Gość: pr
IP: 212.244.77.*
27.03.02, 09:20
Chrześcijaństwo «bezwyznaniowe»?
JAN LEWANDOWSKI
W dzisiejszej Polsce coraz częściej można spotkać się ze zjawiskiem tzw.
bezwyznaniowego chrześcijaństwa. Na ulicach naszych miast można zauważyć ludzi,
którzy wystając z otwartą Biblią w ręku na rogach alejek czy przejść
podziemnych, wygłaszają przemówienia dla przechodniów czy jak kto woli –
kazania. W Warszawie, gdzie mieszkam, zjawisko to jest dosyć częste. Ludzie ci
nie są bierni. Wystarczy choćby na chwilę zatrzymać się przy nich, a są w
stanie przerwać swe przemówienie i podejść do słuchacza, próbując często
nawiązać rozmowę. Niniejszy tekst jest zapisem moich doświadczeń i przemyśleń
wyniesionych z takich rozmów z bezwyznaniowymi chrześcijanami, jakich
spotykałem na ulicach. W dyskusjach lubią oni podkreślać swą gorliwość dla
Jezusa i Ewangelii, a także brak przynależności do jakiegokolwiek Kościoła, co
jak twierdzą, wynika z samej Biblii. Według moich obserwacji przeróżnych
zachowań tych ludzi ich poświęcenie dla Ewangelii i oddanie Jezusowi jest
rzeczywiście imponujące i gdyby takie stało się udziałem każdego katolika w
Polsce, mielibyśmy niewątpliwie piękny obraz polskiego katolicyzmu. Jednak jak
to zawsze bywa w życiu, istnieje też druga strona medalu. Ludzie ci, choć
niewątpliwie gorliwi, swym kaznodziejskim zapale nie ograniczają jedynie do
umiłowania Ewangelii. Gorliwość tę przekładają także na negowanie sensu
istnienia jakichkolwiek zinstytucjonalizowanych form chrześcijaństwa. W
rozmowie z nimi wcześniej czy później dochodzi do tego, że jesteśmy proszeni o
zdeklarowanie się, do jakiej wspólnoty wyznaniowej się zaliczamy. Po
zdeklarowaniu się słyszymy z ich strony świadectwo, w jakim podkreślają oni, że
nie należą do żadnego Kościoła, żyją „jak pierwsi chrześcijanie”. Owe „życie
jak pierwsi chrześcijanie” rozumieją przez praktykowanie swego przeżycia
religijnego tylko za pomocą Biblii, modlitwy i wiary. Zauważyłem też, że cechą
wspólną tych ulicznych kaznodziejów jest także zaprzeczanie potrzebie dobrych
uczynków, bowiem ich zdaniem „do zbawienia wystarczy sama wiara” itd. Niektórzy
z nich negują też zbawczy wymiar chrztu.
Jak reagować we własnym sumieniu?
Katolik, napotykając takie formy praktykowania życia chrześcijańskiego, łatwo
może dać się oczarować ową koncepcją rozwoju duchowego. W Polsce takim ideom,
jak się wydaje, ulega też wielu letnich katolików, tzw. niedzielnych, a
zwłaszcza niepraktykujących, którzy w swym życiu nie potrzebują instytucji
Kościoła, a szczególnie jego hierarchii. Czasem cytują oni nawet na poparcie
swej koncepcji słowa Pana Jezusa mówiące, że gdzie zbierze się dwóch lub trzech
w imię Jego, tam On będzie pośród nich (por. Mt 18,20). W tych słowach Jezusa
znajdują usprawiedliwienie dla odrzucenia w swym życiu potrzeby hierarchicznego
Kościoła ziemskiego. Zdaniem bezwyznaniowych chrześcijan pierwsi uczniowie
Jezusa zbierali się w małe grupki, często niezależne od siebie, związane tylko
tymczasowo, nie tworzyli więc formalnych i rozbudowanych struktur kościelnych,
jakie dziś w świecie się widzi. W negacji zinstytucjonalizowanego
chrześcijaństwa i w pragnieniu powrotu do czegoś pierwotnego, małego,
nieformalnego ludzie ci widzą niewątpliwie jakąś prostotę i charyzmatyczny
splendor, który w ich mniemaniu jest odnowieniem tej niepowtarzalnej wibracji
duchowej, jaka była udziałem pierwszych chrześcijan. Ta nieskrępowana
spontaniczność tym mocniej przykuwa uwagę człowieka żyjącego w naszym
zinstytucjonalizowanym świecie, gdzie wszystko ma swój numer, szufladkę, stając
się przez to często jedynie już tylko wyblakłym i schematycznym artefaktem
kulturowym, spętanym w biurokratycznych okowach naszej szarej codzienności.
Inną rzeczą, jaka w przypadku tzw. bezwyznaniowych chrześcijan przykuwa uwagę,
jest niewątpliwie też gorliwość i tak rzadka już dziś w naszym świecie gotowość
bezwarunkowego oddania się jakimś ideom, zwłaszcza tym ideom, jakie są bliskie
naszym chrześcijańskim sercom. W naszym obecnym dekadenckim świecie, gdzie
triumf święci upadek wszelkich autorytetów, norm i wartości, jest to zawsze coś
nowego, coś co odbiega od szarej, nudnej rzeczywistości. W codzienności
zamkniętej w klatce powtarzających się do znudzenia kulturowych schematów i
komunałów możemy znaleźć tak niewiele świeżego powiewu jakiejś nowej i
nieskrępowanej myśli, jaka mogłaby orzeźwić nasze znudzone przewidywalną
powtarzalnością umysły. Reasumując, koncepcja takiego właśnie
niezinstytucjonalizowanego życia chrześcijańskiego jest na pewno jakimś nowym i
barwnym zjawiskiem na tle naszego szarego krajobrazu duchowego. W okresie
gwałtownych przemian ustrojowo-społecznych, jakich od niedawna doświadczamy,
będziemy mieli takich nowinek coraz więcej. Nasz duchowo-kulturowy krajobraz
będzie podlegał coraz to nowym przemianom w nowej rzeczywistości nieustannego
otwierania się na różnorodne prądy przychodzące ze świata. Zjawisko, które
podjąłem się omówić, również będzie nas coraz częściej napotykać i przykuwać
naszą uwagę. Należy więc postawić sobie pytanie: czy taka propozycja życia w
Kościele niezinstytucjonalizowanym ma swój odpowiednik w czasach Kościoła
pierwotnego, jak sądzą bezwyznaniowi chrześcijanie? Musimy więc choćby wstępnie
zająć się próbami ustosunkowania się do tego zjawiska. Zaczniemy od
przemyślenia kilku fundamentalnych postulatów wysuwanych przez bezwyznaniowych
chrześcijan. Na początek teza pierwsza:
1) Kościół jest niepotrzebny, wystarczy tylko Biblia
Jak wspomniałem wyżej, chrześcijanie ci twierdzą, że do zbawienia wystarczy im
tylko Biblia (sola Scriptura), a nie przynależność do jakiegokolwiek
zorganizowanego Kościoła. Często twierdzą, że są „samotnymi chrześcijanami”
czy „niezrzeszonymi”. To implikuje, rzecz jasna, szereg następstw, takich jak
choćby nierespektowanie z ich strony zaleceń jakichkolwiek wspólnot, nie mówiąc
o Kościele rzymskokatolickim, którego wymagania, nawiasem mówiąc, cieszą się
wyjątkową niepopularnością wśród tych ludzi (łagodnie mówiąc, w rzeczywistości
często krytykują oni nauki Kościoła bardzo ostro). Jeśli jednak twierdzą oni,
że autorytetem jest dla nich tylko Biblia, to przyznam, że trudno mi zrozumieć
takie stanowisko z ich strony. Biblia bowiem, kreśląc obraz życia pierwszych
chrześcijańskich wspólnot, nie dość, że nie dostarcza uzasadnienia dla
odrzucania autorytetu jakiejś wspólnoty przewodzącej życiu chrześcijan, to w
dodatku czyni wręcz przeciwnie, ponieważ optuje konsekwentnie za tezą, aby
chrześcijanin żył nie tylko we wspólnocie, ale i w posłuszeństwie Kościołowi.
Chrześcijanie czasów nowotestamentowych wcale nie żyli w odłączeniu, samotnie
interpretując Biblię. Nie dość, że w pierwszym, a nawet drugim i trzecim wieku
nie istniała wcale skompletowana Biblia w dzisiejszym tego słowa rozumieniu, to
na dodatek chrześcijanie już w tym czasie żyli w zwartej Kościelnej wspólnocie,
respektującej zalecenia swych religijnych przywódców. Przykładów takich
znajdzie się o wiele w samym Nowym Testamencie. Przeanalizujmy kilka takich
przykładów na bazie życia pierwszych chrześcijańskich wspólnot. Najpierw zwrócę
uwagę na to, że w nowotestamentowym chrześcijaństwie istniała powszechnie przez
autorów biblijnych podkreślana konieczność trwania w szeregach wspólnot wraz z
innymi chrześcijanami. Następnie wskażę, że wśród chrześcijan okresu Nowego
Testamentu istniała zasada podporządkowania się przywódcom. W niniejszym
studium będę się posługiwał cytatami z Biblii Tysiąclecia (BT) i Biblii
Warszawskiej (BW).
– Gromadźcie się
Już list do Hebrajczyków przestrzega przed tym, aby chrześcijanie nie
praktykowali swej wiary w odosobnieniu:
„Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem
niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem, i to t