kingus0701
07.08.12, 00:37
Chodzą mi po głowie dwie sprawy, ale najpierw witam wszystkich tu obecnych. Czytam Wasze wypowiedzi od jakiegoś czasu i postanowiłam się odezwać. Jednocześnie proszę o wyrozumiałość, jeśli poruszę temat, który został już omówiony:)
Po pierwsze, intryguje mnie sprawa nauki w Jeżycjadzie. Pamiętam, że w "Imieninach" było coś o Pyzie, która "musiała wkuwać jak szalona, żeby się nie skompromitować". Gdzie ta nauka? Dwie godziny powtórki z Fryderykiem? Bo tak to Pyza piecze szarlotki, pomaga Gabrysi, generalnie robi wszytko, ale jakoś mało tej nauki. Zresztą, nie tylko w tej książce. Właściwe praktycznie u żadnego bohatera Jeżycjady (jako wyjątek przychodzi mi do głowy tylko Kreska, której Maciek tłumaczył matematykę) nie widzę tego uczenia się. Mają dni zapełnione wszystkim, tylko nie nauką. A jak przypomnę sobie swoje liceum, to nigdy nie było takiego "hop-siup, godzinka normalnie, a jak sprawdzianik, to dwie", tylko naprawdę spędzałam kilka godzin nad nauką, a nigdy nie próbowałam być na siłę "dobra ze wszystkiego". A może to tylko moja subiektywna opinia?
Druga kwestia to śluby. Nie wiem, jak będzie ze ślubem Laury; tzn. jak długo będzie trwało jej narzeczeństwo, ale przypomniała mi się sytuacja, gdy Baltona prosił o rękę Patrycji. Moim skromnym zdaniem, ludzie powinni trochę "pobyć ze sobą", nie od razu pakować się w małżeństwo. Gdzie poznawanie siebie? Gdzie docieranie? Nie mówię, że muszą ze sobą mieszkać, ale jakieś minimum chyba musi być? Patrycja znała Baltonę od dzieciństwa, ale jednak bycie razem to coś innego.
Wiem, że na forum była już mowa o "wypełnianiu ramion" i świętej instytucji małżeństwa u Musierowicz; mi chodzi o nieco inną kwestię, nie wiem, czy wyraziłam się jasno :)