meduza7
27.04.09, 14:35
Przeczytałam sobie właśnie "Porę przypływu" i w pewną konsternację wprawiła
mnie kwestia małżeństwa Lynn i Rowleya, a konkretnie motywów, jakie kierowały
Lynn. Pamiętacie: dziewczyna całą wojnę służyła w Pomocniczej Służbie Kobiet,
objechała cały świat, powraca wreszcie do rodzinnej miejscowości, gdzie czeka
na nią narzeczony, który z kolei nie został zmobilizowany i przez całą wojnę
nie wyściubiał nosa dalej niż 15 mil od miasteczka. Planują małżeństwo, ale
jej coraz bardziej zaczyna doskwierać "zwyczajność" Rowleya. W końcu zrywa z
nim - i wtedy on ją zaczyna dusić, z okrzykiem "albo moja, albo niczyja". Na
szczęście przeszkadza mu Poirot. W efekcie... Lynn przeżywa "nawrócenie",
stwierdza, że tak, Rowley jest dkla niej właściwym mężczyzną, pobiorą się i
tak dalej. No nie rozumiem, kurde, nie rozumiem. Aż tak jej brakowało
adrenaliny???