Gość: Marian
IP: *.gdynia.mm.pl
07.08.04, 09:25
HERBERT O CZASACH STALINOWSKICH I SOCREALIZMIE W LITERATURZE
(...) Ten okres powojenny jest dość obrzydliwym rozdziałem w dziejach
literatury polskiej. Nie jestem specjalistę ani od pornografii, ani od
historii gangów politycznych, a to wszystko trąci mi właśnie pornografią i
gangami politycznymi. ...Ludzie w Polsce dzielili się na dwa obozy: na
lewobrzeżnych i prawobrzeżnych. Ci, którzy przeżyli okupację sowiecką `39 do
`41 roku we Lwowie czy Wilnie, mieli po prostu pojęcie o systemie
sowieckim. .. Tacy jak ja uważali, że rok `45 to nie jest żadne wyzwolenie,
tylko po prostu najazd, dalsza, dłuższa, znacznie trudniejsza do przeżycia
moralnego okupacja. Ja miałem doświadczenie lwowskie. Była to lekcja
poglądowa, po której nie pozostawały właściwie żadne wątpliwości co do
zamiarów, koloru władzy i jej intencji. Dla mnie była to po prostu odmiana
faszyzmu. Okropne słowo, ale mogę to udokumentować. Prawda, faszyzmu w sensie
metod. To, że komunizm miał swoich świętych, a faszyzm ich nie miał, to jest
pewna różnica gatunkowa, ale metody były w końcu te same.
(...) ja jestem tym Polakiem prawobrzeżnym, wschodnim Polakiem, który
właściwie wiedział o tym systemie już wszystko w tydzień od wkroczenia armii -
wyzwolicielki do Lwowa. To moje założenie, aksjomat: wiedziałem, że to
będzie okupacja, i sadzę, że większość społeczeństwa myślała tak samo.
(...) Ten okres nie pozostawił ani dzieł wybitnych, ani nawet znośnych.
(...) naród był przeciw, a część elity była za. Więc wyraźny rozdział między
tą elitą a uczuciami narodu. Ci ludzie sądzili, że naród to masa, z natury
głupia, i natchniona mniejszość musi prowadzić trzodę. Taki jest początek
każdego systemu faszystowskiego - samozwańcza elita, która narzuca reszcie
społeczeństwa marsz ku świetlanej przyszłości. Więc na pewno ci, którzy
wrócili ze Związku Radzieckiego dokładnie wiedzieli.
(...) Książki, które zostały po tamtym czasie, są w znakomitej większości
zadrukowanym papierem i czymś, czego nie można - jeżeli ma się odrobinę
poczucia humoru - czytać. Ale nie śmiejmy się. Te dzieła weszły do skarbca
podręczników szkolnych..
(...) Artystów podniecała nowa władza, że taka prosta, przystępna i swojska.
Zaproszenie do Belwederu, nagrody, rozmowa z Bierutem. Surowy pan, ale
sprawiedliwy, podziemie wytłukł, ale nas kocha. Co to wszystko właściwie
miało znaczyć? Oczywiście, to targowisko próżności jest wpisane w atmosferę
warszawki, której nie lubię. To znaczy towarzyski kontakty, stoliczek w PIW-
ie, stoliczek w Czytelniku, duże nakłady i podpisywanie książek, kwiatek w
celofanie, wieczór autorski, pięć tysięcy ospałych, zmęczonych robotników
przychodzi i bije brawo towarzyszowi pisarzowi. Pycha rosła. Nigdzie w
świecie realnego kapitalizmu nie powodziło się pisarzowi tak dobrze.
(...) Ekipa agentów potrzebowała na gwałt inteligencji, elity, czegoś, co
było w tej sferze odpowiednikiem obecnej nomenklatury. Co oferowała ta
władza? Boską rangę, rolę demiurga. Anrzejewski mi opowiadał, że zaprosił go
Berman i chodził nerwowo po pokoju, stawał przed oknem i mówił: temu krajowi
grozi wojna domowa. Czyli podał mu temat Popiołu i diamentu. - Tylko pisarz
tej miary, tego talentu wielkiego, jak pan, może... - Więc uczuli nagle, jak
ster historii jest także w ich rękach, i że opłaca się nawet w jakimś sensie
okłamywać ten zbełkotany naród, na który patrzyli z pogardą. Na tę masę.
(...) niewiele możemy wymagać od młodego pokolenia, jeżeli dorośli nie
wypowiedzieli o sobie prawdy.
(...) to co powinno nas łączyć, to pewna niezbywalność ludzkiego sumienia.
Intelektualista jest po to, żeby myślał sam na własny rachunek, nawet
przeciwko wszystkim, za to jest opłacany, albo bity, wszystko jedno, to jest
jego psi obowiązek - klerka. Prawda obowiązuje zawsze.
(...) naród, który traci pamięć - traci sumienie.
(...) Przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych to rewolucja kulturalna na
uniwersytetach, inaczej mówiąc, likwidacja całej bez mała naszej humanistyki.
Nie ma o tym żadnych świadectw bezpośrednich. Co najwyżej suche fakty.
Sprawcy milczą, ofiary wymarły. Biała plama. A działo się to nie w Pekinie,
ale na Krakowskim Przedmieściu. Nowi generałowie napoleońscy, tacy jak
Kołakowski, nie zajmowali się fizycznie tym brudnym procederem, kierowali
ogniem ideologicznym, a do brudnej roboty przydzielona była hurma aktywistów,
którzy potem lądowali na wysokich stanowiskach w aparacie partyjnym. W
efekcie tego trzęsienia ziemi zniknęli uczeni reprezentujący różne kierunki,
o wielkim dorobku, autorytecie naukowo - moralnym: Ajdukiewicz, Ossowscy,
Elzenberg, Ingarden, Tatarkiewicz... Lista długa i piękna. Żaden z nich nie
zaczął mówić nowo - mową, nie pokajał się, że błądził jako fenomenolog czy
neopozytywista. Więc oni mogli, a inni nie? Nikt nie przemówił w ich obronie.
Na placu została jedynie słuszna filozofia marksistowska i tak jak u
literatów zaczął się cyrk pcheł. Kroński, znający jady systemu, prowadził
populistyczne, to znaczy trywialne wykłady dla sympatyków, ale za to
upajające seminaria dla niektórych wybranych, i walczył z Schaffem, którego
pozycja partyjna była mocna, bo studiował w Moskwie. Nikt normalny nie mógł
się połapać, na czy polegały ciosy, uniki, manewry taktyczne. Pozorny ruch
myśli. Fabryki mgły produkowały z całą mocą. Humanitarna pani Krońska
zatrudniła zwolnionych naukowców w Bibliotece Klasyków Filozofii. Elzenberg
tłumaczył Rousseau, ktoś inny Kanta... Byli to ludzie w pełni sił, a wraz z
nimi poszło w odstawkę sporo młodych pracowników naukowych. Wytworzyła się
straszliwa luka pokoleniowa. Rozgorzała walka z burżuazyjną nauką, i tak
dalej. Technika tej walki była prosta. Poszedłem raz, chyba w roku 1950, na
otwarte zebranie ZMP, żeby posłuchać. Wstał rosły blondyn i powiedział, że
trzeba skończyć z burżuazyjnymi profesorami: kto z was rozprawi się z
profesorem Konradem Górskim? - Na to jakaś łapa poniosła się w górę: ja! -
Dobrze! - Na czym to polegało? Wchodzi profesor, zaczynał wykład o
Krasińskim, wtedy oddelegowany do zwalczania wstał: pan profesor tutaj mówi o
Krasińskim, ale pan nie podkreśla roli walki klasowej w literaturze polskiej -
i tak dalej, aż do skutku. Starszy pan, trochę zdenerwowany, zaczynał: to
nie jest temat mojego wykładu! - nawiązywał do swojego przerwanego wątku. Ale
za chwilę tamten, czujny, znów wstał: no tak, ale nie ma o walce klasowej... -
A co działo się, jeżeli ta nasza analogia ma być prowadzona dalej, we
Wiedniu, rok przed Anschlussem? Był taki filozof z Koła Wiedeńskiego, Moritz
Schlick, który został zastrzelony przez studenta faszystę w gmachu
uniwersytetu. Trzeba się cieszyć, że u nas do tego nie doszło. Ale tu i tam
bojówki chodziły na wykłady takich strasznych ludzi, jak Wittgenstein czy
Tatarkiewicz, i też wyli.
(...) Włosy stają na głowie do jakiego stopnia władza ludowa pogardzała
ludem, czym go karmiła. A lud ma stalowe nerwy, w okresie Solidarności okazał
się znacznie inteligentniejszy, niż mogli sobie wyobrazić manipulatorzy. I to
było dla nich wielkie rozczarowanie i zaskoczenie.
(...) O okresie „błędów i wypaczeń” myślę rzadko i z obrzydzeniem. Nie jestem
na pewno obiektywny, jak nie może być obiektywny człowiek, który po murem
koloseum (zafunduję im ten antyczny obraz ) słucha nieartykułowanych ryków i
widzi cichcem wynoszone ofiary.
Wybrała i do druku przygotowała: Justyna Popiołkowska
Jacek Trznadel, Wyrzuć z siebie wszystko.
Rozmowa ze Z. Herbertem;
w: Hańba domowa, Paryż 1986
Justyna Popiołkowska