczasem ja uderzyłem dośrodkowaną przez niego piłkę głową. Tak
      to "Kowal" promował Iwanickiego.
    • p.suchy Odcinek 4: 16.12.02, 16:48
      MAŁEM SZCZĘŚCIE, że ten mecz z Sampdorią przyszedł tak szybko. Dzięki temu
      moja pozycja z dnia na dzień umacniała się stopniowo. Co tu dużo mówić, byłem
      ważnym ogniwem drużyny. Sprzęt jeszcze przez jakiś czas za starszych kolegów
      nosiłem, ale... już niezbyt długo. Pamiętam, że nawet w Genui targałem torby.
      Skoro taki Leszek Pisz ich nie wziął, to było dla mnie jasne, że po nie nie
      wróci w najbliższym czasie. Ale po jakimś czasie jak widziałem stojącą torbę,
      to mówiłem: - O, torba stoi! Inni młodzi musieli się zreflektować, że przecież
      noszenie sprzętu mogłoby źle wpłynąć na moją formę. A gdyby ktoś się
      notorycznie nie domyślał, to by pewnie nie grał.

      Zresztą, niektórzy młodsi zawodnicy byli w kilku kwestiach lepsi ode mnie.
      Pamiętam, jak przyszedł jeden z nich na trening. Napruty! Wchodzi do szatni i
      jeszcze jakoś się trzyma, choć widać, że w nogach ma z osiem meczów, oczy
      równie zmęczone. Idziemy na trening. Nie wiem, czy to słoneczko tak go
      trzepnęło, ale gościu kamuflował się coraz słabiej. Myślał, że trenerzy nic
      nie zauważą. Początkowo szło nieźle. Ustawiliśmy "dziadka" i kopiemy w kółko.
      On nie może wyjść ze środka przez kilka minut. - Pięćdziesiąt sześć,
      pięćdziesiąt siedem... - słychać odliczanie przy każdym kopnięciu piłki. W
      końcu poszła szybka wymiana. Tak się chłopak zakręcił, że... z rozpędu
      przywalił głową w kraty. Nie to było jednak najgorsze. On w tych kratach
      utknął! - Kurwa, nie mogę wyciągnąć głowy! - bełkotał. Trener patrzy, a
      nawalony piłkarz w połowie jest na boisku, a w połowie na trybunach! - Nie rób
      jaj, wychodź - mówimy. - Jak wychodź, jak kurwa łeb mam między kratami?! -
      pytał. W końcu wydostał się z pułapki, choć równie dobrze mógł pójść w drugą
      stronę - od razu na trybuny. Tego dnia dostał wolne.

      Nieuchronnie zbliżał się termin półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Oprócz
      nas do tego etapu awansowała Barcelona, Juventus i Manchester United. Miała
      być jeszcze Sampdoria i wszystko git. Tymczasem taki obciach - w półfinale
      jakaś tam Legia, z jakiejś tam Polski, z jakimś tam Kowalczykiem w ataku.
      Najpierw było losowanie. Strasznie chciałem trafić na Barcelonę. Pod względem
      sportowym losowanie nie miało żadnego znaczenia, ale ta Barcelona we mnie
      tkwiła. Czułem, że nadszedł czas, aby... zagrać na Camp Nou. Siedziałem ze
      swoją paczką przy placu Konstytucji, w Horteksie na lodach. Nagle wiadomości
      sportowe w radio. Kelner na nasze życzenie podgłosił. - Teraz podajemy
      wiadomość dnia. Legia Warszawa w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów zmierzy
      się ze słynnym angielskim Manchesterem United. Pierwszy mecz odbędzie się przy
      Łazienkowskiej - dopłynęło do nas z głośników.

      - Dobra, wszystko jedno. Old Trafford też jest ładne - powiedziałem. Skoro
      byłem taki bezczelny, że dokopałem Sampdorii, to teraz nie mogłem bać się
      losowania. Jeszcze przed meczem mieliśmy z działaczami Legii identyczną
      rozmowę jak przed rywalizacją z Włochami.

      - Ile chcecie? - zapytali. Myśleliśmy, że znowu potraktują nas jak frajerów i
      zgodzą się na każdą sumę.

      - Po dwadzieścia tysięcy dolarów na głowę - palnął na pewniaka Budka.

      - Nic z tego!!! - usłyszęliśmy w odpowiedzi. Widać było, że premie za
      Sampdorię troszkę uszczupliły budżet.

      - Ale przecież to półfinał Pucharu Zdobywców Pucharów! Musimy dostać więcej
      niż za ćwierćfinał - kontynuował Budka.

      - No to ile chcecie? - chyba w końcu wychodziło na nasze.

      - Piętnaście tysięcy dolarów na głowę - stwierdził nasz kapitan.

      - Ech, dobra... - i wszystko jasne!
    • p.suchy Odcinek 5: 16.12.02, 16:48
      Takich gwiazdeczek, co błyszczały raz w życiu, było tysiące. - Kowal, weź
      usadź tych Angoli, zrób im Heysel - mówili mi koledzy. To był czas, gdy
      angielscy kibice mieli na sobie jeszcze kary za tamte wydarzenia z Brukseli.
      No i na Legii do pewnego momentu robiliśmy im Heysel. 41 minuta - Jacek Cyzio
      wali na 1:0. Jest! - Sampdoria, powtórka z Sampdorii! Ta drużyna jest szalona
      i nikt nie wie, na co ją jeszcze stać! - myślałem sobie wtedy na boisku. I
      jestem pewien, że pozostali legioniści mieli wtedy w głowie: - Sampdoria,
      powtórka z Sampdorii!

      Znowu strzelamy gola do przerwy, znowu 1:0 u nas i wystarczy dotrzymać do
      końca wynik, a potem na pewniaka jechać na rewanż. No to się natrzymaliśmy
      wyniku... Anglicy wznowili od środka, poszła piłka do Lee Sharpe'a, ten
      skręcił Arka Gmura i dośrodkował - 1:1. Potem prasa pisała, że to wszystko
      przez Arka, bo po golu Jacka Cyzio przez całe boisko zasuwał, żeby go
      ucałować. Prawy obrońca do lewego napastnika. A jak go mógł nie ucałować!?
      Szwagier szwagra?! Szwagier szwagra w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów?!
      Nikt nie popełnił błędu, po prostu Manchester strzelił gola, jak setkom innych
      drużyn.

      - To się kurwa nagraliśmy - pomyślałem. I w tym momencie Marek Jóźwiak wyciął
      Anglika wybiegającego na czystą pozycję. Czerwona kartka w 44 minucie! Cztery
      minuty przed przerwą mieliśmy 1:0 i wystarczyło przeczekać kilkaset sekund.
      Zrobiło się 1:1 i kończymy w dziesiątkę, momentalnie zawalił się mecz. W
      szatni grobowa cisza. Mamy remis z Manchesterem United, ale każdy załamany.
      Marek Jóźwiak siedzi z boku i płacze. Normalnie ryczy. Ech, mógł mu ten sędzia
      nie dawać czerwonej! Nie było szans na dobry wynik - ten płacz, ta cisza. Ktoś
      spuścił powietrze, czekaliśmy na egzekucję. Manchester nawet nic wielkiego nie
      zagrał. Ot, zrobił dwie akcje i strzelił jeszcze dwa gole.

      Plus taki, że w rewanżu nie mieliśmy nic do stracenia. Już na rozgrzewce szok.
      Ci ludzie przyszli na mecz z Legią, choć Manchester już ma awans w kieszeni!
      Komplet ludzi! Widać było, że to inny świat piłki. Właśnie na rozgrzewce
      uderzyłem piłkę w nietypowy dla siebie sposób - z przewrotki. Nigdy tego nie
      robiłem, bo bałem się, że się połamię. A tu jedna próba i od razu gol. Tysiące
      ludzi zaczęło bić brawo, przeszedł taki przyjemny szmerek. - Oho, widzę, że
      żyjecie. To ja was tu jeszcze uciszę! - stwierdziłem. Uśmiechnąłem się sam do
      siebie. Coś we mnie wstąpiło. - To ja was tu jeszcze uciszę! - powtórzyłem.
      Skoro Manchester może mieć boisko-kartoflisko (a takie miał), to może mieć i
      piłkarzy-frajerów.

      Mecz zaczął się tak, że przez pierwsze 20 minut może raz wyszliśmy z połówki.
      Potem wszystko wróciło do normy, normalna walka. Dostaliśmy gola, potem
      strzeliliśmy. Jacek Bąk wybił piłkę na uwolnienie, w kierunku Pallistera.
      Wziąłem go na plecy, przyjąłem piłkę na klatę, on mnie gdzieś tam kopnął, ale
      piłki nie wybił. Pojechałem na szybkości. Byłem sam na sam. - Gdzie strzelać? -
      to była pierwsza myśl. - W długi! - to była druga. No to strzeliłem w
      długi... Piłka poleciała między nogami bramkarza w sam środek. Cóż, trochę
      farta też trzeba mieć. Ale co tam, potem cwaniakowałem, że na spokoju
      założyłem gościowi siatę! A stadion, tak jak sobie obiecywałem, ucichł. Tu was
      mam!
    • p.suchy Odcinek 6: 16.12.02, 16:59
      Po meczu z Manchesterem United, mimo że odpadliśmy, w szatni panowała radość.
      1:1 na Old Trafford to nie taki zły wynik, niektórzy spodziewali się premii za
      ten remis. Świetny mecz zagrał wtedy Zbyszek Robakiewicz. Z powodu czerwonej
      kartki zagrać nie mógł Maciek Szczęsny. Wiadomo, jak oni dwaj na siebie
      patrzyli. Wtedy górą był "Robak". My, piłkarze, cieszyliśmy się, że mamy dwóch
      znakomitych bramkarzy. Prywatnie każdy wolał Zbyszka. Jego żona świetnie
      przygotowywała ryby, a że rybka lubi pływać, to chętnie go odwiedzaliśmy.
      Szczęsny miał swoje grono, spoza drużyny, i też na pewno nie prowadził życia
      ascety. Był trochę na straconej pozycji przez to, że nie imprezował akurat z
      nami.

      Często mnie pytano: - Ty, Wojtek, kto jest lepszy? Robakiewicz czy Szczęsny?
      Moim zdaniem od meczu z Sampdorią Maciek przestał bronić. Sprawiał wrażenie
      rozżalonego, obrażonego na cały świat, że przyszedł czas Zbyszka. A prawda
      jest taka, że Robakiewicz to był jedyny bramkarz, który... nie siadał na dupę.
      Szczęsny był przewidywalny do bólu. Wiadomo, że to oczytany człowiek, więc
      robił wszystko dokładnie tak, jak w książce. Jak w podręczniku piłkarskim! A
      wystarczyło zrobić coś niekonwencjonalnie i był bezradny. Machnąłem nóżką i
      już siedział. A z "Robakiem" nigdy się nie wiedziało. Czasami puścił coś,
      czego Maciek by nie puścił, bo było zbyt książkowe. Jednak czasami bronił coś
      ponadto. Oczywiście "Szczęśniakowi" też się zdarzały głupie bramki. Coś o tym
      może powiedzieć Piotrek Jegor, choć nie wiem, czy dobrze widział, bo do bramki
      miał ze czterdzieści metrów.

      Siadanie na tyłku nie było jedyną wadą Szczęsnego, mimo wszystko wielkiego
      bramkarza. Kilka lat później, za kadencji trenera Apostela, reprezentacja
      Polski poleciała do Brazylii. I bramki zawalił Maciek. Chodzi o to, że on
      uparł się, aby przy rzutach rożnych brać obrońcę tylko do jednego słupka,
      drugi pozostawiał odkryty. No i ZAWSZE dostawał w ten odkryty róg gola. Nic
      się nie uczył, nie wyciągał wniosków. - Jeden do słupka! - wrzeszczał przy
      rzutach rożnych chyba już do końca kariery.

      Cała grupa była od Maćka oddzielona, ale wszyscy go doceniali. Był jeszcze
      trzeci bramkarz, Marcin Muszyński, ale to był chłopak znakomity do
      wszystkiego, poza graniem w piłkę. Tego specjalnie nie potrafił i nawet się z
      tym nie krył. Gdy w Manchesterze siedział na ławce, to później śmiał się, że w
      czasie meczu miał serce w gardle, czy "Robakowi" się nic nie stanie. Pewnie
      wolałby zobaczyć znowu Marka Jóźwiaka w bramce, niż samego siebie.

      Mnie w szatni na Old Trafford nie interesowała kwestia "Robakiewicz kontra
      Szczęsny". Siedziałem tak sobie i myślałem: - Sampdoria, Manchester. Dopiero
      co Bug Wyszków i Mazur Karczew. Manchester, Karczew. Jezu, jakie to wszystko
      jest pomieszane!

      To był chyba jedyny moment w moim życiu, gdy byłem wszystkiego ciekaw. - Co
      się teraz stanie? Co dalej? Co o mnie napiszą gazety? Co powiedzą w telewizji?
      Co na to moja rodzina? Co na to koledzy? - mnóstwo pytań przechodziło przez
      głowę. Legia zapakowała się do samolotu do Polski, a ja... do Irlandii, na
      zgrupowanie reprezentacji olimpijskiej. I wciąż pojawiały się kolejne pytania.
      Królestwo za "Przegląd Sportowy"! Byłem tak potwornie ciekaw, co się dzieje w
      Polsce. Po meczu z Sampdorią "PS" dał tytuł, który utkwił mi w pamięci na całe
      życie: "Chłopak z Bródna królem Genui". To zdanie chodziło mi po głowie, w
      dodatku ten Manchester. Stało się, robię karierę. Jestem kimś.
    • p.suchy Odcinek 7: 16.12.02, 17:00
      Jadąc na zgrupowanie reprezentacji olimpijskiej, miałem mieszane uczucia. Z
      jednej strony - wspaniale, kolejny krok w karierze. Z drugiej strony, wciąż ta
      pożerająca mnie ciekawość, co mówi się w Polsce. A raczej - co o mnie mówi się
      w Polsce. Potęgowały to odprawy trenera Janusza Wójcika. Nie znaliśmy się
      jeszcze wtedy prawie w ogóle. A on ciągle powtarzał: "Przyjechaliśmy do
      Irlandii wygrać. Jak zremisujecie, to jesteście pedały. Patrzcie na Kowala i
      Legię. Dali wycisk Manchesterowi United! Kowal i Legia, Kowal i Legia, Kowal i
      Legia!". Była we mnie ta duma - Kowal i Legia. Chłopaki byli z jakichś
      Górników Zabrze i Olimpii Poznań, więc mogli nie wiedzieć, o co chodzi.
      Pokazałem im - gol, asysta, najlepszy na placu. Oto Kowal, oto Legia!

      Byłem pewny siebie. Ludzie wokół mnie byli... pewni mnie. Oho, coś nam tu
      rośnie, coś rośnie! Coś, co uratuje polski futbol. Jakiś nowy Boniek!

      Po meczu z Sampdorią, wracając do domu, podjechałem taksówką z tyłu bloku, nie
      chciałem się rzucać w oczy. Jakoś dziwnie się czułem. Wiadomo, że kumple
      czekali, więc chwilę pogadaliśmy. - Ty, ale jeszcze będziesz grał z nami w
      piłkę? - pytali. - Nie, teraz będę grał tylko z Viallim i Mancinim -
      wypaliłem. - Kowal, nie pierdol! - odpowiedzieli. No i się umówiliśmy. Dzień
      po meczu z Sampdorią spędziłem na boisku pod blokiem. Grałem ubrany w koszulkę
      Manciniego. Ktoś może to sobie dziś wyobrazić? Zawodowy piłkarz na osiedlowym
      placyku. Dla mnie to było normalne. Nawet chciałem podkreślić, że to ja
      strzeliłem te dwa gole Sampdorii - jak gdyby koledzy tego nie wiedzieli - i
      stąd ta koszulka, oryginalna, prosto od magazyniera z Genui - zorganizował ją
      dla mnie Andrzej Grajewski. Wtedy na boisku nie było jak się wymienić, bo
      Włosi byli wściekli, a publiczność ciskała w nas monetami, zapalniczkami,
      butelkami. Nie pamiętam, jak mi poszło dzień później na Bródnie. Pewnie coś
      strzeliłem i pewnie moja drużyna wygrała. Bo moja drużyna zawsze wygrywała!
      Graliśmy tak długo, aż wynik się zgadzał.

      Po Manchesterze byłem już spokojniejszy i nie było we mnie tej skromności
      schowanej w taksówce z tyłu bloku. Mogłem afiszować się ze swoimi sukcesami.
      Najpierw Anglicy, później olimpijska. Coś się zaczyna wokół mnie dziać! Jednak
      to nie było tak, że odbiła mi sodówka. Miałem jeszcze zaległe imieniny
      Wojciecha zaraz po powrocie z Manchesteru, więc koniecznością było
      zorganizowanie czegoś. No to ruszyliśmy z kumplami w tango, trzeba było to
      wszystko odreagować. Poza tym cały czas jeździłem autobusem. Lubiłem, bo można
      było w spokoju poczytać sobie gazetkę. A że Andrzej Łatka mieszkał na Pradze,
      bodajże przy Stalowej, to często się spotykaliśmy w autobusie numer 162. Gość,
      który walnął gola Barcelonie z gościem, który powtórzył jego wyczyn z
      Manchesterem patrzący, czy kanar nie wchodzi, bo akurat zapomnieli biletu...
      Kibice czasami zagadywali nas w środkach komunikacji miejskiej, ale rzadko.
      Polacy wolą szeptać: - Ty, to on! W Hiszpanii dostałbym plaskacza w plecy
      połączonego z powitaniem.

      Po jakimś czasie miałem już znajomego taksówkarza z Bródna. Był u mnie... na
      etacie. Nigdy nie włączał licznika, tylko płaciłem mu dniówki. Ile mu dałem,
      tyle brał. Wiedział, kiedy mnie zawieźć na Legię, kiedy odebrać. Miał cały
      plan tygodniowych treningów. Na pewno stratny nie był!
    • p.suchy Odcinek 8: 16.12.02, 17:01
      Jadąc na zgrupowanie reprezentacji olimpijskiej, miałem mieszane uczucia. Z
      jednej strony - wspaniale, kolejny krok w karierze. Z drugiej strony, wciąż ta
      pożerająca mnie ciekawość, co mówi się w Polsce. A raczej - co o mnie mówi się
      w Polsce. Potęgowały to odprawy trenera Janusza Wójcika. Nie znaliśmy się
      jeszcze wtedy prawie w ogóle. A on ciągle powtarzał: "Przyjechaliśmy do
      Irlandii wygrać. Jak zremisujecie, to jesteście pedały. Patrzcie na Kowala i
      Legię. Dali wycisk Manchesterowi United! Kowal i Legia, Kowal i Legia, Kowal i
      Legia!". Była we mnie ta duma - Kowal i Legia. Chłopaki byli z jakichś
      Górników Zabrze i Olimpii Poznań, więc mogli nie wiedzieć, o co chodzi.
      Pokazałem im - gol, asysta, najlepszy na placu. Oto Kowal, oto Legia!

      Byłem pewny siebie. Ludzie wokół mnie byli... pewni mnie. Oho, coś nam tu
      rośnie, coś rośnie! Coś, co uratuje polski futbol. Jakiś nowy Boniek!

      Po meczu z Sampdorią, wracając do domu, podjechałem taksówką z tyłu bloku, nie
      chciałem się rzucać w oczy. Jakoś dziwnie się czułem. Wiadomo, że kumple
      czekali, więc chwilę pogadaliśmy. - Ty, ale jeszcze będziesz grał z nami w
      piłkę? - pytali. - Nie, teraz będę grał tylko z Viallim i Mancinim -
      wypaliłem. - Kowal, nie pierdol! - odpowiedzieli. No i się umówiliśmy. Dzień
      po meczu z Sampdorią spędziłem na boisku pod blokiem. Grałem ubrany w koszulkę
      Manciniego. Ktoś może to sobie dziś wyobrazić? Zawodowy piłkarz na osiedlowym
      placyku. Dla mnie to było normalne. Nawet chciałem podkreślić, że to ja
      strzeliłem te dwa gole Sampdorii - jak gdyby koledzy tego nie wiedzieli - i
      stąd ta koszulka, oryginalna, prosto od magazyniera z Genui - zorganizował ją
      dla mnie Andrzej Grajewski. Wtedy na boisku nie było jak się wymienić, bo
      Włosi byli wściekli, a publiczność ciskała w nas monetami, zapalniczkami,
      butelkami. Nie pamiętam, jak mi poszło dzień później na Bródnie. Pewnie coś
      strzeliłem i pewnie moja drużyna wygrała. Bo moja drużyna zawsze wygrywała!
      Graliśmy tak długo, aż wynik się zgadzał.

      Po Manchesterze byłem już spokojniejszy i nie było we mnie tej skromności
      schowanej w taksówce z tyłu bloku. Mogłem afiszować się ze swoimi sukcesami.
      Najpierw Anglicy, później olimpijska. Coś się zaczyna wokół mnie dziać! Jednak
      to nie było tak, że odbiła mi sodówka. Miałem jeszcze zaległe imieniny
      Wojciecha zaraz po powrocie z Manchesteru, więc koniecznością było
      zorganizowanie czegoś. No to ruszyliśmy z kumplami w tango, trzeba było to
      wszystko odreagować. Poza tym cały czas jeździłem autobusem. Lubiłem, bo można
      było w spokoju poczytać sobie gazetkę. A że Andrzej Łatka mieszkał na Pradze,
      bodajże przy Stalowej, to często się spotykaliśmy w autobusie numer 162. Gość,
      który walnął gola Barcelonie z gościem, który powtórzył jego wyczyn z
      Manchesterem patrzący, czy kanar nie wchodzi, bo akurat zapomnieli biletu...
      Kibice czasami zagadywali nas w środkach komunikacji miejskiej, ale rzadko.
      Polacy wolą szeptać: - Ty, to on! W Hiszpanii dostałbym plaskacza w plecy
      połączonego z powitaniem.

      Po jakimś czasie miałem już znajomego taksówkarza z Bródna. Był u mnie... na
      etacie. Nigdy nie włączał licznika, tylko płaciłem mu dniówki. Ile mu dałem,
      tyle brał. Wiedział, kiedy mnie zawieźć na Legię, kiedy odebrać. Miał cały
      plan tygodniowych treningów. Na pewno stratny nie był!
      • p.suchy Pomyłka!!!To jest odcinek numer 8!!!!Przepraszam. 16.12.02, 17:03
        W tamtych latach liga polska była zdecydowanie silniejsza niż obecnie. Teraz
        wszyscy pieją z zachwytu, że wyeliminowano po dogrywce dziewiąty zespół ligi
        włoskiej, który nie ma w składzie trzech poważnych piłkarzy. Wtedy było
        inaczej. Doszło do tego, że Legia, która dokopała Sampdorii, rok później
        broniła się przed spadkiem. Inna sprawa, że to już nie był ten sam zespół. Co
        tu dużo mówić - grali wszyscy, którzy byli w klubie, bo brakowało szrotu!
        Gdyby wymieniać poważnych piłkarzy to byłem ja, Zbyszek Robakiewicz, Darek
        Czykier i Jacek Sobczak. Później przyszli jeszcze Jacek Zieliński i Krzysiek
        Ratajczyk.

        Trener też był, jaki był - Etmanowicz, który wziął swoich ludzi z rezerw.
        Jednak to był śmieszny zespolik! Modzelewski czy nie Modzelewski, jakiś
        Wójcik - tacy ludzie w nim grali! Nawarstwiały się problemy finansowe w
        klubie. Pamiętam, jak obiecano nam wysokie premie za wygranie z Widzewem. No i
        wygraliśmy 1:0. Dostaliśmy po 8 milionów złotych, w banknotach... prosto z kas
        biletowych, od kibiców! Każdy z nas wyszedł więc - dosłownie! - z reklamówką
        pieniędzy. Poszedłem do sklepu na osiedlu, poprosiłem, żeby mi zamieniono na
        grubsze. Ludzie stali w kolejce, czekali kilkanaście minut, a tam liczono
        kasę. - Skąd on ma tyle pieniędzy?! - słyszałem za plecami. - To pewnie jakiś
        bandzior! - dopowiedział ktoś. I tak sobie wtedy pomyślałem, że najbardziej
        przewalone to miał ten, kto rozdzielał te pieniądze na kilkunastu zawodników i
        się przy tym nie pomylił. 8 milionów to było sporo kasy, bo w Legii podpisałem
        kontrakt, który gwarantował mi 25 milionów przez... pięć lat. To nie była taka
        znowu wielka suma, bo ten cały pięcioletni kontrakt (jedyny, jaki miałem w
        Legii aż do wyjazdu do Hiszpanii!) wydałem w ciągu dwóch miesięcy, a może... w
        jeden dzień. Poszedłem do sklepu.

        - Poproszę telewizor i wideo. Co tu jeszcze macie? - spytałem.

        - Wieżę stereo.

        - Też poproszę.

        Później, w następnych latach, gdy te 25 baniek były przeszłością, zarabiałem
        na pensji, przez rok miałem dodatkowy kontrakt z panem Romanowskim oraz
        trafiały do mnie premie. Razem z Piszem, akurat wtedy wypożyczonym do Lublina,
        zawsze miałem najwyższe w drużynie. Romanowski zaczął nas zresztą wspierać
        dość nietypowo. Dla strzelca gola przy Łazienkowskiej dawał po półtora miliona
        złotych. A najlepszemu zawodnikowi przyznawano aparat fotograficzny Kodaka. W
        końcu miałem tyle tych aparatów, że zacząłem je rozdawać. A kasa z bramek
        zawsze szła na wspólne konto drużyny. Przełożenie proste - im więcej bramek,
        tym więcej piwa po meczu na czyjś koszt. Problem w tym, że szło nam jak po
        grudzie. Te Modzelewskie nie nadawały się do gry na tym poziomie. Jeden nie
        mógł ciężko trenować, inny miał problemy z psychiką. Dobrze, że chociaż kibice
        nie robili nam problemów. Wtedy była taka sympatyczna atmosfera, że choćby
        kompletnie nie było czego gratulować, to jak spotkało się kibica - składał
        gratulacje. Później wokół polskiej piłki atmosfera zrobiła się taka, że
        podejrzenia zaczęły gonić podejrzenia, plotki ścigały się z plotkami. Dla nas
        zbliżały się najważniejsze mecze sezonu. Ważniejsze niż te w późniejszych
        latach o mistrzostwo kraju. Czas uciekał, a my wciąż dramatycznie broniliśmy
        się przed degradacją. Zbliżały się mecze o życie.
      • p.suchy Odcinek 9: 16.12.02, 17:04
        Sytuacja kadrowa w Legii w sezonie 1991/92 była nieciekawa. No, ale przecież
        nie będziemy pić do lusterka z rozpaczy. Stwierdziliśmy, że zorganizujemy małą
        imprezkę nad wodą. Taką integracyjną, z rodzinami, z grillem. Pojechaliśmy nad
        Świder. Troszkę się wypiło i od razu padło hasło: - Gramy w piłkę!

        Bierzemy piłeczkę i idziemy na piaszczysty brzeg. Każdy boso, niczym w
        Brazylii. Najpierw ustawiamy jakiegoś prostego "dziadka", kopiemy sobie w
        kółko, potem mały meczyk. Andrzej Łatka, jeden z niewielu nie-ogórków w
        klubie, wziął zamach. Szykował się niezły strzał, jak na Camp Nou z połowy
        boiska! Patrzę na nogę Łatki, na piłkę, na nogę, na piłkę. Nagle "trach", a
        piłka stoi w miejscu. - Kurwa!!! Ja pierdolę, urwało mi nogę! - krzyczy
        Andrzej. Bosa stopa trafiła centralnie w twardy korzeń. My wszyscy w śmiech i
        na ziemię. Po dziesięciu sekundach śmiech przeszedł, a ten wciąż wrzeszczy.
        Tak patrzę... - Kurwa, ja pierdolę, urwało mu nogę! - pomyślałem. Aż tak źle
        nie było, ale stopa mu spuchła tragicznie. No ładnie, pojechali chłopcy nad
        wodę, a tu kontuzja! Oddaliśmy piłkę dzieciom, to nie był nasz dzień - a
        raczej nasz sezon - do uprawiania sportu. Trenerowi Łatka powiedział, że
        kopnął w łóżko, gdy z synem grał w piłkę i z tego względu przez jakiś czas nie
        będzie można na niego liczyć. Lekarz się dziwił - tak przywalić w
        łóżko? "Łata" to był super gość, dusza towarzystwa. Lubił innych wypuszczać. -
        Młody, prezes ma dla ciebie kasę. Czeka na ciebie w gabinecie i to
        natychmiast! - mówił. No to młody prosto z boiska pakował się prezesowi do
        pokoju i słyszał tylko: - A ty czego?!

        I tak nie mieliśmy kim grać, a tu kontuzja... Jak tu się dziwić, że do końca
        walczyliśmy o utrzymanie w lidze? Wszystko miało się wyjaśnić w przedostatniej
        kolejce, w Lublinie. Motor też walczył o życie. Kto przegra, ten spada. Była
        ewentualność, że także remis daje utrzymanie, lecz wtedy nie można było
        przegrać w ostatniej kolejce u siebie z ŁKS. A ŁKS to była wtedy mocna
        drużyna. Wiedzieliśmy, że jest spółdzielnia, cała Polska chce spuścić Legię. W
        dodatku z Łodzi przyszły wiadomości, iż w ostatniej kolejce ŁKS gra na całego.
        Wprawdzie z tego klubu miał do nas przyjść po sezonie Julek Kruszankin, ale
        wiadomo, że Julek nie decydował o tym, jak zagra drużyna, co zrobi. Mieliśmy
        wieści, że na pewno się nie podłoży. Nie ma wyboru, trzeba wygrać z Motorem.

        Przez cały tydzień Andrzej Łatka i Zbyszek Robakiewicz rozmawiali z Leszkiem
        Piszem, który był na zsyłce w Lublinie. Leszek nawet nie chciał do nas
        przyjechać dzień przed meczem do hotelu, żeby tylko nie padły na niego żadne
        podejrzenia. Zresztą, w meczu z nami nie wystąpił. Miał lekką kontuzję, a że
        za dwa tygodnie miał wracać do Legii, to uznał, że lepiej będzie, jeśli nie
        zagra. Tracił na tym kasę, bo w Motorze miał prywatnego sponsora - pięć
        milionów złotych za każdy mecz. Jednak my się cieszyliśmy. W końcu Pisz był
        zdecydowanie najlepszy z całego Motoru, co tydzień miał miejsce w jedenastce
        kolejki.

        Niemniej i tak pewni swego nie byliśmy. Widziałem w oczach starszych
        zawodników, że są... przerażeni. Staliśmy na krawędzi. Wystarczył jeden
        wypadek losowy - podmuch wiatru, obsunięcie ziemi - i bylibyśmy w drugiej
        lidze. - Nie możemy być pierwszymi baranami, którzy spuszczą Legię z ligi po
        wojnie - stwierdził Czykier. Wszyscy wiedzieli - nie możemy być, ale...
        możemy. Już prawie nimi byliśmy. Klęska wisiała w powietrzu.

    • p.suchy Odcinek 10: 17.12.02, 14:34
      Ja chyba beznadziejnym sezonem 1991/92 przejmowałem się najmniej. Dlatego, że
      dla mnie, kibica Legii, warszawiaka, spadek do drugiej ligi był
      niewyobrażalny. Legia nie spada nigdy i już. Nie po to goniliśmy makaroniarzy
      rok wcześniej, żeby teraz gonił nas Motor. Ale widziałem, że cała drużyna była
      przybita. Całe szczęście, że właśnie wtedy rozpoczynały się mistrzostwa
      Europy. Gdy dzień przed meczem przyjechaliśmy do hotelu, akurat w telewizji
      była transmisja z turnieju w Szwecji. Część oglądała, część tylko patrzyła w
      ekran i zastanawiała się, za jakie grzechy kazano grać dzień później mecz.
      Motor musi wygrać, ŁKS się na nas nastawia, lecimy z ligi, kibole będą
      wściekli i kto wie, co z klubem. - Gramy o życie. Pamiętajcie, że jak
      przegramy, to może być koniec wielu dobrze zapowiadających się karier -
      powtarzał trener Etmanowicz.

      Co tu dużo gadać - jedno wielkie przerażenie! Przerażenie w oczach zawodników,
      którzy pół życia spędzili na boisku. O żadnych przedmeczowych podchodach nie
      mogło być mowy, bo dla obu stron porażka oznaczała śmierć. A akurat samobójców
      w żadnej z drużyn nie było. Koniec, koniec, koniec - to się ciągle przewijało
      w rozmowach. Słowo "koniec" można było wyczytać nawet z oczu dyrektora
      Mazurka. Jeszcze nie wyszliśmy na boisko, a już czuliśmy się drugoligowcami.
      Niby z jednej strony wszystko przed nami - mecz, który wystarczy wygrać.
      Jednak tak naprawdę nikt nie wierzył w tę szansę. Za dużo pecha mieliśmy
      wcześniej, by nagle uśmiechnęło się do nas szczęście.

      I oto stał się cud! Napięcie puściło, gdy zaczął się mecz. A gdy napięcie
      puściło, wtedy... zdobyliśmy gola! To była 40 sekunda spotkania. Tamci nawet
      chyba nie zdążyli piłki dotknąć, a ja już trafiłem po raz pierwszy. Niby
      wszystko pięknie, a zagraliśmy... prowincjonalnie. Do przerwy Motor powinien
      nas powieźć ze 4:1. - Ładnie zaczęliśmy i jak zwykle wszystko spieprzymy -
      pomyślałem. I oto znów stał się cud! Ledwo zaczęła się druga połowa, a już
      jest 2:0 dla nas. I tym razem znów ja strzeliłem gola, w typowy dla siebie
      sposób. Nawinąłem obrońcę "na zamach" i uderzyłem po krótkim rogu. W tym
      momencie nie dało się już przegrać, Motor się załamał. Na stadionie słychać
      było tylko naszych kibiców. Dołożyliśmy jeszcze na 3:0 i było pozamiatane.
      Zostajemy!

      Dzięki temu sukcesowi, spotkanie z ŁKS straciło już swój ciężar gatunkowy. Jak
      się tak na nas nastawiali, to niech się nastawiają. Nas już nikt nie spuści!
      Klub nawet dał nam wolne i nie organizował przedmeczowego zgrupowania. Jeszcze
      dwie godziny przed spotkaniem z łodzianami, wraz z Czykierem i Sobczakiem,
      bawiliśmy się na publicznych basenach przy Legii. - To co, idziemy już? -
      pytał ktoś raz na jakiś czas. - Nieee, i tak bez nas nie zaczną - padała
      odpowiedź. W końcu poszliśmy i wygraliśmy z tym ŁKS 1:0. W ogóle cały ten
      tydzień był strasznie luźny. Świętowaliśmy utrzymanie w lidze, ale w mniejszym
      gronie, pięcio- czy sześcioosobowym. Innych, w większości gamoni, się nie
      zapraszało, bo by jeszcze coś popsuli. Wystarczyło, że prawie cały sezon
      popsuli.

      To był mój najważniejszy rok i najważniejszy sukces w życiu - Legia uratowana,
      zagraliśmy na nosie całej piłkarskiej Polsce. Patrzcie, jak się bawimy!
      Chcieliście nas uśmiercić, a my przed ostatnim meczem pluskamy się w wodzie na
      basenie! Jeszcze nas popamiętacie!
    • p.suchy Odcinek 11: 18.12.02, 13:50
      Swój najważniejszy w życiu bój wygrałem. Mogłem chodzić po Warszawie z
      podniesioną głową. Gdybyśmy spadli z ligi, chyba nie mógłbym spojrzeć kolegom
      w oczy. Ten mecz z Motorem, mecz o przetrwanie, może nawet o przyszłość Legii,
      zawsze stawiałem na pierwszym miejscu wśród piłkarskich osiągnięć - żadne
      mistrzostwo Polski, żaden medal olimpijski. Wszystko to nie umywało się do
      satysfakcji, jaką sprawiły mi bramki w Lublinie. Uratowałem Legię. Uratowałem
      mój klub.

      W tym samym roku toczyłem prywatną bitwę. To przecież był sezon poprzedzający
      olimpiadę w Barcelonie. A mnie na igrzyskach nie mogło zabraknąć! Pamiętam
      pierwsze spotkanie z trenerem Wójcikiem. Na zgrupowanie kadry w Spale
      przywiózł mnie kierownik drużyny. Zajeżdżamy, a Wójcik się opala na ławeczce
      przed ośrodkiem.

      - Dzień dobry, Kowal jestem - powiedziałem z uśmiechem.

      - Misiu, ty tu jesteś zwykły Wojtek, żadna tam gwiazdeczka, tylko jeden z
      wielu - wypalił na dzień dobry. Takie klasyczne "zdołowanie na powitanie" w
      stylu Wójcika. - A co ty tu masz? - zdziwił się, patrząc na moją rękę. Miałem -
      teraz już nie mam, usunąłem - na palcach wytatuowane "EWA".

      - Imię mojej dziewczyny - odpowiedziałem spokojnie. Pokój dostałem z Markiem
      Bajorem. Nie znałem nikogo, bo z Legii byłem jedynym powołanym, a wcześniej,
      niewiele wcześniej, grałem w Polonezie. Wiadomo, że na Poloneza nikt nie
      zaglądał, bo działacze nie mieli w pewnych kręgach układów - przez to nie
      zagrałem w żadnej juniorskiej reprezentacji Polski. Na kadrze olimpijskiej -
      tydzień wyjęty z życia. Wójcik musiał gówniarstwo za mordy trzymać, dyscyplina
      była, na sam koniec zgrupowania zagraliśmy z Turcją, ja rozegrałem tylko trzy
      minuty. Od początku wiedziałem, że to nie będzie występ życia, ale
      spodziewałem się, że jednak spędzę na placu trochę więcej czasu.

      Poźniej był ten mecz z Irlandią, o którym wcześniej pisałem. Na treningach
      wyglądałem nieźle, wygrałem rywalizację z Grześkiem Mielcarskim. Jednak trener
      Wójcik przekonał się do mnie po meczu, choć i na boisku byłem najlepszy.
      Doszło do dyskusji, raczej żartobliwej. Trener wbił mi szpilę, taką perfidną,
      żebym tylko schylił głowę i wyszedł na dupę wołową. A ja mu wyjechałem z
      kontrą! Zapanowała konsternacja, bo w takich momentach nikt się nigdy nie
      odzywał. - Oho, warszawiak, ma charakter! - pomyślał zapewne Wójcik. Później w
      Dublinie wszyscy poszliśmy do pubu na piwo. Załatwił to Jurek Brzęczek,
      porozmawiał z kim trzeba. Oficjalnie w takich wypadkach można wypić jedno
      piwo. Ale jak ktoś ma spust, to i cztery przyjmie.

      Problem w tym, że wciąż nie byliśmy pewni awansu na olimpiadę. Przed nami były
      jeszcze mecze barażowe z Danią. Chcecie wiedzieć, jak to jest w reprezentacji
      Polski - wszystko jedno czy pierwszej, czy też olimpijskiej - po meczach? Pije
      się, na przykład, piwo, zawsze, niezależnie czy się wygrało, przegrało, czy
      zremisowało. Jedyna różnica jest taka, że gdy się wygrywa, to się pije
      oficjalnie, w hotelowym pubie. A jak się przegrywa, to browary kupuje ktoś na
      stacji CPN, a pije się w pokoju, by nikt nie widział. Jednak pije się zawsze.
      I tak właśnie było po meczu z Danią. Piliśmy na górze, w pokoju. Zrobili z nas
      ogórków. Takich ogórków, że nawet nie było chętnego, żeby iść po piwo. Trzeba
      było wysłać jakąś przypadkową osobę. Nikt nie chciał się dodatkowo narażać.
      Ale o meczu z Danią - następnym razem.
    • p.suchy Odcinek 12: 19.12.02, 13:00
      DANIA - najgorszy mecz w życiu. Zdobyliśmy komplet punktów w meczach
      eliminacyjnych, najwięcej w Europie. A tu trzeba było jeszcze grać jakiś baraż
      o awans na olimpiadę. Padło na Duńczyków. Skoro chcemy się liczyć w świecie,
      to i Danię trzeba ogrywać. A tu bach, bach, bach, bach. No i jeszcze raz bach.
      W sumie pięć bramek do przerwy, oczywiście, wszystkie w plecy! To było coś
      kompletnie niezrozumiałego. Mieliśmy łatwo wygrać, a zrobiono z nas miazgę.

      Jeszcze się dobrze mecz nie rozpoczął, a już 1:0 dla nich. Po chwili 2:0 i
      Kłak doznaje kontuzji. To od tego meczu zaczęły się problemy zdrowotne Alka. A
      więc pech za pechem - nie dość, że spora strata bramkowa, to jeszcze
      zamieszanie ze zmianą bramkarza. Każdy myślał wtedy: - Ale numer! Tyle
      punktów, tyle miesięcy pracy i wszystko na nic.

      A tamci nie ustawali w robieniu z nas coraz większych frajerów. 3:0, 4:0, 5:0.
      Nawet nie wiem, czy czasem Dania w pierwszej połowie nie oddała tylko tych
      pięciu strzałów. - Co to ma, kurwa, być? Nie tak się umawialiśmy! Miała być
      walka, miała być jazda z frajerami! Ale to oni mieli być frajerami!!! Musimy
      zatrzeć tę kompromitację, musimy strzelić jednego gola! A jak strzelimy
      jednego, to i drugi wpadnie! A jak drugi wpadnie, to w rewanżu wystarczy nam
      3:0! Pomyślcie o tym. To wcale nie jest niemożliwe! - mówił w przerwie meczu
      piekielnie zagotowany Janusz Wójcik.

      No i rzeczywiście w drugiej połowie zagraliśmy lepiej. Jednak tylko na tyle,
      że już nie straciliśmy kolejnych goli. Optycznie mieliśmy przewagę, ale nic z
      niej nie wynikało. Byliśmy straceni i dobrze o tym wiedzieliśmy - wszystko na
      nic, kompromitacja, my w rewanżu sześciu nie jesteśmy w stanie strzelić, a
      Duńczycy stracić. Wtedy zaczęły się jednak kalkulacje. Dziennikarze mówili, że
      ze względu na punkty być może w rewanżu wystarczy nam remis i jakoś tam się
      załapiemy na tę olimpiadę, przy odpowiednich wynikach innych spotkań. Gdybyśmy
      nawet tej szansy nie wykorzystali, to byłby obciach straszliwy.
      Wykorzystaliśmy, wyniki ułożyły się pod nas - jedziemy!

      Awans świętowaliśmy później, na zgrupowaniu w Buku. Ale tylko raz i w dodatku
      niezbyt hucznie. Nie było wtedy ekipy do balowania - sami młodzi, sami
      przestraszeni. Ja też tam z nikim specjalnie nie trzymałem. Początkowo z
      Radkiem Majdanem i Darkiem Szubertem. Chyba ze względu na to, że byli z
      Pogoni, a wiadomo, że Legia z Pogonią dobrze żyje. Wielu kolegów nie miałem z
      tego względu, że w zasadzie byłem w tej drużynie nowy. Zagrałem kilka minut z
      Turcją, cały mecz z Irlandią, a później już jeździłem na zgrupowania pierwszej
      reprezentacji Polski, za kadencji Andrzeja Strejlaua. Jako jedyny
      młodzieżowiec byłem wtedy powoływany.

      W Buku atmosfera o tyle nie była taka bardzo wesoła, że nie wszyscy mieli
      pewność wyjazdu na olimpiadę. Wiadomo było, że ktoś naszą grupę opuści, że dla
      kogoś zabraknie miejsca w samolocie. Ja akurat się nie martwiłem, bo byłem
      pewny swego, ale już innym ciągle coś chodziło po głowie. - Myślisz, że kto
      nie pojedzie? - pytał Grzesiek Lewandowski. Szkoda chłopaka, on nie pojechał.
      Podobnie jak Jacek Bąk czy Radek Majdan.

      Ich zabrakło na olimpiadzie, natomiast mnie... na przedolimpijskim zdjęciu. W
      Warszawie, w hotelu "Solec", przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Buku.
      Ponieważ byłem jedynym chłopakiem z Warszawy, pozwolono mi przespać się w
      domu. Rano się budzę - "Zaraz, zaraz. Czy ja gdzieś nie miałem jechać? ". Rzut
      oka na zegarek - o cholera, poważna obsuwa! Szybko się ubrałem, zabrałem
      najpotrzebniejsze rzeczy i do hotelu. Wchodzę, a tam trener Paweł Janas.

      - Dzień dobry, zaspałem - wykrztusiłem, trochę mi było głupio.

      - Czy ty normalny jesteś? Dobra, jedziemy samochodem, później wszystko
      wytłumaczysz.

      Goniliśmy autokar z chłopakami przez jakiś czas, w końcu stali gdzieś na
      stacji benzynowej i mogłem dołączyć do reszty grupy. Jednak to już było za
      późno - na fotce mnie nie ma.
    • p.suchy Odcinek 13: 20.12.02, 11:33
      Wspomniałem już, że grałem i w reprezentacji olimpijskiej, i w pierwszej. A z
      tą pierwszą to nie brakowało ciekawych przygód. O debiutanckim powołaniu
      poinformował mnie trener Władysław Stachurski, nastawiony do mnie niezwykle
      życzliwie. - Synek, jedziesz na kadrę, dobrze się tam spisz, bo to duży krok w
      twojej karierze. I nie wywiń takiego numeru, jak dwa tygodnie wcześniej -
      powiedział.

      A dwa tygodnie wcześniej rzeczywiście było ostro. Legia miała wtedy mecz w
      Poznaniu z Olimpią. A ja miałem... imieniny kolegi. To znaczy imieniny były w
      piątek, a mecz w sobotę. Oczywiście pójść na imprezę musiałem, tylko z
      założeniem, że nic nie będę pił, bo na kacu źle się gra. - Wojtek, walnij
      jednego z nami. Wojtek, walnij jednego - to słyszałem w kółko. Aż w końcu tak
      się zmęczyłem tym patrzeniem, jak inni piją, że zachciało mi się spać.
      Poczułem się naprawdę zmęczony. Patrzę na zegarek - czwarta. Nie bardzo jest
      sens się kłaść, skoro o dziewiątej wyjeżdżamy z Legii do Poznania. Akurat
      przyjdę prosto na stadion to nikt się nie zorientuje, że nie spałem. Minęła
      piąta, minęła szósta, minęła siódma i... usnąłem. W domu u kolegi!

      Nagle ktoś mnie szturcha za ramię.

      - Wojtek, wstawaj!

      - Daj mi spokój.

      - Wojtek, ale przyszedł po ciebie Szczęsny!

      Otwieram oczy.

      - O kurwa.

      W drzwiach stał Maciek Szczęsny z drugim trenerem Legii. Przyjechali po mnie.
      Wyjrzałem szybko przez okno, czy to cały autokar z drużyną czeka. Ale nie, oni
      grzali silnik na Łazienkowskiej. Po mnie wysłano tylko dwóch ludzi. Jak gdyby
      nigdy nic, złapałem za torby, które stały koło mnie. Byłem przygotowany do
      podróży! Równie dobrze mogłem krzyknąć: - Oho, już jesteście! Czekałem na was!
      No to idziemy!

      Na stadion jechaliśmy z dziesięć minut, może piętnaście. Tak sobie myślałem,
      co powiedzieć. I nic sensownego nie mogłem wymyślić. Trener na bank wkurzony.
      Ja już zdążyłem spojrzeć w lusterko - byłem rozczochrany, cały opuchnięty. I
      tak mi nikt nie uwierzy, jeśli powiem, że tylko patrzyłem, jak koledzy pili.
      Ale trener Stachurski tylko oznajmił: - Synek, porozmawiamy, jak wrócimy z
      meczu. Bez kary się nie obejdzie.

      Od razu skierowałem swoje kroki na koniec autokaru. Tam wtedy było piętrowe
      łóżko, z dwoma miejscami. Jak się położyłem, to się obudziłem dopiero na
      stadionie! W zasadzie prosto z łóżka wyszedłem na murawę. Miałem to szczęście,
      że byłem jednym z najlepszych na placu. Zrobiłem rzut karny, wykorzystany
      przez Darka Kubickiego. Zremisowaliśmy 1:1, co było wtedy dla nas idealnym
      wynikiem - po poprzednich dwóch bolesnych porażkach. No i dzięki temu jakoś
      obyło się bez kary. Jednak to, że drużyna na mnie czekała, też o czymś
      świadczy. Na patałacha machnęliby ręką. A na mnie nie machnęli.

      Wtedy wiedziałem, że przesadziłem. Wywinąłem numer, jakiego nie powstydziliby
      się najstarsi zawodnicy. Kto wie, może nawet zyskałem w ich oczach? Ten młokos
      przed niczym nie pęka! Jednak już w łaski reprezentantów Polski musiałem
      wkupić się inaczej. Po piłkarsku. Najlepiej strzelonym golem. To był mecz ze
      Szwecją, w Gdyni. Debiut mój i Mirka Trzeciaka.


    • p.suchy Odcinek 14: 21.12.02, 16:16
      Trenera Strejlaua zdążyłem dobrze poznać, choć w tamtym czasie miałem
      prawdziwe urwanie głowy. Jak nie kadra Wójcika, to olimpiada. Jak nie
      olimpiada, to się akurat obraziłem na PZPN. Do tego dojdziemy, ale i tak dałem
      radę rozegrać za kadencji pana Strejlaua sporo spotkań. Jedno można
      stwierdzić - ekstra gość. Ogromna wiedza o piłce, przy dobrej dyscyplinie, jak
      dzisiaj, na pewno by sobie poradził. Tyle tylko, że zawsze żal nam było tego,
      który w czasie popołudniowych spacerów szedł koło niego.

      Jak ktoś lubi historię sportu, to miał czego słuchać. Jednak większość z nas w
      takich momentach patrzyła w ziemię i marzyła, żeby być już w hotelowym pokoju.
      A Strejlau mówił: - W 1938 roku to był Leonidas, który grał boso, który w 63
      minucie, który lewą nogą, który z prawego skrzydła, który przewrotką. I tak
      dalej. W tym tonie.
      Czasami kończyło się tak, że wracaliśmy do pokoju, a ten, który szedł koło
      Strejlaua pytał: - Gdzie do jasnej cholery gra ten cały Leonidas?!
      Niemniej ogólnie o ówczesnym selekcjonerze można było mówić w samych
      superlatywach. Miał gość pojęcie, o co chodzi. I był to jedyny szkoleniowiec w
      moim życiu, który... rozpisywał sposób wyrzutu piłki z autu. - Pamiętajcie,
      nawet po aucie można rozpocząć akcję, która da najważniejszą bramkę -
      powtarzał. Patrzyliśmy się po sobie, ale cóż - skoro tak mówi...
      Na mecz ze Szwecją powołał z kadry olimpijskiej mnie, Grześka Mielcarskiego i
      Tomka Wałdocha. Wystąpiłem od początku, w końcu strzeliłem gola. Romek Kosecki
      jechał z jakimś Szwedem na plecach, tamten go tak złapał za złoty łańcuch - w
      zasadzie prawdziwy kajdan - że prawie Romka udusił. Łańcuch jednak puścił,
      zerwał się, i "Kosa" zagrał mi dobrą piłkę. Wyszedłem sam na sam, pokonałem
      Ravelliego. Tak sobie wtedy pomyślałem: - Mamy rok 1991. Rok temu strzeliłem
      sześć goli Mazurowi Karczew i chyba trzy Bugowi Wyszków. Czyli jednak tamci
      bramkarze nie byli takimi frajerami, skoro teraz już mam na rozkładzie
      Gianlucę Pagliucę z Sampdorii, Gary'ego Walsha z Manchesteru United i Thomasa
      Ravelliego z reprezentacji Szwecji. Ładny zestaw, o co chodzi, jakieś pytania?
      Polska - Szwecja to był mecz bez większych historii pozaboiskowych, ponieważ
      do Warszawy wracałem samochodem. Niezły skład w środku - drugi trener Legii,
      pan Kosiński, nasz ulubiony fotograf "nigdy nie mam kliszy" pan Gienio
      Warmiński oraz Darek Kubicki. Jak to zobaczyłem, to się załamałem. Podróż
      stracona! Tak siedziałem w tym samochodzie i liczyłem uciekające kilometry. -
      Dojadę na Bródno, będzie weselej - myślałem. Wiadomo, że moi koledzy z
      podwórka to patrioci i świętują każdy sukces reprezentacji. Jednak coś
      Warszawa się nie zbliżała. A ja musiałem słuchać tych dialogów.
      - Bardzo dobry mecz, Darku, prawda?
      - Bardzo dobry, jasne.
      - Bardzo ładna pogoda, Darku, prawda?
      - Bardzo ładna, jasne.
      I tak kilometr za kilometrem. Jechanie jednym samochodem z trenerem to dramat.
      Z Darkiem też zresztą nigdy nie byłem w tej samej grupie, on szykował się do
      wyjazdu na Zachód. Poza tym elegancik. Wchodził do brudnej, paskudnej szatni
      Legii w garniturze. Nie mieliśmy wielu wspólnych tematów. - Dojedziemy do
      Bródna, będzie lepiej - tylko ta myśl trzymała mnie przy życiu.
      Pamiętam bardzo dobrze moje drugie zgrupowanie za trenera Strejlaua, przed
      meczem z Holandią. To był hotel "Ławica" w Poznaniu. Dali mnie do pokoju z
      Ryśkiem Tarasiewiczem, kapitanem zespołu. W razie czego młody starego pryka
      zaciągnie do łóżka, gdy będzie trzeba. I nie wiem, co się ze mną stało. Czy w
      tym lokalu nie było klimatyzacji, czy co? W każdym razie pierwszego dnia
      mieliśmy wieczorek zapoznawczy, jak zawsze. Trzepnęło mnie błyskawicznie! Inni
      jeszcze dobrze "z białą" nie wystartowali, a Kowal nieprzytomny. Skończyło
      się, że nie ja Tarasiewicza, ale on mnie. Razem z "Kosą" zanieśli mnie
      nieprzytomnego do pokoju. Ale wtopa - to przecież ja miałem pokazać starym
      zgredom, jak się pije! Obiecałem sobie, że takie coś już się nigdy więcej nie
      powtórzy. Jeśli kogoś będą wynosić, to na pewno nie mnie!
    • p.suchy Odcinek 15: 23.12.02, 14:43
      Reprezentacja Polski, niby ważniejsza, wtedy była w cieniu olimpijskiej. Jakoś
      w PZPN nikt nie mógł wziąć się należycie za wykonywanie swojej pracy i
      wystarczyło, że Janusz Wójcik popracował chwilę, a już olimpijczycy mieli
      sześć razy lepszą organizację niż główna kadra. Sponsorzy, premie, najlepsze
      boiska i hotele. Wyjazd na olimpiadę to było coś!

      Wioska olimpijska nas niespecjalnie fascynowała. Ogólnie - nudno. Mieszkaliśmy
      w blokach, w których były dwa mieszkania na piętrze. W każdym mieszkaniu trzy
      pokoje i wspólny salon. Ja dzieliłem pokój z Piotrkiem Świerczewskim. W
      zasadzie wszyscy dobierali się według pewnych podobieństw - grupa palaczy
      razem, grupa karciana razem. W pokojach nie jaraliśmy, żeby nie smrodzić tym,
      którzy tego nie lubili. Paliliśmy przede wszystkim na balkonach. To chyba
      lepsze niż chowanie się po kiblach? Minus był taki, że pokoje nie miały
      klimatyzacji, a chyba nikomu nie trzeba mówić, jak upalnie jest latem w
      Barcelonie. No to nikt w tych pokojach nie siedział. Lepiej już było spędzić
      wolny czas na deptaku, wśród licznych kawiarenek.

      Tyle tylko, że wolnego czasu to my za dużo nie mieliśmy. Mówiąc wprost -
      wcale. Odprawa goniła odprawę, trening gonił trening. Czasami aż się nie
      dojadało na obiedzie, byle tylko zdążyć na kolejne spotkanie z trenerem. A to
      oglądanie naszego meczu, a to oglądanie meczu rywali. Całe dnie zajęte od rana
      do wieczora. - Przyjechaliśmy tu po medal. Co ja gadam?! Przyjechaliśmy tu po
      złoty medal. Zakodujcie to sobie raz na zawsze, bo nie mam zamiaru powtarzać -
      złoty medal! Wygramy, bo jesteśmy tu zdecydowanie najlepsi. Jak ktokolwiek nam
      podskoczy, to się mocno zdziwię. No kto zdobył komplet punktów w eliminacjach?
      My czy ci frajerzy, którzy są tu poza nami? Na pewno nie ci frajerzy! Oni są
      tu tylko po to, bo kogoś musimy ogolić. Opierdolimy tych kelnerów! -
      przekonywał nas trener Wójcik. A drużyna w oczach nabierała wiary. Czasami o
      tym rozmawialiśmy z Piotrkiem Świerczewskim.

      - Wiesz, tu są różne drużyny. Jak się dobrze ułoży, to rzeczywiście mamy
      szansę na medal - mówiłem.

      - No tak, ale w grupie mamy Włochów. Mistrzowie Europy. Chodzi o to, żebyśmy
      trafili na kogoś łatwego, jeśli wyjdziemy z drugiego miejsca. Pierwsze trzeba
      zostawić tamtym.

      - Jasne, że tak. Jeszcze mnie nie pogięło, żeby się zaraz przed Włochami
      ustawiać.

      Byliśmy realistami, a przynajmniej tak nam się wtedy wydawało. Optymizm, że
      możemy być pierwsi, raczej byłby odbierany jako szaleństwo. A co myślał trener
      Wójcik, nie wiem. Momentami się nad tym zastanawiałem. Z jednej strony nie
      mógł sądzić, że ogramy Włochów. Dopiero co przeczołgali nas Duńczycy. Z
      drugiej strony, był tak piekielnie pewny siebie. - Ogolimy frajerów,
      opierdolimy ich - i tak w kółko. Każdy dla niego był kolejnym frajerem do
      ogrania - nieważne, czy to akurat Włochy, czy też Kuwejt. Frajer to frajer.
      Każdy jest taki sam, każdemu tak samo strzela się gole. A może coś jednak w
      nas jest? Może rzeczywiście świat dzieli się na Polskę i kelnerów? Trzeba
      spróbować, olimpiada w Barcelonie rozpoczęta!
    • p.suchy Odcinek 16: 24.12.02, 18:18
      Pierwszy gwizdek, pierwsze dotknięcie piłki, pierwsze brawa i gwizdy z trybun.
      Niby normalny mecz, ale każdy z nas miał świadomość, że olimpiada jest czymś
      więcej niż zwykłym kopaniem się po kostkach. Olimpiada jest kawałkiem
      historii, życiową przygodą, wielką szansą. Na dzień dobry dostaliśmy Kuwejt.
      Goście wyglądali tak, że 23 lata to może i mieli, ale kiedyś. Znaliśmy jednak
      zasadę - każdy frajer jest po to, żeby go ogolić.

      No to goliliśmy, a z brzytwą biegał przede wszystkim Andrzej Juskowiak.
      Strzelił dwa gole. Mogliśmy wygrać jeszcze wyżej, ale w ostatniej minucie
      Waligóra nie wykorzystał rzutu karnego. To był jego koniec na olimpiadzie. W
      tamtym meczu jeszcze Darek Gęsior zagrał bodajże 45 minut, a potem wszedł za
      niego Marcin Jałocha. I tak "Jałoszkin" grał aż do samego finału. Część
      chłopaków była podłamana, że nie gra, część nie czuła się pewna, co dalej. -
      Ciekawe w jakim składzie zagramy... - mówili ci najmniej pewni. I czekali, aż
      ktoś powie: - No przecież ty na bank zagrasz!

      Kuwejt, jak to Kuwejt. Była trema przed pierwszym meczem, ale nikt nie
      dopuszczał możliwości porażki. Liczyło się jedno spotkanie - z Włochami! Gdy
      słyszało się określenie "kelnerzy" w odniesieniu do nich, każdy z nas czuł, że
      coś jest nie tak. Co tu mówić, to nie były ogórki. W prasie jechali z nami
      strasznie. Tłumaczono nam gazety, a Włosi - ówcześni mistrzostwie Europy -
      mieli nas za ostatnich patałachów. Skoro już się muszą po nas przejechać, to
      się przejadą. Jednak bez specjalnej satysfakcji, bo woleliby przejechać się po
      kimś poważnym.

      W tunelu zachowywali się pewnie. Nawet jak spluwali, to z jakąś pewnością
      siebie. Ale my też byliśmy naładowani. - Pierwsza minuta! Pokazujemy, kto tu
      rządzi! Jedziemy równo z murawą! Wślizg, wślizg, wślizg! Opierdalamy ich!
      Niech pamiętają ten dzień do końca życia! - krzyczał chwilę wcześniej Wójcik.
      My jeszcze dodaliśmy sobie otuchy stałym okrzykiem - jeden za wszystkich,
      wszyscy za jednego! W tunelu zdążyłem popatrzeć w oczy Francesco Antoniolemu,
      obecnemu bramkarzowi Romy. - Jak tam, ogóreczku? Pagliuca opowiadał ci o mnie?
      Mówił, jak go usadziłem? - pomyślałem sobie. Musiał mnie pamiętać z meczów
      Sampdorii z Legią. - Wtedy was, makaroniarzy, napocząłem, to teraz dokończę -
      wycedziłem, tak sam do siebie.

      Zaczął się mecz. A każdy w głowie miał: - Pierwsza minuta, wślizg, wślizg,
      wślizg! Jedziemy! No i ruszyliśmy. Równo z trawą, tak, jak chciał trener. I
      stało się - w czwartej minucie Andrzej Juskowiak strzelił pięknego gola! 1:0!
      Cholera, mamy ich! I znów wślizg, wślizg, wślizg. Napędzamy się. Każde udane
      zagranie dodaje nam energii. Karmimy się ich słabością, ich frustracja jest
      naszą siłą. Wślizg, wślizg, wślizg. Nie ma czasu na odpoczynek, za dużo jest
      do stracenia. Nie, odpoczniemy później. Wślizg, wślizg, wślizg. U nich widać
      narastającą złość. Jedna niewykorzystana sytuacja, druga. W końcu gol dla nas!
      Rysiek Staniek "ukłuł". No, panowie. Gdzie ta wasza pycha? Gdzie ci mistrzowie
      Europy? Gdzie ten piłkarski walec, dla którego przejechanie "Polaczków" jest
      tyleż oczywiste, co uwłaczające? Antonioli, gdzie ten twój refleks i pewny
      chwyt? Pagliuca już wie, jak grają Polacy, czas na ciebie! Poznaj moich
      kolegów! "Jusko", Rysiek - przywitajcie się!

      Zaczęły się nerwy Włochów, czerwone kartki. Kończyli mecz w dziewiątkę. A my
      robiliśmy swoje. Trójka do zera i Polska żegna... Tak, teraz już mogliśmy
      spokojnie, bez zbędnego zmieszania powiedzieć "FRAJERA". Teraz wystarczy nawet
      nikła porażka z USA, i wychodzimy z grupy. Ale nikt przegrywać nie miał
      zamiaru. Jesteśmy tu najlepsi, jesteśmy tu po medal!
    • p.suchy Odcinek 17: 27.12.02, 17:48
      Awans mamy pewny, wystarczy się tylko nie skompromitować w spotkaniu z USA. A
      jak się skompromitujemy, to znaczy, że nic tu po nas i tyle. Wiedzieliśmy, że
      awansujemy, ale torby wciąż stały spakowane. Tak od samego przyjazdu. Jeden
      dzień mógł wszystko zmienić, jednego dnia mogło się okazać, że misja dobiegła
      końca. No i nawet nikomu nie chciało się wykładać rzeczy na półkę. Kto wie, co
      będzie jutro?


      Z USA nie przegraliśmy. Remis 2:2 i wyjście z grupy. Eh, gram dobrze, nawet
      bardzo dobrze. W każdym meczu od pierwszej do ostatniej minuty. Zaliczam
      asysty. I coś nie mogę zdobyć gola! - Spokojnie Kowal, nie grzej się, ty tu
      jeszcze nie jednego usadzisz - myślałem sobie. Te bramki musiały w końcu
      przyjść. Czekanie na nie było o tyle nieznośne, że dużo strzelał Andrzej
      Juskowiak. Nigdy nie lubiłem być w cieniu. Jednak czułem się pewnie,
      wiedziałem, że jestem zbyt dobry, żeby przebujać się przez cały turniej bez
      trafienia. Ale konkurencja nie spała. - Kowal nie strzelił, może ja zagram? -
      zastanawiali się zapewne Mielcarski i Waligóra. Ja byłem o tyle przekonany, że
      wystąpię i w następnym meczu, bo nie dość, iż grałem dobrze, to w dodatku
      pasowałem stylem gry do "Jusko". On był egzekutorem, a ja tym, który robi
      wiatr.

      Po wyjściu z grupy czekał na nas Katar. - Panowie, kataru to można dostać, ale
      na pewno nie dostać od Kataru! - mówiłem przed meczem. Wójcik jechał ze starą
      śpiewką: - Golimy frajerów! Wślizg, wślizg, wślizg! Ta adrenalina, przesyłana
      w słowach przez trenera, wszystkim nam się bardzo udzielała. Byliśmy tak
      naładowani, że nawet gdy krzyczeliśmy "jeden za wszystkich, wszyscy za
      jednego", to było słychać tę pozytywną agresję. To był brutalny okrzyk. Katar
      był dla mnie o tyle przełomowym momentem, że w końcu strzeliłem gola, pod
      koniec pierwszej połowy. Potem poprawił jeszcze Jałocha. Wygraliśmy 2:0, ale
      to nie był łatwy mecz. Katar nie grał w piłkę. Przeciwko takim zespołom walczy
      się ciężko. - Strzeliłeś gola, nadchodzi najpiękniejszy moment - marzyłem. A
      może "marzyłem" to nie najlepsze słowo. Lepsze byłoby "wiedziałem".

      I przyszedł półfinałowy mecz z Australią, rewelacją turnieju. Ale skoro
      wyszliśmy z najtrudniejszej grupy, odprawiliśmy mistrzów Europy z Antoniolim,
      Albertinim i Dino Baggio w składzie, to... bądźmy poważni. Zresztą Wójcik nie
      po to chodził i bezustannie powtarzał, że wygramy tę olimpiadę, żeby dostać od
      gości, co na co dzień kopią się z kangurami. A czuliśmy, że naprawdę możemy tu
      zdobyć złoty medal. Hiszpanie grając z Włochami, tymi samymi, których
      zmiażdżyliśmy, niemiłosiernie się męczyli. Czyli jesteśmy silni.

      Zacząłem ja. Odebrałem piłkę obrońcy, przerzuciłem nad bramkarzem - 1:0. I to
      był już do końca mój mecz! Walnąłem raz jeszcze, Australijczyk po moim
      zagraniu wpakował piłkę do własnej bramki - to już trzy moje gole. Dograłem
      też Andrzejowi Juskowiakowi. W zasadzie przy każdym z sześciu trafień, ja
      gdzieś tam byłem, gdzieś tam tę pieczęć przystawiłem. Pieczęć z napisem "Kowal
      dotknął, można strzelać!". W czasie gry było widać świetne zrozumienie w
      trójkącie Staniek-Kowalczyk-Juskowiak. Do finału podchodziliśmy już jako
      uznani zawodnicy - "Jusko" był królem strzelców, ja i Rysiek prowadziliśmy w
      punktacji kanadyjskiej, nikt w sumie nie miał tylu bramek i asyst, co my.

      - Panowie. Czeka nas dzień próby, ostatecznej próby. Cała Hiszpania będzie
      życzyła nam śmierci, prawie cała Polska zwycięstwa. Prawie, bo tych misiów z
      PZPN nie można liczyć. Te misie muszą nas popamiętać. Skoro gramy im na nosach
      od kilku tygodni, to zagrajmy do końca. Pamiętajcie, że przed nami mecz życia.
      Rodziny będą na was patrzyły, cieszyły się i płakały razem z wami. Panowie,
      czekają nas kolejni frajerzy do opierdolenia! - mówił trener. Finał. Przed
      nami wielki finał. Szczyt marzeń na wyciągnięcie ręki. Jakaś tam Polska, a pół
      piłkarskiego świata u jej stóp! Widzieliście półfinał z Australią?
      Widzieliście te sześć bramek? Widzieliście nas? Jesteśmy najlepsi. Każdy w to
      wierzył.
    • p.suchy Odcinek 18: 28.12.02, 14:21
      Finał, ludzie, telewizja, historia, olimpiada, sukces, kariera. Nagle chlast!
      Trener Wójcik wymierzył mi soczysty cios w plecy. Nie było czasu, żeby teraz
      rozmyślać, co będzie. Cios w plecy skutecznie leczył z takich stanów. Leczył
      zawsze i dobitnie. To był ulubiony sposób trenera, aby pobudzić zawodników.
      Plecy szczypały, ale poziom adrenaliny wzrastał lawinowo. Poza tym Wójcik
      lubił zadawać pewne pytania.

      - Kowal! Co zrobimy z tymi frajerami?

      - Jak to co? Opierdolimy!

      To była najbardziej pożądana odpowiedź. Jeśli ktoś nie lubił przeklinać,
      mówił "ogolimy". Jednak "opierdolimy" było jak najbardziej na miejscu. To był
      miód na serce trenera. Ponieważ można było mieć pewność, że ja użyję właśnie
      tego słowa, w dodatku z szelmowskim uśmiechem na ustach, trener lubił zwracać
      się przede wszystkim do mnie. - Sto tysięcy ludzi jest teraz na trybunach, a
      40 milionów Polaków przed telewizorami. No i te misie z PZPN. Sto tysięcy
      Hiszpanów plus misie kontra 40 milionów Polaków. Tymi Polakami jesteśmy my. My
      ich reprezentujemy, my będziemy dziś decydować o wszystkim. Karty są w naszych
      rękach. Król Hiszpanii nawet przyszedł. Jeszcze nie wie, że mamy zamiar
      opierdolić tych frajerów. Tak, Kowal? Co z nimi zrobimy? - pytał Wójcik.

      - Oczywiście, opierdolimy! - odpowiedziałem z uśmiechem.

      Jedni wiążą buty, inni poprawiają ochraniacze, jeszcze inni po prostu czekają.
      Do meczu minuty, sekundy, zaraz się zacznie. Za kilka chwil wyjdziemy na
      murawę najsłynniejszego stadionu świata, Camp Nou. Jeszcze nie teraz. Jeszcze
      okrzyk. - Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! - ryknęło w szatni. Już.
      Już teraz. Można iść. Trzeba! Wślizg, wślizg, wślizg - tak musimy zacząć.
      Przecież to potrafimy. Nie jednego barana już przegoniliśmy po całym boisku.
      Jest w nas agresja i odpowiedzialność. Hiszpanie też zdenerwowani, widać, że
      nas szanują. Może nie boją się, ale szanują. Na nich ciąży większa presja. My
      już i tak wykonaliśmy plan ponad normę. Jednak dziś normy nie istnieją. Nikt
      nie chce słuchać o planach minimum. Jeszcze tylko rzut oka na kapliczkę przed
      wejściem na boisko. Kto chce, ten się modli. Gwizdek. Jest. Biegniemy. Wślizg,
      wślizg, wślizg.

      Na początku przewaga Hiszpanów. Nie możemy wyjść z połowy. Po chwili
      opanowujemy sytuację. Jedziemy z nimi. Może nie jedziemy, ale przynajmniej oni
      z nami nie jadą. Jest dobrze. Nie są lepsi. Możemy spokojnie nawiązać walkę. W
      końcu udaje mi się urwać obrońcom. Moment i jestem sam przed bramkarzem. Nikt
      mnie nie dogoni. To wiem, jestem za szybki. Jadę z piłką, jadę, bramka się
      zbliża. Podjechałem za daleko... Zamiast oddać strzał, podbiegłem za blisko
      bramkarza i trafiłem w niego. Kurwa!!! Przecież to był ten moment, kiedy
      miałem przejść do historii! To był ten moment, w którym mieliśmy wygrać mecz! -
      Wojtek, co ty zrobiłeś? - tak sobie myślałem. Gdybym miał jeszcze dziesięć
      takich sytuacji, wszystkie bym wykorzystał. Ale mogę już nie mieć... W finale
      tak to już bywa. Masz jedną szansę, aby przejść do historii. Nie przeszedłeś -
      trudno, przeszedł kto inny. Nikt za tobą nie zapłacze.

      Jak to "kto inny"?! To mam być ja, a nie jakiś hiszpański ogórek! Kowal, weź
      się w garść, jedziemy z nimi! Żar leje się z nieba, na termometrach chyba
      brakuje skali. Upał, parno, mokre koszulki lepią się do ciał. Trzymamy 0:0,
      więc nie jest źle. Chociaż szkoda tej sytuacji... Jeszcze minuta i będzie
      można odpocząć. Ruszam do przodu, a nuż coś się uda?...

      Mam piłkę! Odebrałem obrońcy! Kopnął mnie dwa razy, ale utrzymałem się. Jestem
      już tylko ja i bramkarz. Kowal, nie myśl! Wal!

      Jeeeeeest!!! I co? I co teraz? Kto jest najlepszy? Kto strzelił gola? No
      śmiało, chcę to usłyszeć z ust spikera. "Kowalcik!". Tak jest, zapamiętaj to
      nazwisko. Przeczytasz je, gdy złoci medaliści staną na pudle! Tylko
      dotrzymajmy, dotrzymajmy do przerwy! Z radości upadłem na murawę, przygnietli
      mnie koledzy. Jestem wycieńczony, nie mam siły wstać. Kończ!
    • p.suchy Odinek 19: 30.12.02, 16:40
      Wycieńczenie, duma, przerażenie. Wszystkie możliwe uczucia zbiegają się w
      jedno i rozpierają każdego z nas. Jest przerwa, być może najważniejsza przerwa
      w naszym życiu. Prowadzimy 1:0 w finale olimpijskim z gospodarzami, z
      Hiszpanią. Pierwsza myśl - odpocząć. Część zespołu idzie pod prysznic, część
      do basenu. Szatnie Barcelony są olbrzymie, można w nich nawet popływać w
      zimnej wodzie. To działa kojąco na zmęczony organizm. Ochłodzić się! Na
      zewnątrz jest ze sto dwadzieścia stopni! Nieludzka temperatura!

      - Brawo Kowal, jest dobrze. Teraz już się nam nie wywiną! Jedziemy dalej.
      Pamiętajcie, zostało nam tylko czterdzieści pięć minut. Czterdzieści pięć
      minut, w czasie których nie ma czasu na cokolwiek innego niż walkę.
      Napoczęliśmy ich. Dokończmy. To oni są teraz przerażeni. To oni mają nóż na
      gardle. A my swoje! Walka! Wślizg, wślizg, wślizg! - mówi Wójcik. Każdy z nas
      czuje na sobie oczy milionów ludzi. Każdy na swój sposób odczuwa tę presję.
      Jednych mobilizuje, innych przytłacza. Szatnia jest takim miejscem, w którym
      jesteśmy sami. W którym nikt na nas nie patrzy. Dobra, czas na drugą połowę!

      Jest źle. Zamiast 1:0, po chwili mamy 1:2. Publiczność szaleje, wskazała
      zwycięzcę. Jak ją uciszyć, jak zmienić ten werdykt? Robimy swoje. Przecież ani
      przez moment w tym meczu nie byliśmy słabsi. Dwa głupie gole. Mijają minuty, a
      my wciąż przegrywamy. Teraz to my mamy nóż na gardle, Hiszpanie robią swoje.
      Cały rok szykowali się do roli wielkich faworytów i wreszcie nimi są. Wreszcie
      prowadzą i złote medale prawie wiszą na ich szyjach...

      Dostałem w nogę. Muszę na chwilę zejść. Jednak tylko na chwilę, lekarz pomoże!

      Ułożyłem się przodem do boiska, chciałem dokładnie widzieć, co się dzieje.
      Nagle zamieszanie. Konsternacja na trybunach. Ktoś z naszych dostał piłkę,
      jest blisko bramki. Co tam się dzieje? Słabo widzę. Goooool!!! Rysiu!

      Niewiele zostało do końca. Każdy z nas widzi, że Hiszpanie są kondycyjnie
      słabsi. Nigdy nie lubili biegać, a gdyby mieli to robić przez 120 minut,
      zamiast 90, to by chyba popadali jak muchy. Świetnie, teraz po naszej stronie
      jest piłeczka. Teraz to wciąż nas bardziej stać na wyprowadzenie śmiertelnego
      ciosu niż ich. Tylko ten sędzia. Z Maroka. Od początku lekko faworyzuje
      gospodarzy. Każde wątpliwe starcie jest osądzane na ich korzyść. Ale trudno.
      Poradzimy sobie. Minęła ostatnia minuta. Będzie dogrywka, a wtedy w najgorszym
      razie wygramy w karnych. Jeszcze jedna akcja. Hiszpan wybija piłkę poza
      boisko. Zacznie Kłak. No nie! Rzut rożny. Jak mógł dać rzut rożny skoro piłkę
      wybił Hiszpan?! Niech mu będzie, poradzimy sob... Kurwa mać... Strzelili...
      Cieszą się... Koniec... Już nie odrobimy. Sekundy do końca. Przecież Kiko
      strzelił tam, gdzie stał Olek! Czemu on usiadł na dupie? Wpadłaby mu prosto w
      ręce. Wpadłaby... Koniec.

      W szatni cisza. Ci, którzy nie zagrali, pocieszają tych wykończonych. - I tak
      zrobiliśmy swoje. Mamy medal, pamiętajcie - mówi Tomek Wieszczycki. On nie
      zagrał ani minuty w całym turnieju. Musi być z tego powodu zły, a jednak
      pociesza innych. W końcu coraz częściej słychać, z różnych stron szatni: -
      Niech ta porażka nie przesłoni naszego wielkiego sukcesu.

      No tak, w końcu i tak zrobiliśmy furorę. Mieliśmy wrócić do Polski po
      tygodniu, a tymczasem przegraliśmy złoty medal olimpijski w ostatniej
      sekundzie finału. W końcu drzwi do szatni otwierają się. Wchodzi Kazimierz
      Górski. - No nie, jeszcze tego tu brakowało! - pomyślał sobie każdy z nas i
      spojrzał złowrogo...
    • p.suchy Odcinek 20: 31.12.02, 12:22
      Już widzę teraz twarze oburzonych ludzi. Kowal nie szanuje świętości Kowal to
      kretyn który potrafi oczernić nawet Kazimierza Górskiego! A przecież pana
      Kazimierza nie wolno pan Kazimierz jest święty. Wiecie o czym marzyliśmy gdy
      wszedł do szatni po finale olimpijskim? Żeby zmiatał.

      Po prostu jak najszybciej zmiatał! W podskokach! Nie mieliśmy ochoty na niego
      patrzeć. Ale on wszedł. Zadowolony uśmiechnięty od ucha do ucha. - Gratuluję
      medalu - powiedział dumnie. Medalu? Medal to my mieliśmy już od wielu dni.
      Chodziło o złoto. Czy on tego nie wiedział? Czy nie wiedział że tylko nas
      irytuje tymi gratulacjami i swoim szczerym uśmiechem? Ostatni raz widzieliśmy
      go chyba na lotnisku po przylocie na olimpiadę. Potem ani przez moment się
      nami nie zainteresował. Prezes PZPN poleciał z piłkarzami do Barcelony i
      jedyny raz widziano go cieszącego się po przegranym meczu finałowym. No poza
      tym że nasz kochany związek nie potrafił niczego zorganizować poza startem
      rozgrywek ligowych gdy jeszcze olimpiada się nie skończyła. Misie z PZPN i
      szef misiów pan prezes Górski...
      Naprawdę nikt nie myślał o jego osiągnięciach z 1974 roku. Dla nas liczyło się
      tylko to że nie był z nami nie był naszym przyjacielem. A kto nie był z nami
      ten był przeciwko nam. I właśnie dlatego gdy wracaliśmy do Polski samolotem
      wznosiliśmy ironiczne toasty: - Zdrowie Kazimierza Górskiego! Zdrowie naszego
      kochanego prezesa! Zdrowie!
      Ten cały PZPN wiecznie robił problemy. Tuż przed olimpiadą chciano zwolnić
      trenera Wójcika. Bo niby za mało doświadczony na tak poważną imprezę. No i
      wypłynęła nagle sprawa rzekomego dopingu. To było typowe podłożenie świni.
      Jasne doping u bramkarza (niby po co?) defensywnego pomocnika i rezerwowego
      bez szans na grę. Już widzę jak Kłak Świerczewski i Koseła szprycowali się po
      nocach a potem w czasie olimpiady byli sprawdzani po czterysta razy i nikt
      niczego nie wykrył. Wszyscy braliśmy odżywki jak to w profesjonalnej drużynie.
      Jednak to były typowe witaminy. I jeśli ktokolwiek jechałby na dopingu to by
      złapano 23 piłkarzy. Tymczasem niby złapano bramkarza z rezerwowym. I dziwnym
      trafem potem się okazało że nie ma pewności że cokolwiek brali. No i
      dziennikarze nagle o sprawie zapomnieli i nie pociągnęli tematu. Ktoś chciał
      narobić niedobrego szumu wokół nas i tyle. Nie każdemu na rękę były sukcesy
      Wójcika. Misie z PZPN też nie czuły się z tym dobrze. Jeśli teraz tak wszyscy
      zaczną sobie wszystko załatwiać na własną rękę - jak Wójcik który sam znalazł
      sponsorów - to po co my? Tak pewnie myśleli. Jedyne na co ich było stać to
      jakieś głodowe premie które i tak malały z każdą rozmową. Skończyło się
      bodajże na jednej czwartej obiecywanej sumy. A prezes pokazał się raz.
      ăGratuluję medaluÓ. Jakże bym chciał mieć w tym momencie złoto w garści!
      Chciałbym mu je pokazać i obserwować znikający uśmiech.
      Gdy wysiedliśmy na lotnisku w Warszawie mocno zawiani nie baliśmy się mówić
      prawdy. Oświadczyłem wtedy że pan Kazimierz Górski powinien odejść i przestać
      pełnić funkcję prezesa PZPN. Rozległy się głosy oburzenia. Kowalczykowi
      odbiło. Strzelił kilka bramek i mu kompletnie odwaliło! Pewnie po pijaku nie
      wiedział co mówi. A Kowalczyk wiedział i choć może nie chodził tego dnia
      prosto i ăjaskółkiÓ by nie wykonał o Kazimierzu Górskim miał wyrobione zdanie.
      Podobnie jak wszyscy olimpijczycy. Nie wiem ile bym musiał wypić żeby
      zapomnieć o wygłoszeniu akurat tej opinii. Owszem - nie byłem trzeźwy, jak
      każdy z nas - młodych chłopaków - po wielkim sukcesie. Przyjąłem akurat tyle,
      aby powiedzieć całą prawdę - czas Kazimierza Górskiego minął w chwili, gdy
      koła samolotu dotknęły warszawskiego lotniska...
    • p.suchy Odcinek 21: 02.01.03, 22:55
      Oczywiście po finale nie wróciliśmy tak od razu do Polski. Mieliśmy jeszcze
      trzy dni wolnego na miejscu. W wiosce olimpijskiej był taki zwyczaj, że gdy
      Polak zdobywał medal, wtedy wszyscy zbieraliśmy się pod główną siedzibą i
      świętowaliśmy. Tamten dzień należał do nas. Pamiętam, że zdarzały się nam
      imprezy na przykład z Beatą Maksymow albo z szermierzami. Było wesoło, bo być
      musiało. I nawet pan Aleksander Kwaśniewski się wyluzował.

      On, jakoś w przeciwieństwie do Kazimierza Górskiego, był z nami cały czas. I
      mimo, że był byłym ministrem sportu, nie budował bariery. - No i jak tam?
      Dokopiecie im? Skopcie im tyłki! - mówił przed meczami. Lubiliśmy go, a on
      nas. Jak normalni, biali ludzie.

      Jednak po samym powrocie ze stadionu, trzeba było trochę odsapnąć. Część
      chłopaków poszła zadzwonić do domów. Ja nie miałem gdzie. Na Bródnie nie
      mieliśmy telefonu, więc z rodziną mogłem porozmawiać dopiero po przyjeździe do
      Polski. Wpadł do mnie na chwilę "Wieszczu". - Ty, Kowal, 1:1! - powiedział.
      Legia akurat grała w Łodzi z ŁKS. Wkurzyłem się, że znowu bez zwycięstwa.

      W końcu jednak zaczęliśmy wychodzić z pokojów, dobierać się w jakieś grupki.
      Po jakimś czasie zorientowałem się, że w zespole dzieje się coś dziwnego.
      Część chłopaków nie chciała rozmawiać z "Jałoszkinem". Marcin Jałocha zszedł w
      czasie meczu finałowego z powodu kontuzji. Siedzieliśmy wśród kawiarenek na
      deptaku. - To szczur, uciekł z tonącego okrętu - stwierdził Jurek Brzęczek. A
      reszta, zwłaszcza grupa poznańska z Grześkiem Mielcarskim w roli głównej,
      potakiwała. - Pieprzony symulant. Przez niego przegraliśmy! - padło po chwili.

      Jechali z "Jałoszkinem", nie zostawiali na nim suchej nitki. Ejże, jak to? To
      po kiego my przed każdym meczem krzyczęliśmy "jeden za wszystkich, wszyscy za
      jednego"?! Kto uwierzy w to, że Jałocha zasymulował kontuzję w finale
      olimpiady? - Przestańcie - rzuciłem. Nic. Brzęczek brnął dalej. - To szczur,
      nie gadamy z nim więcej. Zawalił nam olimpiadę - znowu powtarzano to samo.
      Skoro tak, to ja idę do Marcina! Walnąłem wszystkim o stół, rozlało się piwo,
      kilka osób odskoczyło. Mam was gdzieś. Nie po to mówiłem, że jeden za
      wszystkich, żeby teraz robić sobie z gęby cholewę. Przecież "Jałoszkin" był
      naszym kolegą, od początku do końca. A na olimpiadzie należał do najlepszych w
      zespole. Jechali z nim goście, którzy ledwo powąchali murawę. Bawcie się dalej
      we własnym gronie, możecie teraz jechać ze mną. Ja też pewnie specjalnie nie
      wykorzystałem jednej okazji w finale.

      Właśnie od tamtego momentu nie przyjaźniłem się z Jurkiem Brzęczkiem. Byliśmy
      zwykłymi kolegami i nic więcej. On miał swoją grupę, ja swoją. Moja nie
      obgadywała. Jego może była trochę większa, ale moja lepsza piłkarsko.
      Oczywiście ta - z dzisiejszego punktu widzenia - krótka kłótnia nie zmąciła
      radości z mimo wszystko udanych igrzysk. Trzy dni wolnego, to były tak
      naprawdę trzy dni picia, opalania się, imprezowania. Zero snu. Na parkiecie
      najbardziej zadziwiali murzyni, w tym Marlene Ottey, słynna sprinterka.
      Szkoda, że koszykarze z NBA mieli swój hotel poza wioską olimpijską. Z chęcią
      wypiłbym z Jordanem. Ciekawe, czy wytrzymałby nasze tempo? Nie sądzę. Szybko
      nabieraliśmy kolorków. Nie tylko od słońca. Prawy do lewego, wypij kolego.


    • p.suchy Odcinek 22: 03.01.03, 13:47
      Po wylądowaniu na lotnisku Okęcie, trudno było znaleźć kogoś trzeźwego. To
      jakiś problem, że piłkarze po wielkim sukcesie chcą poświętować? Mieliśmy na
      sobie te śmieszne, słomiane kapelusze. Część oficjalnego stroju. Tyle PZPN nam
      załatwił, więc docenialiśmy ten gest - każdy paradował w kapeluszu. W czasie
      kilku wywiadów zdążyłem zwolnić co drugiego działacza w Polsce, powiedziałem
      słynne "zmieniamy szyld i jedziemy dalej".

      Misie na pewno nie były szczęśliwe, że młokos szuka dla nich zastępstwa. Potem
      wsiedliśmy w autokar i pojechaliśmy na przyjęcie do pana Niemczyckiego. Tam
      przez jakiś czas trwała zabawa, ale nie jakaś brutalna, tylko wyważona.
      Przecież byliśmy u poważnego człowieka. Następnie czekała nas wizyta w PZPN.
      Ja już tam nie pojechałem. Nie chciało mi się, byłem zbyt zmęczony
      i "zrobiony". Zamówiłem taksówkę.

      - Na Bródno! - to wystarczyło taksówkarzowi.

      Podróż minęła błyskawicznie, być może się lekko zdrzemnąłem. W końcu
      wkroczyłem do domu. Rodzina czekała. Wcześniej nie mieliśmy żadnego kontaktu
      ze sobą. Nie rozmawialiśmy ponad miesiąc.

      - Część, idę spać.

      - Ale czekaj, Wojtek, opowiadaj! Wojtusiu!

      - Opowiem jutro.

      Zawiesiłem tylko medal olimpijski tak, aby rodzice mogli nacieszyć oczy.
      Poszedłem prosto do swojego pokoju i walnąłem się na łóżko. Musiałem odespać.
      Odespać cały miesiąc. Jak to dobrze być znowu w Polsce!

      Obudziłem się rano i od razu pojechałem na stadion Legii. W końcu dzięki
      naszym mądrym działaczom z PZPN, sezon już był w pełni. Na Łazienkowskiej -
      wiadomo, że powitano mnie z radością. Jak dawno nie widzianego kolegę, któremu
      się powiodło. Wszakże byłem jednym z bohaterów olimpiady, o którym dużo się
      mówiło. Po Barcelonie stałem się naprawdę popularny. Na ulicy rozpoznawało
      mnie coraz więcej osób. "Kowal, Kowal" - słyszałem, spacerując. Także w klubie
      odbierałem codziennie coraz większą porcję korespondencji. Starałem się
      odpowiadać, a przynajmniej wysyłać zdjęcie z autografem. Czekałem aż zbierze
      się większa sterta listów, szedłem na pocztę i wrzucałem do skrzynki.
      Natomiast jeśli ktoś mi pisał "Napisz mi proszę, co czułeś po strzeleniu gola
      w Barcelonie", to odpuszczałem. Takie pytanie padało w co drugim wywiadzie,
      wystarczyło kupić gazetę. Dostawałem też listy z prośbami o koszulkę, a jeden
      nawet o wsparcie finansowe. Po takiej korespondencji zawsze ma się mętlik w
      głowie. Raz wyślesz kasę, będziesz musiał później robić to w nieskończoność. A
      co, jeśli ktoś naprawdę potrzebuje? Chodziło to za mną wiele dni.

      Gdy kilka lat później byłem w Hiszpanii, często pomagałem ludziom z Polski
      wrócić do kraju. Przylecieli na wakacje i przeliczyli się z możliwościami
      finansowymi. Dawałem im na bilet. Raz dałem takiemu gagatkowi, żeby sobie
      wrócił do kraju, a on po miesiącu, po jakimś meczu, znowu do mnie przyszedł,
      żebym mu dał raz jeszcze. Ludziom nie można ufać, zdarzają się takie ananasy.

      Po olimpiadzie dostawałem nie tylko listy. Dostawałem też... samochody. Jeden
      za medal - Poloneza, i jeden za bramkę w finale - Cinquecento. Pierwszego
      odebrałem, bo mi przywieźli na Legię. Głupio nie odebrać, jak stoi obok. Złoty
      Polonez. Nawet gdybym potrafił, to i tak bym nim nie jeździł, bo zbyt się
      rzucał w oczy. Przez jakiś czas katował go Krzysiek Ratajczyk, w ogóle
      jeździło nim pół Legii. Ja się nie dotykałem. Po kilku miesiącach sprzedałem
      go, za 100 milionów. Ale takiego Arka Onyszkę jeszcze wiele lat później
      widziałem, jak złotym Polonezem zasuwał.

      A Cinquecento nie odebrałem. Nie chciało mi się. Przychodzili do mnie, żebym
      pojechał do tej firmy i wziął papiery. Nawet rok później trener Janas mi
      mówił: - Wojtek, pojedź. To ci zajmie chwilkę i odbierzesz to auto.

      Ale jakoś nie było mi tam po drodze. W końcu firma padła.

      Dostałem jeszcze telewizor, 75 milionów premii od pana Niemczyckiego i bodajże
      22 miliony z PZPN. Jak dodamy do tego stówkę za Poloneza, premia godna
      sukcesu. Ale ja jeszcze zarobię na sukcesie w klubie...
    • p.suchy Odcinek 23: 05.01.03, 01:03
      Już wcześniej wspomniałem, że Janusz Romanowski coraz konkretniej interesował
      się Legią. Sezon 1992/93 był tym, kiedy zdecydował się poważnie wkroczyć do
      gry. Wiadomo, że udana olimpiada napędzała koniunkturę. W Warszawie Romanowski
      miał stadion, miał kibiców, miał Kowalczyka z Barcelony. Brakowało jednego -
      Wójcika. Jakoś na początku sezonu przegraliśmy mecz w Białymstoku. Nic
      wielkiego się nie stało, ale to był pretekst potrzebny do tego, aby wywalić
      Etmanowicza.

      Dzień później jechałem na trening. Jak zawsze - na przystanek 162, kilka minut
      czekania i w autobus. Wcześniej kupowałem gazetki i w czasie jazdy
      przeglądałem. No i właśnie w czasie jazdy autobusem patrzę - "Wójcik w
      Legii!". Nawet nie wiem, co sobie wtedy pomyślałem poza banalnym "jest
      dobrze". Ale uśmiechałem się już przez całą drogę. Wiedziałem, że skoro jest
      Wójcik, to jest i sukces. Przy takich piłkarzach i z tym trenerem drużyna
      musiała "zaskoczyć".
      - No cześć misiu, znowu się spotykamy. Teraz będziemy razem golić frajerów w
      polskiej lidze - powitał mnie w szatni, z uśmiechem, "Wujo".
      Wtedy jednak nie byłem jego "synkiem", jak się mówi w piłkarskiej gwarze. Na
      to musiałem jeszcze sobie zapracować. Wójcik lubił piłkarzy niepokornych,
      kozaczków, którzy mieli własne zdanie. Taki Grzesiu Wędzyński, co bał się
      trenerowi w oczy spojrzeć, nie miał czego szukać w pierwszym składzie. A ze
      mną było inaczej. Jednego dnia odbywaliśmy trening strzelecki.
      - Kowal!!! Na siłę!!! Laga!!! Armata!!! - wrzeszczy Wójcik.
      Podbiegam do piłki, pyk technicznie i gol.
      - Kowal!!! Miało być na siłę!!!! Lagaaaaaa!!! - wrzeszczy znowu.
      Znowu podbiegam do piłki, znowu pyk technicznie i gol.
      - Kowal!!! Bomba!!! Petarda!!! - słyszę.
      A ja swoje - pyk technicznie i bramka.
      - Kuuurwaaa, Kowal!!! Napierdalaj!!! - trener nie zmienia śpiewki. Tego było
      za wiele.
      - Jest kurwa gol, czy go nie ma? Wpadło czy nie?! - zapytałem zdenerwowany.
      - Ale ty masz napierdalać! - stwierdził Wójcik.
      - To niech trener sam sobie napierdala, ja będę strzelał gole! - stwierdziłem,
      po czym było - pyk technicznie i gol. Małolat rozpoczął współpracę z nowym
      trenerem. No ładnie, taki "Wędzyna" pewnie myślał, że popełniłem piłkarskie
      samobójstwo. A to on popełnił, dając lagę, kiedy trener chciał lagę i lobując,
      kiedy trener chciał loba. I mówiąc "pokonamy", kiedy trener się pytał, co
      zrobimy z najbliższymi frajerami z ligi.
      Wójcik jest mistrzem tworzenia atmosfery w szatni. Gdy został trenerem, wezwał
      do siebie Leszka Pisza, Maćka Śliwowskiego, Zbyszka Robakiewicza, no i Maćka
      Szczęsnego - bo on zawsze i wszędzie musiał być - i wytłumaczył zasady
      współpracy. Ja nigdy nie lubiłem chodzić na jakieś spotkania, należeć do rady
      drużyny. Nawet gdy trener mówił, że po treningu chce ze wszystkimi piłkarzami
      porozmawiać, to miałem dziwne przeczucie, iż to nie o mnie chodzi, ja się
      do "wszystkich piłkarzy" nie zaliczam - i sobie wychodziłem. Trener lubił też
      nas odwiedzać w "Garażu", czyli knajpce koło Legii. Wtedy jak się przychodziło
      tam o 13.30 w piętnaście osób, po treningu, to wychodziło się o 23.30. A
      Wójcik czasami przyjeżdżał. - O, siedzicie! - mówił niby zaskoczony. - To i ja
      się przysiądę - dodawał od razu. I tak sobie rozmawialiśmy, co nas czeka w
      trwającym sezonie. Mistrzostwo Polski...
    • p.suchy Odcinek 24: 06.01.03, 14:38
      Cel był ambitny, to i gra musiała być ambitna. Drużynki przyjeżdżały na
      Łazienkowską, my pakowaliśmy im dwa czy trzy gole i odjazd. Następny proszę!
      Każdy mecz wyglądał podobnie - "od pierwszej minuty wślizg, wślizg, wślizg -
      niech się nas boją!!!". Założenie Wójcika było takie, że na początku rywale
      mają poznać siłę naszych łokci, a my wtedy coś zapakujemy. Jezu, jaki to był
      efekt!

      Wychodziliśmy z tunelu tak naładowani, że czasami mecze trwały dla nas
      zaledwie dziesięć minut. Przykłady? Proszę bardzo! Z Zagłębiem Lubin bramka w
      drugiej minucie, z GKS w szóstej, z Lechem w siódmej, z Zawiszą w ósmej, z ŁKS
      w piątej, z Siarką w czwartej, z Olimpią w piątej, ze Stalą Mielec w drugiej,
      z Widzewem w pierwszej, z Wisłą w ósmej. A to tylko jeden "wójcikowy" sezon!
      Pewnego razu zaczęliśmy jakiś mecz po swojemu, od ostrej jazdy równo z trawą,
      momentalnie sędzia dał nam ze trzy żółte kartki i się skończyło -
      przegraliśmy.

      Atmosfera w zespole dzięki wynikom coraz bardziej się nakręcała, właściciele
      knajpki "Garaż" zacierali ręce, bo za morzem piwa płynęła rzeka legijnych
      pieniędzy. Dzień w dzień. Wtedy nie było obawy, że wsiadając po pijaku do
      samochodu trafi się do więzienia. Teraz tak zaostrzono przepisy, że pewnie
      nikt by sobie już tak nie folgował. Ale wtedy można było.

      Mieliśmy zabawnego masażystę. Lubił sobie łyknąć i gdyby też
      odwiedzał "Garaż", to dziś pewnie mielibyśmy do czynienia z siecią restauracji
      o tej nazwie. "Maser Zbyszek" nie pojechał na olimpiadę tylko z powodu zakładu
      z Wójcikiem. Założył się, że szybciej niż trener przebiegnie połowę boiska. No
      i ruszył. Ponad sto kilo wagi w dramatycznym wyścigu. Sto kilo wagi plus
      kilkaset mililitrów alkoholu. Pędzi, trzęsie się ziemia, gna! Nagle - bum!
      Upadł, przewrócił się, zarył w murawę. Krzyk, złamany obojczyk. Olimpiada?
      Innym razem.

      W sezonie 1992/93 doszło do innego śmiesznego zdarzenia. Zbyszek zawsze na
      mecz przygotowywał sobie w bidonie drinka. Może przesadziłem - nalewał do
      bidonu czystą wódkę. Gramy kiedyś mecz, druga połowa, wszyscy już wycieńczeni.
      Wreszcie przerwa w grze, ktoś kontuzjowany. Leszek Pisz podbiegł do ławki,
      żeby dali mu coś do picia. No i maser pomylił bidony - rzucił wódkę. Leszek,
      jak to zawsze robią piłkarze, najpierw wylał sobie pół zawartości na twarz, a
      potem wziął wielkiego łyka na przepłukanie gardła. Jakże nim wstrząsnęło! Przy
      takim wysiłku alkohol działa błyskawicznie. - Ty, Leszek, chyba na głodzie
      jesteś, bo pociągnąłeś strasznie z tego bidonu - śmialiśmy się z niego. A on
      blady. - Lesiu, na fantazji się dobrze gra - żartowali inni. Skończyło się
      tak, że na następnych meczach... też był bidon z wódką. Ale zawsze z
      naklejonym szerokim plastrem, żeby nikt się nie pomylił. Bidon z plastrem -
      dopiero po meczu!

      I tak nam mijał rok na zabawie połączonej z goleniem frajerów. Ekipa była
      zgrana, a jak ktoś nie pasował, to... szybko wypadał. Na przykład Jarek
      Jedynak. Przyszedł tuż przed trenerem Wójcikiem. Nikt nie wiedział, co to za
      gość. Żaden z nas wcześniej o nim nie słyszał, w polskiej lidze zupełny
      anonim. Podobno wcześniej występował gdzieś w Niemczech. Na Łazienkowskiej
      dostał najwyższy kontrakt w drużynie - miliard złotych. Przypomnę, że ja
      miałem 25 milionów. A ten od razu miliard! Kto to jest? Jakiś Romario uchował
      się w tajemnicy? Ale nie - przychodzi na trening i widzimy, że koleś ma zerowe
      pojęcie o piłce. Nic, fajtłapa, patałach, łamaga, drewno! Tyle tylko, że
      wielkie chłopisko. Co oni, od centymetra mu płacili?! Do tego jak raz się
      spóźnił na trening i przyszedł mocno zmęczony, to stwierdził, iż to wszystko
      przez to, iż musiał wziąć lekarstwa przeciw gorączce.

      Zagrał w naszej drużynie raz. Raz i wystarczyło. To był debiut Janusza
      Wójcika, mecz z Olimpią w Poznaniu. Siedzimy w szatni. Wójcik prowadzi
      odprawę. Mówi długo, zawile. A my słuchamy. Trener był strasznie przejęty
      debiutem, więc zdążył chyba powiedzieć wszystko, co tylko można - kto na kogo
      gra, kto kogo kryje, kto jakie ma mocne strony, jak atakujemy, przez kogo
      gramy piłki, i tak dalej! - Są jakieś pytania? - padło na koniec. I wtedy
      Jedynak wypalił: Ń Panie trenerze, a czy ja mogę tak raz na jakiś czas ruszyć
      z piłeczką po skrzydełku?

      Z piłeczką po skrzydełku! Jak cała szatnia buchnęła śmiechem, to koncentrację
      diabli wzięli. A Jedynak w końcu w czasie meczu ruszył z piłeczką po
      skrzydełku. Wpadł centralnie na naszego obrońcę, Krzyśka Ratajczyka. To było
      zderzenie pociągów towarowych. Na ten widok, mimo że to przecież mecz
      profesjonalnej drużyny, wszyscy piłkarze polewali!!! Na ławce rezerwowych
      prawie nikt nie mógł usiedzieć ze śmiechu. Po chwili Jedynak zszedł, więcej
      nie zagrał. Jak się posypały na niego kary, to nie wiem, czy z tego miliarda
      cokolwiek mu zostało. I nie mam pojęcia, gdzie później ruszał z piłeczką po
      skrzydełku.
    • p.suchy Odcinek 25: 07.01.03, 17:14
      Jarek Jedynak tak szybko zniknął, jak szybko się pojawił. Co innego Arek Gmur,
      który przez sezon 1992/93 jeszcze się utrzymał, a zaraz na początku następnego
      poszedł w odstawkę. Potrafił wyłączyć z gry Vialliego, żeby potem zagrać
      ostatnie dno w polskiej lidze. Też - jak wypadku Jedynaka - wystarczył jeden
      mecz i było po nim. Graliśmy z Siarką Tarnobrzeg, prowadziliśmy 4:0 i wtedy na
      boisko wszedł Arek.

      Co zrobił? Wypromował Czarka Kucharskiego! Jak go pokrył, to "Kucharz"
      błyskawicznie strzelił dwa gole i wypracował rzut karny. Skończyło się na 6:3
      dla nas i "menago Gmur" już za Wójcika nie wystąpił. - Ty, misiu, teraz promuj
      sobie rywali innych drużyn - usłyszał.

      Arek to była ciekawa postać. Mówiliśmy na niego "Twarz rzeźbiona przez wiatr".
      I miał nieprawdopodobną zdolność - zawsze kiedy jechał na trening, to widział
      wypadek. Zawsze! Tylko wchodził do szatni i mówił: - A wiecie, jakiej
      katastrofy byłem świadkiem?! Tu ten tego, trach, bach, olaboga.

      Później do tych jego opowieści się tak przyzwyczailiśmy, że gdy tylko się
      pojawiał, padało pytanie: - No i gdzie dzisiaj wypadek widziałeś?

      Jednego dnia mówi: - A tutaj, tuż koło Legii, przy Torwarze!

      No nie, niemożliwe. Trzeba go sprawdzić, żeby nas nie czarował dzień w dzień.
      Patrzymy - przy Torwarze wypadek! Gdy Arek wychodził na ulicę, policja powinna
      wstrzymywać ruch w trosce o bezpieczeństwo obywateli.

      Patrząc na jego umiejętności piłkarskie - ogólnie rzecz biorąc był drewniany.
      Niemniej potrafił godzinami podbijać piłkę o wąski fragment ściany. Zawsze
      trafiał tam, gdzie chciał. Tak to już bywa, że ludzie mają całą masę
      kompletnie bezużytecznych zdolności. Jak taki Chomontek, co piłki prosto nie
      kopnie, tylko w górę potrafi. "Gmurek" miał mimo wszystko swoje pięć minut w
      Legii. Szkoda, że do imprez nie pasował. Codziennie przyjeżdżała po niego
      żona. Gdyby imprezował, to może by się jeszcze dało go odratować i wkupić w
      łaski trenera.

      Byli w tamtych latach w Legii piłkarze, którzy dobrze grali, ale nie balowali
      i tacy, którzy byli przydatni na wszystkich frontach. Tylko ten drugi typ
      zawodników mógł się tak naprawdę sprawdzić. Na przykład szybko przypasował do
      nas Krzysiek Ratajczyk. Ekipa hermetyczna nie była, szukała wrażeń i chętnie
      werbowała nowych członków. "Rataj" na tyle znalazł z nami wspólny język, że
      wnet nie wiadomo było, kto jest liderem grupy, a kto outsiderem. Brakowało nam
      żółtych koszulek lidera! Plus tego był taki, że nie było dnia, żeby ekipa
      rozrywkowa liczyła mniej niż pięć osób. W szatni zawsze były dwie rzeczy -
      gumy do żucia i krople do oczu. O zapas kropli dbał właśnie "Rataj". Jak ktoś
      miał zmęczony wzrok po całej nocy, to ratunku szukało się u niego. Krople były
      w szatni tak samo oczywiste jak ręczniki czy buty piłkarskie.

      "Rataj" miał wtedy dość często "problemy ze wzrokiem", wykazywał - podobnie
      jak ja - sporą tendencję do unikania snu w nocy. Zdarzyło się też Krzyśkowi
      wpaść w tarapaty. Akurat przy tym nie byłem, ale prasa pisała, że pobił
      jakiegoś taksówkarza, bodajże złamał mu nos pod hotelem "Marriott". Pamiętam,
      że następnego dnia przyszedł do szatni jak gdyby nigdy nic - usiadł, mówił o
      tym, co zawsze, w ogóle nie chciał się przyznać. Potem sprawa wypłynęła, więc
      i on nie robił tajemnicy. Twierdził, że to taksówkarze go napadli, a on się
      tylko bronił. A że jak "Rataj" się broni, to przeprowadza zmasowany atak, to
      już inna sprawa. Skończyło się tak, że ci taryfiarze chcieli od niego kilka
      dobrych "baniek" za wycofanie oskarżenia, a my żartowaliśmy: - Krzyśka na
      żadną imprezę nie bierzemy, bo bije ludzi.

      Wbrew pozorom on nie jest mrukiem, lubi sobie pogadać. To przecież nie było
      tak, że spotykaliśmy się, ja - jako gaduła - ciągle nawijałem, a Krzysiek
      słuchał. Nie, "Rataj" to normalny gość. Ale to wszystko działo się po meczu.
      Gdzieś tak na trzy dni przed następnym spotkaniem odpuszczaliśmy. Zresztą, cel
      był zbyt ambitny, żeby go przepić. Chcieliśmy być mistrzem Polski. Mijały
      kolejne mecze, a my wciąż podążaliśmy we właściwym kierunku. Sezon 1992/93
      zbliżał się do końca.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka