Dodaj do ulubionych

A co jutro...?

19.04.25, 15:13
Tak sobie myślę... Borejkowie cczęsto działają... Hmmm... Impulsywnie. A mnie ciekawi takie "I co dalej?". Przykładowo, w kwestii małych Rumunek. Ok, załóżmy dla dobra narracji, że Gabunia w dobrej wierze przywlokła je do domu, oprała, nakarmiła. I co dalej miała zamiar z nimi zrobić, gdyby ich opiekunowie nie przyszlli z awanturą*? Oprawić w ramkę i powiesić nad łóżkiem? Wezwać pomoc społeczną? Zaprowadzić na policję? Z kopem wywalić za drzwi? Odprowadzić pod kościół, skąd je wzięła?
Albo szalet. Znów, dla dobra narracji pomijając bzdury budowlane, powiedzmy, że mikrodomek dla dwojga ma JAKIŚ sens. Załóżmy. Ale przecież Larwa i Nadszympans PLANUJĄ dzieci! Jeśli w grę nie wchodzą względy ekonomiczne (a nie wchodzą!) czy nie byłoby sensowniej już pomijając wynajem/kupno mieszkania w Poznaniu - co byłoby najsensowniejsze, biorąc pod uwagę że oboje mają zawody związane ściśle z miastem! - od razu zaplanować NORMALNY dom, niechby niewielki, niechby wykończyli na razie tylko jeden pokój, kuchnie i łazienkę, resztę zostawiając w stanie "półsurowym", ale normalnych gabarytów? Nie kanciapę, w której Larwa odwracając się od kuchenki wali łokciem w zęby Jadama sprawdzającego klasówki na pianinie? Zwłaszcza, że już wiemy, że jest Juleczek, perła niemowlęctwa. I co z nim robią? Upchnęli w szufladzie? Czy w pianinie? W kolebeczce podwieszanej u powały?
Zapewne takich sytuacji/rozwiązań było jeszcze wiele, wiele, wiele. Macie może pomysły, JAK, na Zeusa, MM miała je zamiar rozwiązać?
* swoją drogą - ktoś wie jak ci opiekunowie Gabiszona chałupę znaleźli? Czy tak szli od drzwi do drzwi pukając do każdego w poszukiwaniu dzieciaków?
Obserwuj wątek
    • pocieszka Re: A co jutro...? 19.04.25, 16:22
      kocynder napisała:

      > ... Larwa odwraca
      > jąc się od kuchenki wali łokciem w zęby Jadama sprawdzającego klasówki na piani
      > nie? Zwłaszcza, że już wiemy, że jest Juleczek, perła niemowlęctwa. I co z nim
      > robią? Upchnęli w szufladzie? Czy w pianinie? W kolebeczce podwieszanej u pował
      > y?
      >
      Pocztówka, jak żywo przedstawiająca szalet miłości:
      • ako17 Re: A co jutro...? 19.04.25, 16:33
        pocieszka napisał(a):

        > kocynder napisała:
        >
        > > ... Larwa odwraca
        > > jąc się od kuchenki wali łokciem w zęby Jadama sprawdzającego klasówki na
        > piani
        > > nie? Zwłaszcza, że już wiemy, że jest Juleczek, perła niemowlęctwa. I co
        > z nim
        > > robią? Upchnęli w szufladzie? Czy w pianinie? W kolebeczce podwieszanej u
        > pował
        > > y?
        > >
        > Pocztówka, jak żywo przedstawiająca szalet miłości:

        śliczna
      • kocynder Re: A co jutro...? 19.04.25, 16:36
        Urocza. Ale brakuje kominka, który w szalecie ponoć jest... ;)
    • ako17 Re: A co jutro...? 19.04.25, 16:39
      kocynder napisała:

      > Tak sobie myślę... Borejkowie cczęsto działają... Hmmm... Impulsywnie. A mnie c
      > iekawi takie "I co dalej?". Przykładowo, w kwestii małych Rumunek. Ok, załóżmy
      > dla dobra narracji, że Gabunia w dobrej wierze przywlokła je do domu, oprała, n
      > akarmiła. I co dalej miała zamiar z nimi zrobić, gdyby ich opiekunowie nie przy
      > szlli z awanturą*? Oprawić w ramkę i powiesić nad łóżkiem? Wezwać pomoc społecz
      > ną? Zaprowadzić na policję? Z kopem wywalić za drzwi? Odprowadzić pod kościół,
      > skąd je wzięła?

      a no właśnie. Ja się w pierwszej chwili dałam unieść temu porywowi serca (gdy czytałam, dosyć w sumie, magiczną Noelkę po raz pierwszy i byłam jeszcze całkiem młodą kozą), ale już w drugiej chwili przyszła refleksja - co ta Gabriela zamierza z nimi zrobić po Wigilii? A w trzeciej - kobieto, nie wolno zabierać cudzych dzieci!!!

      Zresztą, jak słusznie zauważyła (chyba) tt-tka, gdy Elka pytała Gabę, co dalej z tymi dziećmi, to Gaba zaczęła snuć jakieś smętne pierdafony, że ona nie może pomóc całemu światu, a tak bardzo by chciała. Czyli mówiła o sobie. Cały czas o sobie. Rumunki były dla niej tylko rekwizytem, który miał uwidocznić niesłychanie dobre serce Gabrieli. Ich los zupełnie jej nie obchodził.

      > Albo szalet. Znów, dla dobra narracji pomijając bzdury budowlane, powiedzmy, że
      > mikrodomek dla dwojga ma JAKIŚ sens. Załóżmy. Ale przecież Larwa i Nadszympans
      > PLANUJĄ dzieci! Jeśli w grę nie wchodzą względy ekonomiczne (a nie wchodzą!) c
      > zy nie byłoby sensowniej już pomijając wynajem/kupno mieszkania w Poznaniu - co
      > byłoby najsensowniejsze, biorąc pod uwagę że oboje mają zawody związane ściśle
      > z miastem! - od razu zaplanować NORMALNY dom, niechby niewielki, niechby wykoń
      > czyli na razie tylko jeden pokój, kuchnie i łazienkę, resztę zostawiając w stan
      > ie "półsurowym", ale normalnych gabarytów? Nie kanciapę, w której Larwa odwraca
      > jąc się od kuchenki wali łokciem w zęby Jadama sprawdzającego klasówki na piani
      > nie? Zwłaszcza, że już wiemy, że jest Juleczek, perła niemowlęctwa. I co z nim
      > robią? Upchnęli w szufladzie? Czy w pianinie? W kolebeczce podwieszanej u pował
      > y?
      > Zapewne takich sytuacji/rozwiązań było jeszcze wiele, wiele, wiele. Macie może
      > pomysły, JAK, na Zeusa, MM miała je zamiar rozwiązać?
      > * swoją drogą - ktoś wie jak ci opiekunowie Gabiszona chałupę znaleźli? Czy tak
      > szli od drzwi do drzwi pukając do każdego w poszukiwaniu dzieciaków?
      • tt-tka Re: A co jutro...? 19.04.25, 17:38
        Bc moze gabon jest juz znany na jezycach ze zgarniania czego popadnie, a to psow, a to kotow, a to dzieci i dowolna zapytana osoba nie miala problemu ze wskazaniem adresu sprawczyni...
    • bupu Re: A co jutro...? 21.04.25, 13:00
      kocynder napisała:

      >
      > Albo szalet. Znów, dla dobra narracji pomijając bzdury budowlane, powiedzmy, że
      > mikrodomek dla dwojga ma JAKIŚ sens. Załóżmy. Ale przecież Larwa i Nadszympans
      > PLANUJĄ dzieci! Jeśli w grę nie wchodzą względy ekonomiczne (a nie wchodzą!) c
      > zy nie byłoby sensowniej już pomijając wynajem/kupno mieszkania w Poznaniu - co
      > byłoby najsensowniejsze, biorąc pod uwagę że oboje mają zawody związane ściśle
      > z miastem! - od razu zaplanować NORMALNY dom, niechby niewielki,

      Albo, jak Flobre, postawić galantą willę (nie na środku plantacji), dla niepoznaki nazywając ją skromnym domkiem (przypomnę, w kuchni Borejków siadało do stołu dwanaście osób i zostawało jeszcze mnóstwo miejsca, a kuchnia Pulpy jest jeszcze większa).

      niechby wykoń
      > czyli na razie tylko jeden pokój, kuchnie i łazienkę, resztę zostawiając w stan
      > ie "półsurowym", ale normalnych gabarytów? Nie kanciapę, w której Larwa odwraca
      > jąc się od kuchenki wali łokciem w zęby Jadama sprawdzającego klasówki na piani
      > nie?

      Bo stołu nie może rozłożyć gdy Larwa gotuje... A gdzie oni tę herbatkę przerowadzkową pili w McD, w saloniku, czy Larwa rozkładała stół w kuchni?

      Zwłaszcza, że już wiemy, że jest Juleczek, perła niemowlęctwa. I co z nim
      > robią? Upchnęli w szufladzie? Czy w pianinie? W kolebeczce podwieszanej u powały?

      Zrobili hamaczek z zasłon od łoża, tych w klucze wiolinowe.

      > Zapewne takich sytuacji/rozwiązań było jeszcze wiele, wiele, wiele. Macie może
      > pomysły, JAK, na Zeusa, MM miała je zamiar rozwiązać?
      > * swoją drogą - ktoś wie jak ci opiekunowie Gabiszona chałupę znaleźli? Czy tak
      > szli od drzwi do drzwi pukając do każdego w poszukiwaniu dzieciaków?

      Jak sądzę wariatka chodząca od dekady w żółtym sztormiaku, niezależnie od okazji, jest w okolicy tylko jedna, więc łatwo było zidentyfikować. Co mnie znacznie bardziej dziwi to to, że opiekun nie zmaterializował się natychmiast gdy dzieci weszły do kościoła. Romskie dzieci nie żebrzą samopas, w pobliżu jest zawsze jakiś dorosły, który ma ma nie oko.
    • greta_herbst Re: A co jutro...? 21.04.25, 13:51
      Co do Laury to nie sądzę żeby MM zamierzała cokolwiek rozwiązywać. Wszystko co się z nią wiąże od momentu pojawienia się Adaaaama to jest jedno wielkie poskromienie złośnicy (i pewnie jakby ją spytać, to MM by powiedziała że to jest "świadome nawiązanie do Szekspira" czy cokolwiek) i ten malutki domeczek dla laleczek to jest dokładnie ten rodzaj "szczęścia" na jaki zdaniem autoressy Laura zasługuje i jaki jej przysługuje. Przecież to biedne dziecko nie miało nawet prawa do obszernej kiecki, nie mówiąc już o obszernym domu.
      Laura upchnięta z dziećmi w kanciapie to nie jest problem do rozwiązania, to jest dowód na jej szlachetną przemianę z podłej harpii która śmie chcieć znać ojca w Dobrą Borejkównę.

      Co do małych żebraczek... nie mam pomysłu.
    • ako17 Re: A co jutro...? 21.04.25, 17:29
      kocynder napisała:

      > Tak sobie myślę... Borejkowie cczęsto działają... Hmmm... Impulsywnie. A mnie c
      > iekawi takie "I co dalej?". Przykładowo, w kwestii małych Rumunek. Ok, załóżmy
      > dla dobra narracji, że Gabunia w dobrej wierze przywlokła je do domu, oprała, n
      > akarmiła. I co dalej miała zamiar z nimi zrobić, gdyby ich opiekunowie nie przy
      > szlli z awanturą*? Oprawić w ramkę i powiesić nad łóżkiem? Wezwać pomoc społecz
      > ną? Zaprowadzić na policję? Z kopem wywalić za drzwi? Odprowadzić pod kościół,
      > skąd je wzięła?
      Naści, fanficzek wygenerowałam. Może nie znajdziesz w nim odpowiedzi na wszystkie powyższe pytania, ale przynajmniej wiemy teraz, co Gabunią kierowało ;)

      21 grudnia 1991

      1.
      Gabriela Pyziak miała zmartwienie.
      Za kilka dni jej siostra Ida wychodziła za mąż, i chociaż stresowała się samym ślubem, to chyba o gorsze nerwy przyprawiała ją perspektywa poznania przyszłej świekry.
      Poznanie obu rodzin zaplanowano na wieczór wigilijny, a ślub Idy miał się odbyć w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia.
      Ida nigdy nie była specjalnie zrównoważona i teraz, w obliczu dwóch tak doniosłych życiowo momentów, to popadała w maniakalną euforię, to znowu oddawała się czarnej rozpaczy, na mocy złych przeczuć (że mama Mareczka jej nie zaakceptuje, albo że ślub się nie odbędzie, bo coś w ostatniej chwili stanie na przeszkodzie).
      Gabrysia zagryzła wargę. Musi jakoś pomóc Idzie. Ale jak? Rzeczowe rozmowy nic nie dawały, bo ogarnięta przedślubną gorączką Ida nie miała w sobie zbyt wiele rozsądku. Co można zrobić, żeby chociaż ten wigilijny wieczór nie był dla Idusi taki stresujący? Wiadomo, wszyscy będą ciekawi mamy Mareczka, ona pewnie ich. Obie strony zapewne zastanawiają się, z jakimiż to ludźmi przyjdzie im usiąść przy wigilijnym, a następnie – weselnym stole. Hmm... a gdyby tak...
      O tak. Miała pomysł. Tylko, czy to wystarczy?
      • ako17 Re: A co jutro...? 21.04.25, 17:30
        2.
        Grzegorz Stryba, dynamiczny czterdziestolatek o rozwianych, szpakowatych lokach i siwiejącej bródce, był bardzo zaskoczony, gdy poznana kilka miesięcy wcześniej w bibliotece UAM Gabriela Pyziak, zaprosiła go na Wigilię.
        Fakt, spotykali się dosyć regularnie, miał dla niej dużo sympatii, podobała mu się, i miał nadzieję na coś więcej, ale wydawało mu się, że jednak Wigilia to wieczór szczególny, który spędza się z najbliższymi... A ich relacja była dotychczas raczej przyjacielska – oboje po przejściach, samotni rodzice - nie byli pewni, czy chcą zrobić kolejny krok.
        - Gabrysiu, nie wiem, czy to dobry pomysł. Ja mam przecież córkę, mieszkam z ojcem i stryjem, powinienem być z nimi.
        - Grzesiu, sam mówiłeś, że twoja córka już prawie dorosła, że ma dobry kontakt z dziadkami
        - To prawda, jednak nie wiem jak przyjmie fakt, że akurat w Wigilię zamierzam pójść gdzie indziej. Bez niej.
        - To może niech przyjdzie razem z tobą?
        - Zapytam, ale wątpię, żeby chciała. Jest bardzo niezależna. No i... ostatnio też jakby drażliwa.
        - A o której zwykle siadacie do wieczerzy?
        - Tak koło 16-17. Stryj jest starszy, około 21-22 idzie już spać.
        - To bardzo proszę, postaraj się ich uprzedzić, że koło 19 będziesz musiał wyjść. Być może tylko na godzinę, a może Ela będzie chciała przyjść z tobą i posiedzieć u nas?
        - A nie lepiej by było, gdybym wpadł raczej w drugi dzień Świąt?
        - Niestety, to musi być Wigilia. To ważne, bo... ojej. Nie mogę ci powiedzieć.
        - Gabrysiu, to trochę dziwne i do ciebie niepodobne. Co to za tajemnice?
        - Grzesiu, proszę, zaufaj mi. To dla mnie bardzo ważne. To co? Około 19:00, może 19:30? Na trochę, z Elą, jeśli będzie chciała.
        - Zobaczę, ale nie mogę ci w tej chwili tego obiecać.
        • ako17 Re: A co jutro...? 21.04.25, 17:31
          3.
          Aj! - Zabolało.. nie spodziewała się oporu z tej strony. No i co teraz? A jeśli nie przyjdzie?
          Gabriela, jako troskliwa siostra, znalazła rozwiązanie – zaprosiła na Wigilę Grzegorza, mając nadzieję, że zdejmie z Idy ciężar bycia główną bohaterką dnia.
          Może nie będzie się tak denerwować, jeśli tego wieczoru będzie więcej nowych osób na wigilijnej kolacji? Wtedy ta przyszła świekra przestanie być jedyną nieznaną osobą w ich gronie, uwaga rodziny trochę się rozproszy, a presja, ciążąca na Idzie - zmaleje...
          Tak rozmyślała Gabrysia, czując w piersi duże współczucie dla Idusi. Och! Zrobiłaby wszystko, by pomóc rudej. A tu Grzegorz ma wątpliwości. Co robić, co robić? Do Wigilii zostały zaledwie 3 dni, a ona innego pomysłu nie miała.
          • ako17 Re: A co jutro...? 21.04.25, 17:34
            24 grudnia 1991
            1.
            Gabrysia i jej córki szły w deszczu do kościoła Dominikanów, bo dziewczynki koniecznie chciały zobaczyć szopkę. Dotarły wreszcie i Gaba, z westchnieniem ulgi, otworzyła ciężkie drzwi kościoła. Kilkoro ludzi siedziało w ławkach, światła były wygaszone. Ojciec Krzysztof, przyjaciel rodziny Borejków, pozwolił im uchylić zasłony w bocznej kaplicy, obok ołtarza. I sam zapalił wszystkie światła.
            - Szopka brata Piotra już gotowa - powiedział. - Ale odsłoni się ją dopiero na godzinę przed Pasterką. No, jak? Podoba się?

            Całe obszerne pomieszczenie kaplicy bocznej zostało, jak co roku, tak zaaranżowane, że przypominało raczej scenę teatralną. Po prawej kilka schodków prowadziło do drzwi jakiegoś mieszkania, z wizytówką i butelkami mleka na progu. W oknie umieszczonym obok drzwi migał siną poświatą telewizor, w drugim oknie błyszczały lampki choinkowe. W głębi stała uliczna latarnia, pod którą leżał na ławce bezdomny człowiek w łachmanach. A na schodkach, tuż przed drzwiami, wspierając się na kosturze, stała postać męska w pielgrzymim płaszczu z kapturem, zastygła w takim geście, jakby właśnie przed chwilą zapukała do drzwi.

            - No, na mnie czas - oświadczył ojciec Krzysztof. - I wy już idźcie, kościół zostanie zamknięty, aż do Pasterki. Mamy zaraz wieczerzę w klasztorze.

            - Jeszcze chwilkę popatrzymy, a potem pogasimy światła - obiecała Gabrysia, więc ojciec Krzysztof odszedł ku bocznym drzwiom wiodącym w głąb klasztoru.
            • ako17 Re: A co jutro...? 21.04.25, 17:35
              2.
              Gabrysia stała jeszcze z dziewczynkami dłuższą chwilę. Za jej plecami ktoś się poruszył. Obejrzała się. Przyciągnięci światłem bijącym zza czarnej zasłony, przed szopką zaczynali gromadzić się ludzie. Nadchodzili powoli z całego kościoła, by choć rzucić na nią okiem.
              Gabrysia zgarnęła ramieniem córki i odsunęła się, robiąc miejsce innym. Nagle gdzieś z tyłu rozległ się głośny tupot, plaskanie podeszew, huknęło przewrócone krzesło i w półmroku bocznej nawy rozległ się oburzony głos kobiecy:
              - A ty co tu robisz?! W kościele? Precz mi stąd! Głos należał do staruszki w futerku. Wysunąwszy się z ławki stała, grożąc palcem, nad małą Cyganką rumuńską, dzieckiem jeszcze, odzianym w malownicze łachmany, z nieodzownym kartonikiem na piersi. Dziewczynka, przestraszona, wlepiała w groźną osobę czarne oczy.
              - Możesz sobie żebrać, ale przed kościołem! - syczała staruszka, wskazując dziecku wyjście. - Na ulicę! Na ulicę!

              Mała Rumunka wyszła, wraz ze swym pudełkiem pełnym drobnych banknotów. Za nią wyszli też wszyscy inni. Gabrysia, ze ściśniętym sercem, pogasiła, jak obiecała, światła, zasunęła kotary i pospieszyła ku drzwiom, niespokojna, bo jakoś nagle gdzieś się jej zapodziały córeczki.
              • ako17 Re: A co jutro...? 21.04.25, 17:36
                3.
                Znalazła je przed kościołem, przy wyjściu z dziedzińca na ulicę. Pod arkadami trwała dyskusja. A w samym jej centrum znajdowała się Pyza z Tygryskiem.
                Pyza stała dzielnie wyprostowana, obie ręce trzymała na ramionach Tygryska. W tej samej chwili zauważyła małą Rumunkę, tkwiącą nieco za jej córkami i obejmującą ramiona jeszcze mniejszej niż ona dziewczynki w łachmanach. Niesamowite podobieństwo obu gestów sprawiło, że Gabrysi ścisnęło się serce.

                - To nie jest miejsce dla brudnych żebraczek! - powiedziała dobitnie staruszka w futerku. - Niech się nie pchają do domu Bożego. Niech idą na ulicę! Tam ich miejsce.
                - Dlaczego tam? I... to nie ich wina, że są brudne! - powiedziała Pyza drżącym głosem, wysuwając bródkę.
                - To nie ich wina! - Gabrysia usłyszała teraz także dzielny głos Tygryska. - I przecież one nie wiedziały, że nie wolno!

                Ludzie gromadzili się pod arkadami, nadchodzili z ulicy, by przyjrzeć się dokładniej całej scenie. Deszcz wciąż padał. Ten i ów wtykał małej Rumunce jałmużnę do pudełka i spiesznie odchodził do swoich spraw. Ale większość stała i patrzała.

                - No, przecież jest Wigilia! - krzyknęła nagle Pyza gdzieś w głębi tłumu. W jej głosie Gabrysia usłyszała płacz. - Mamo? Mamo! Mamo! Gdzie jesteś?
                - Tutaj!!! - krzyknęła Gabrysia zza pleców ludzi.
                - Mamo, powiedz im! Ojciec Krzysztof mówił, żeby dziś otwierać drzwi!
                - Komu? - spytała ironicznie staruszka w futerku. - Tym tu Cygankom?
                - Im też! - krzyknęła Pyza.
                - A, jeśli tak - zaśmiała się gorzko staruszka. - To zabierz je do domu, rzeczywiście.
                Pyza uniosła hardo głowę.
                - Zabiorę! - oświadczyła. - Mamo, prawda, że one pójdą z nami?

                Gabrysia przepchała się w końcu przez tłum i stanęła obok dzieci.
                - Jasne - powiedziała spokojnie. - Pójdą z nami.

                No bo faktycznie. To był znakomity pomysł. Nawet jeśli Grzegorz ostatecznie nie przyjdzie, to przecież przyprowadzenie do domu dwóch małych żebraczek w łachmanach skutecznie zajmie uwagę rodziny, łącznie z przyszłą świekrą Idy! A to z kolei zdejmie brzemię z udręczonej Idusi. Należało jej się to od starszej siostry.
                • greta_herbst Re: A co jutro...? 22.04.25, 14:18
                  Brawo! Bardzo dobra robota. Jaka ta Gaba dzielna!
      • mika_p Re: A co jutro...? 22.04.25, 23:34
        Od lat prawię, że Gabunia tak z dobrego serca, żeby Idusia się tak nie stresowała :))
        • ako17 Re: A co jutro...? 23.04.25, 19:27
          mika_p napisała:

          > Od lat prawię, że Gabunia tak z dobrego serca, żeby Idusia się tak nie s
          > tresowała :))

          >
          naprawdę? Nie zauważyłam tego na poziomie świadomym, ale popatrz - albo podświadomość zarejestrowała i na tej podstawie mi się napisało, albo wielkie umysły... itd :D.
    • subskrybcja Re: A co jutro...? 11.05.25, 12:22
      kocynder napisała:

      > Tak sobie myślę... Borejkowie cczęsto działają... Hmmm... Impulsywnie. A mnie c
      > iekawi takie "I co dalej?". Przykładowo, w kwestii małych Rumunek. Ok, załóżmy
      > dla dobra narracji, że Gabunia w dobrej wierze przywlokła je do domu, oprała, n
      > akarmiła. I co dalej miała zamiar z nimi zrobić, gdyby ich opiekunowie nie przy
      > szlli z awanturą*? Oprawić w ramkę i powiesić nad łóżkiem? Wezwać pomoc społecz
      > ną? Zaprowadzić na policję? Z kopem wywalić za drzwi? Odprowadzić pod kościół,
      > skąd je wzięła?


      O właśnie, właśnie.
      Przecież te małe "Rumunki" miały rodziców, rodziny, pewnie byli też tam jacyś ciotki, wujkowie, a Gaba zgarnia je z ulicy, bo sa brudne i ubrane w łachy. To mi się wtedy wydało dziwne. Autorka chciała pewnie podkreślić fakt dobrego serca Gaby i jej wspólczucie i chęć pomocy innym, ale wyszło dość niepokojąco.
      Zgarnia obce dzieci z ulicy i co dalej? Realniej by wyszło, jakby zawiadomiła policje, że jest w "Posiadaniu Rumunek" i nie wie, czyje to dzieci, sa brudne, błąkały się same po ulicy - to by było dobre wytłumaczenie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka