kooreczka
18.07.13, 21:22
Trochę offtopic, ale w związku z rozmową Idy i pana Karolka.
Od zawsze miałam z tą książką problem. Bardzo ją lubię, uważam, że to druga co do wielkości książka panien Bronte. Rzecz w tym, że wszędzie figuruje jako romans- a ja romansu nie widzę tam ani kawałka, choć pierwsze czytanie zaliczyłam mając 12 lat.
Rochester jest, był i chyba będzie dla mnie wstrętny do końca (a prequela nie przeczytałam)- od pierwszego czytania wydawał mi się postacią zdemoralizowaną i obrzydliwą. Niby kocha Jane- ale z tej miłości wątpliwego sortu chce ją z rozmysłem wrobić w bigamię- jemu nie zaszkodzi, ją w razie czego zostawi na lodzie, obrabowaną z jedynych rzeczy jaką miała po swojej stronie- poczucia wierności zasadom i dobrej opinii. Jane może go poślubić, gdy zostanie przeczołgały przez wszelkie nieszczęścia i teraz on wisi na jej łasce- i mamy happy end jak w twarz strzelił.
Nie mówiąc o tym jak zachował się w stosunku do pierwszej żony- proszę mi nie pisać, że ludzki pan, bo mógł zabić. Tak nieszczęśliwie się złożyło, że współczesny pannom Bronte Thackeray znalazł się niemal w identycznej sytuacji- do tego stopnia, że plotkowano jakoby Charlotte była guwernantką jego córek i opisała go jako wrednego dziedzica. Pomówienie tyle nieprawdziwe, co niesprawiedliwe- pani Thackeray była izolowana ale w wiejskiej posiadłości, pod dobrą opieką zaufanej służby i pielęgniarek, a jej mąż mimo nawiązywania nowych znajomości regularnie ją odwiedzał i dbał o jej spokój i wygodę. Podobno Bertha miała wzbudzać w czytelniku litość, ale mam wrażenie, że jest tylko po to by dręczyć biednego misiaczka.
Sama zaś Jane jest warta swojego męża- dziwne, że osoba tak pomiatana w dzieciństwie ma w sobie zero empatii dla słabszych a nie daj boże cudzoziemców.
Nie da się ukryć, że Jane Eyre jest genialna- ale w portretowaniu ludzkiej złości i zakłamania, uczucia tam tyle co w "miłości" Kathy do Heathcliffa.