No i me dziecię (2 lata) wróciło dziś ponownie do żłoba. Od czwartku był ze
mną w domu z powodu kataru, ale już mu lepiej, zatem podjęliśmy walkę od nowa.
Nie wiem jak będzie. Nie odbyło się bez płaczu rzecz jasna. Puściłam Go
natomiast bez siadania, bo za każdym razem wymiotował na wejściu.
Martwi mnie bardzo natomiast inna rzecz - zachowanie Piotrusia. Wczoraj będąc
po południu na moich zajęciach, które trwają już spory kawał czasu ( i mały
zawsze wiedział, że mama idzie ćwiczyć

) nagle wparowuje mój mąż z
zasmarkanym, zaryczanym synkiem na rękach. Nie dał po prostu rady Go uspokoić
przez tą godzinę, tylko " mama, mama", a przecież do tej pory NIGDY nic
takiego nie miało miejsca. Przerwałam zajęcia w połowie i poszłam z małym do
domu.
Powiedzcie Kochane i Ty moja ulubiona Lwico, ze TO MINIE! Bo nie wyobrażam
sobie , że tak już może zostać. Nie powiem, że się nie przeraziłam.
Nic to. Trwamy dalej. Mam już trochę mnie siły i samozaparcia, bliska jestem
raczej rezygnacji, ale próbujmy ponownie. Tydzień z małym zasmarkańcem,
uczepionym mojej spódnicy, spowodował, że chętnie wróciłabym do poprzedniego
stanu rzeczy i "zatrudniłabym" mojego tatę ponownie w roli niańki...była
cisza, spokój, zdrowie, i uśmiech.