ako17
15.02.25, 14:15
było na ten temat w różnych wątkach, ale postanowiłam zebrać to do kupy.
Skąd u Borejków takie parcie na śluby w zimie?
Już mówię, co mnie w tym uwiera. Ja po prostu zimy nie znoszę, najchętniej zahibernowałabym się w połowie listopada i obudziła w marcu.
A ci - jakby nie było innych pór roku. I jeszcze, żeby jakąś naukę wyciągali z doświadczeń, ale gdzie tam...
Począwszy od Idy - no, proszę państwa, niech nikt mi nie mówi, że fajnie jest, gdy Pan Młody wysiada z samochodu i zapada się w zaspę po biodra, a potem, przez całą ceremonię ma mokre spodnie.
Dalej - nieodśnieżona droga do kościoła i brak ogrzewania w domu weselnym.
Wybita szyba do tego - no, to już nie zimy wina, ale sytuacji tym bardziej nie poprawiła.
I co dalej? Wesele Nutrii też w zimie, ojciec wykopyrtnął się na oblodzonych schodach (dobrze pamiętam) i złamał rękę.
Ja na miejscu tej rodziny już po ślubie i weselu Idy nie brałabym zimy pod uwagę. Ale nie. Lecimy dalej i mamy ślub Laury. Która odbiera suknię w dniu ślubu, na dworze zawieje i zamiecie, a ta gania z fryzurą i makijażem, nikt z rodziny jej nie proponuje podwózki, dopiero Bernard się napatacza, a że spieszy się jak ho-ho, to i kieckę uwozi do Zamościa.
Oczywiście, Bernard mógł się spieszyć o każdej innej porze roku i kieckę uprowadzić, ale problem z zimą polega na tym, że prawdopodobieństwo, iż napada śniegu po pachy, zepsuje się ogrzewanie w domu lub kościele, ktoś się poślizgnie na oblodzonych stopniach jest znacznie większe niż wiosną, latem, czy wczesną jesienią.
A wyjście z domu po suknię w dniu ślubu np. w czerwcu czy wrześniu (o ile nie przyszłaby burza z ulewą i gradobiciem) z reguły jest przyjemniejsze niż w grudniu.
No chyba że Autorka już tak kompletnie nie ma pomysłu na fabuły, że po prostu skazuje osoby z klanu na takie ekstremalne wyzwania, bo przynajmniej ma o czym pisać.