mia_mia
06.07.26, 09:49
Moja wizyta w NPL w telegraficznym skrócie, bo pierwsza część trwała 15 minut, druga ok. 45, trzecia z pół godziny, ale i tak bardzo długie.
Od jakiegoś czasu pomimo leków odwadniających zaczęłam puchnąć, w krótkim czasie zgromadziłam 7 kilo wody, zwiększyłam dawkę diuretyku, ale połowa wody nie chciała zejść, w weekend nie miałam siły wejść na pierwsze piętro, stwierdziłam, że czas na pilną wizytę u lekarza, bo chyba potrzebuję dodatkowego czy innego leku. Uznałam, że sor nie jest potrzebny, podjadę na NPL, przyjechałam, puściutko, z gabinetu właśnie ktoś wychodził, więc weszłam ja, lekarz cudzoziemiec (nie z Ukrainy, uprzedzam). Streszczam problem, opuchlizna, pogorszenie wydolności, zmniejszenie skuteczności leku. Spodziewałam się typowych pytań, zbadania i recepty. Zamiast tego od początku lekarz się odpalił, po co przychodzę, npl nie jest od leczenia chorób przewlekłych, tłumaczę, że nie chcę leczenia tylko doraźnej pomocy do czasu aż trafię do lekarza, nie jestem w stanie w sobotnią noc znaleźć kardiologa itd. Jestem mega spokojna, a lekarz coraz bardziej agresywny. W końcu proszę o informację na piśmie, że do czasu wizyty u lekarza wystarczy dotychczasowe leczenie. Lekarz o nic się nie pyta tylko krzyczy coraz bardziej, w końcu ze złości wybiega z gabinetu, idzie do pielęgniarki, nie wiem co robić, idę za nim, zbierając szczękę z podłogi, w pokoju pielęgniarki proszę o nazwisko, bo sytuacja jest taka, że napiszę skargę. Nie ma mowy, lekarz wyszedł pytam się pielęgniarki, ona też mi nie poda, nfz wie kto ma dyżur, proszę o kopię dokumentacji jeśli jest, nie ma mowy, ona mi nie wyda. Wszystko spokojnie.
Postanowiłam poczekać, wyszedł pacjent, znów pusty korytarz, więc wchodzę, nie wiedziałam czego się spodziewać, więc pierwszy raz życiu włączyłam dyktafon. Zaczynam jeszcze raz, lekarz spokojniejszy, znów tłumaczę problem, ten znów, że po co przychodzę, no to przypominam, że takie jest zalecenie ze szpitala itd. Zero pytania o inne objawy, historię chorób czy propozycji zbadania. No to ja znów próbuję powiedzieć na co choruję. Ten nagle, miała pani zawał? Nie, mam to i to (kilka poważnych chorób układu krążenia) przecież mówiłam, jakby w ogóle nie słuchał. Lecę dalej z chorobami, znów informuję, że nie radzę sobie z opuchlizną, mam duży spadek wydolności, tętno powyżej 100, jakoś tak źle się czuję. Próbuję pokazać opuchliznę, ślady jakie zostawia ucisk itd. Dowiaduję się, że mam lęki i niepokój, jak to kobieta, a nie choroby (z drugiej strony on nic nie może zrobić, bo przypadek zbyt skomplikowany i choroby za powazne, on się nie zna). Dochodzimy do tego, że zachowywał się wobec mnie agresywnie, nie zaprzecza. Mówię, że jest bardzo emocjonalną osobą, przytakuje, dodaje, że ma problemy z panowaniem nad sobą. Pan na mnie krzyczał, no ja tak mówię, a ludzie myślą, że krzyczę. Dochodzimy do tego, że mówię mu jakie leki przyjmuję i dostaję receptę na diuretyk. Jakieś komentarze, więc pytam co by zrobił, gdyby sam dla siebie od kardiologa do którego mnie wysyła miał zalecenie, żeby w przypadku szybkiego przybierania na wadze pilnie zgłosił się do lekarza. Cisza. Żadnego badania, zbieram się do wyjścia i mówię, że nie zbadał mnie, nie wie w jakim stanie wychodzę, z zawałem, nowymi szmerami, ciśnieniem w kosmos, może wyjdę i zemdleję albo umrę, bo nie czuję się dobrze. Nic, zero reakcji.
Pojechałam do domu, zmierzyłam ciśnienie i szok, samo dolne 135, tętno w kosmos, już wiem czemu nie czułam się dobrze. Chociaż była już pierwsza zadzwoniłam do koleżnaki, pojechałyśmy na inną NPL, lekarz naszprycował mnie lekami na tętno i ciśnienie.
Rozważałam wizytę na sor jak nie przejdzie, ale stwierdziłyśmy, że po drodze zahaczymy o pierwszą npl i pokażę lekarzowi z czym mnie wypuścił.
Znów żywej duszy, więc wchodzimy. Pokazuję pomiary z domu i od lekarza. Przecież o ciśnieniu pani nie mówiła, mówię, że przecież mówiłam o nadciśnieniu i skokach i innych chorobach, a jakie mam nie wiedziałam, więc nie mówiłam. Wtedy poinformowałam go, że nagrywałam rozmowę i mam dowód na to, że wiele razy mówiłam o chorobach, o objawach, że wcale mnie nie zbadał itd.
Mówię, że jedziemy na sor, a po co będzie tam pani jechała? Bo, lekarz zasugerował.
Nagle wpadł na to, żeby zmierzyć ciśnienie, pytam po co przecież jadę na sor. No bo jak spadło to po co jechać. Dalej w rozmowie, nawet jak się okazało, że wcale nie spadło do przyzwoitych wartości, a tętno ani drgnęło kilka razy bardzo namawiał mnie, żebym nie jechała, bo kolejki, bo można złapać infekcję, bo w domu lepiej, a jak już muszę to na inny (pobliski) niż szpital, gdzie mnie znają i mają dokumentację.
Dał mi kolejne leki, bo jak spadnie to nie muszę jechać. W międzyczasie kilka razy przyznał się do błędów, do tego, że nie zebrał wywiadu, że mnie nie zbadał, zgodził się, że grozi mi udar, zawał, że jego błędy mogły kosztować mnie życie, a nawet przeprosił.
Teksty typu,
on: człowiek uczy się całe życie
ja: tylko to mogło się skończyć tragicznie
on: tak, zgadzam się
Albo
„Może zawiodłem, taką mamy pracę, że coś przegapimy, nie jesteśmy święci, jesteśmy ludźmi, popełniamy błędy”
Koniec końców, zrobił mi, a nawet nalegał na ekg, bo „w takim stanie nie może pani chodzić”, jeszcze parę razy przeprosił i się rozstaliśmy. Ja czułam się w miarę ok, więc pojechałyśmy do domu.
Rozstaliśmy się całkowicie kulturalnie, zresztą poza pierwszą z jego strony wszystkie rozmowy były prowadzone spokojnie, nic z klimatów jakie można zobaczyć w tvn uwaga., ale pomimo to powiedziałam, że sprawa jest zbyt poważna, więc skargę złożę.
Taka moja weekendowa przygoda, jest to wszystko o tyle dziwne, że działo się w warunkach pustej npl, a nie soru, facet by mnie w tym czasie, który zmarnował 5 razy zbadał, zebrał wywiad i wypił 3 kawy. Zaskoczyło mnie, pozytywnie, że przyznał się do błędów i przeprosił, z drugiej strony, nadal bez badania, ale już wiedząc, że nic sobie nie wymyślam i nie jestem tylko „przewrażliwioną na punkcie zdrowia, nienormalną kobietą” zamiast wysłać na sor robił wszystko, żebym tam nie pojechała, nawet jeśli mogłoby to zapobiec komplikacjom.