Gość: Orion
IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl
06.04.02, 09:33
Można stwierdzić, że bardzo smutno kończy się pontyfikat Jana Pawła II. Wielu
chyba pamięta jego początek - ten entuzjazm, radość, nawrócenia, wzrost
religijności, pierwsze pielgrzymki do Polski, zachwyt całego świata papieżem -
Polakiem, itd...
A teraz? Fali skandali o podłożu seksualnym w łonie Kościoła katolickiego,
ostry konflikt z rosyjską cerkwią prawosławną, niespełnione marzenie o
pielgrzymce do Moskwy, dociekania prasy odnośnie stanu zdrowia papieża,
spekulacje na temat jego możliwych następców. Jeżeli do tego dodamy jeszcze
dramatyczne wydarzenia na świecie, na które papież nie ma żadnego wpływu,
chociaż chciałby ten wpływ mieć, obraz będzie pełniejszy.
Można oczywiście powiedzieć, że cierpienie jest nieodłączną dolą człowieka, że
uszlachetnia ono człowieka, że Bóg nie tylko daje szczęście, ale i doświadcza
ciężko człowieka, że cierpienie trzeba znosić z godnością, podkreślać heroizm
papieża. Owszem, można.
Przypomina mi się pewien film zrealizowany we Francji. Nie zapamiętałem
niestety jego tytułu. Jeden z jego bohaterów opowiadał o losach mieszkańców
pewnej francuskiej wioski. Kiedyś zobaczyli oni na niebie "palec boży",
pokazujący im drogę w którą mieli wyruszyć. I wyruszyli - z procesją,
sztandarami, itd.... i szli w kierunku wskazanym przez Boga. Ale Bóg ciężko
doświadczał swoich wybrańców, bo gdy rano palec wskazywał jeden kierunek, to po
południu wskazywał z kolei kierunek odwrotny. Ale oni szli, wciąż szli, z
podziwu godnym heroizmem. Aż w końcu zaszli - na lotnisko Orly pod Paryżem.