Gość: pr
IP: 212.244.77.*
09.04.02, 15:03
Jedna z telewizji po raz kolejny uraczyła nas filmem, na podstawie powieści
Humberta Eco Imię róży". Eco to jeden z najbardziej znanych na świecie
intelektualistów włoskich. Jego powieść, kanwa filmu to, zarazem lustrzane
odbicie filozofii, którą uprawia od ponad 30 lat. Ten eks-przywódca Akcji
Katolickiej, człowiek, który aż do rozpoczęcia kariery intelektualnej na
Uniwersytecie żył harmonijnie w Kościele przedsoborowym, a za temat rozprawy
doktorskiej wybrał Tomasza z Akwinu, na przełomie wieków przeszedł gruntowną
metamorfozę.
Od momentu, gdy zaczął wchodzić na międzynarodową scenę intelektualną, jako
błyskotliwy apologeta kultury masowej, jest jakby zaprogramowany na wzorowego
intelektualistę lewicowego. Gruntowne wykształcenie, bystrość wywodów,
doskonały warsztat filozoficzny, znajomość języków umożliwiają mu zajęcie się
tym, co intelektualny bohater zachodu postindustrialnego uważa za cenne, czyli
tym co błahe". Bogaty aparat krytyczny, merytoryczne przygotowanie do krytyki
kultury oraz filologiczne zaplecze zastosował do muzyki disco, grającej szafy,
filmu, komiksu. Kryterium wyboru materiału badawczego oparł o prosty schemat -
intelektualista współczesny powinien zajmować się tym, co popularne.
W tym nurcie w dobrym tonie jest porzucenie "bełkotu metafizycznego" na rzecz
analizy tego, co potoczne. Pójście za taką modą intelektualną po 1968 roku u
Eco jest najbardziej jaskrawe w książce "Imię róży", pozycji, trzeba przyznać,
powalającej wręcz kunsztem erudycyjnym, ciekawej i misternie przemyślanej, w
dodatku pięknej dzięki zręcznej narracji. Zastosowanie wszystkich tych (tak
chwalebnych) chwytów literackich służy tu jednak określonemu zadaniu. Eco jest
zbyt błyskotliwy, by nie wiedzieć o tym, że szalenie intrygująca fabuła pozwala
wszystkim pasjonować się jej treścią, pozwala przeczytać książkę do końca,
nawet tym, którzy na myśl o filozoficznych wywodach średniowiecznych mnichów
dostają mdłości. Czytając intrygującą fabułę, wydaje się, że stajemy twarzą w
twarz z duchem epoki. Czytemik często staje się zupełnie bezbronny, czytając tę
książkę, bo jak kwestionować wiedzę czołowego mediewisty włoskiego, jak
kwestionować wiedzę podaną w tak kunsztowny sposób wskazujący, że autor jest
wybitnym znawcą epoki. Tym czasem nic bardziej mylnego.
Ten karykaturalny wizerunek Średniowiecza, zaprezentowany przez pisarza--
semiologa, przedstawiony jest zgodnie z politycznie poprawnym schematem -
Średniowiecze jako dominacja terroru Świętej Inkwizycji.
Cały opis tej epoki w książce i filmie jest zupełnie fałszywy. Zarówno książka,
jak i taśma filmowa usiłuje jeszcze pogorszyć starą, oświeceniową, zmyśloną
wizję średniowiecza, która została sformułowana przez antychrześcijańską
nienawiść między osiemnastym a dziewiętnastym wiekiem w celu świadomego
wypaczenia chlubnej i jasnej epoki w historii ludzkości. Stwierdziłem
rozgoryczony, że na terenie katolickim głosy, które powinny by podnieść się w
imię obiektywnej prawdy historycznej, naginają się służalczo i śmiesznie do
przyjęcia starej [czarnej legendy] stworzonej przez propagandę, zainteresowaną
szkalowaniem tych wieków, ponieważ były one przesiąknięte wiarą w Ewangelię".
Są to słowa profesora Marka Tangheroniego, jednego z czołowych mediewistów
włoskich. Ten oczywisty fałsz historyczny, zbudowany na podobieństwo krzywych
zwierciadeł, użyty jest rozmyślnie do zdyskredytowania i wyśmiania Kościoła,
religii i prawdy historycznej. Eco, będąc mediewistą, dobrze wiedział, jakie
zadanie spełniała Święta Inkwizycja, jednak przedstawia ją w sposób
karykaturalny. Kłamstwo czarnej legendy Inkwizycji polega głównie na kłamstwie
historycznym.
Ulubiony czarny charakter Świętego Officjum Bernard Gui jest u Eco
psychopatycznym duchownym, który dzięki sadystycznym skłonnościom zrobił
karierę w zakonie dominikańskim. Ten, wg Eco, żądny krwi mnich w rzeczywistości
był inkwizytorem Tuluzy w latach 1307-1323 i przez 16 lat pracy w sądach
inkwizycyjnych wydał kilkanaście wyroków skazujących (czyli de facto
przekazywał skazańca ramieniu świeckiemu). Opisane przez Humberta Eco tortury
stosowane przez sądy inkwizycyjne z takim zamiłowaniem są kolejnym kłamstwem.
Tortury były nader rzadko wykorzystywane jako metoda przesłuchań z tej prostej
przyczyny, że zeznania otrzymane tą drogą wedle kodeksu Świętego Officjum nie
mogły być brane pod uwagę.
Eco jako znawca historii Średniowiecza nie mógł nie wiedzieć, że tak naprawdę
Święta Inkwizycja była powołana w chwili, gdy Europę ogarniał kryzys społeczny,
po to, by bronić często bezbronnych obywateli przez samosądami i bezprawiem.
Włoski erudyta zapomina, że religia w XIV wieku była tym samym, czym dziś jest
idea demokracji czy tolerancji, czyli gwarantem społecznego ładu i porządku.
Kwestionowanie religii przez heretyków było traktowane jako walka z ustrojem.
Pomijając już fakt zagrożenia życia obywateli przez niektórych heretyków,
takich jak katarzy czy albigensi, którzy życie doczesne na ziemi traktowali
jako karę, zachęcając wiernych przez wędrownych kaznodziejów do porzucenia
trosk doczesnych poprzez rytualne samobójstwa, dzieciobójstwa czy porzucanie
rodziny.
Innego rodzaju herezje (tak bliskie naszym legendom o Janosiku) tak zwanych
braciaszków polegały na wypaczonym zrozumieniu ubóstwa, w wyniku czego
nawoływano do tego, by mordować bogatych, a pieniądze uzyskane z łupów rozdawać
biednym; często takim postawom towarzyszyły żądania polityczne czy wręcz
postulaty rewolucyjne. Ruchy heretyckie były często zwykłym parawanem dla
pospolitych bandytów, były pretekstem do zwykłych grabieży. Sądy inkwizycyjne
często z tego rodzaju herezjami musiały walczyć.
Mówienie o inkwizycji katolickiej w kontekście "polowania na czarownice" jest
także wierutną bzdurą. Dość przejrzeć materiały źródłowe czasów Inkwizycji, by
bez trudu dotrzeć do dokumentów stwierdzających chorobliwą wręcz nienawiść
Kalwina do czarów. Katolicka inkwizycja wbrew temu, co opisuje Eco, wręcz
broniła kobiety podejrzane o czary przed samosądami ze strony ludności. Jak
bowiem zrozumieć prawo trybunału inkwizycyjnego w Hiszpanii (tej najbardziej
krwawej") stwierdzające, że złożenie oskarżenia o czary traktuje się jako
herezję? W dużo większym stopniu Święte Officjum broniło społeczeństwo przed
stoczeniem się w otchłań zbiorowej histerii i samosądów. Katolicka inkwizycja w
kontekście, w którym pisze i mówi się najczęściej o polowaniu na czarownice", w
konfrontacji z liczbami stosów u protestantów czy anglikanów jest zadziwiająco
skromna. W wieku XVI w Europie spalono na stosach ok. 300 tyś. kobiet, z czego
200 tyś. w protestanckich Niemczech i 70 tyś. w Anglii oderwanej od korzeni
katolickich.
Nie wspomina się także w kontekście Inkwizycji o rzeziach na katolikach
dokonanych przez Henryka VIII czy o ofiarach Lutra i jego chorobliwej
nienawiści do Żydów, czy o pogromach hugenotów. Nie wspomina się też
współcześnie, że wielu średniowiecznych inkwizytorów poniosło męczeńską śmierć
właśnie za to, że nie byli przekupni, służąc prawdzie. Należy także pamiętać,
że sądy inkwizycyjne nakazywały poprzez dekret papieża Grzegorza IX
przydzielenie sądzonemu obrońcy, gdy nie miał własnego, zabraniały także
sądzenia osób niepoczytalnych. Opisując karykaturalnie sąd inkwizycyjny, Eco
zapomina również o tym, że procedura trybunału inkwizycyjnego zdecydowanie
dawała prawo łaski poprzez publiczne upokorzenie się i uczestnictwo w obrzędzie
pojednania (tzw. autodafe). Niewielu wie, że Święte Officjum po dzień
dzisiejszy zostawiło w prawodawstwie wiele śladów, takich jak: areszt
tymczasowy, zwolnienie z więzienia na podstawie dobrego sprawowania.
Praktykowanym zwyczajem było także zwolnienie z więzienia na podstawie
poświadczenia proboszcza parafii, z której pochodził skazany.
Co kierowało zatem znawcą epoki Średniowiecza, by przedstawić tę