szpikulec1
16.01.05, 01:50
Gwałtowana antylustracyjna kampania “Gazety Wyborczej” służy politycznym
ambicjom Adama Michnika
Wybitny polski humanista Władysław Witwicki, w tekście przypominanym przez
Jakuba Karpiskiego na łamach lipcowego “Znaku”, apelował: “Połóż argumenty na
stole. Będziemy je ważyli w ciszy, w jasnym świetle rozumu i sumienia.
Argument to nie wrzask, nie uśmiech, nie łza i nie patos, i nie poza, tylko
widoma, jasna prawda. Jedna dla wszystkich dorosłych. Na tamto też jest
miejsce. Ale nie w nauce.”
Ten apel, kierowany przede wszystkim do ludzi nauki, powinien być dzisiaj
zaadresowany także do ludzi mediów. To w końcu media tworzą przestrzeń
publicznej debaty, a stosowany w nich język i sposób argumentowania stają się
językiem i argumentacją współczesnej demokracji.
Dla mnie postulat profesora Witwickiego pozwala analizować jakość języka
kampanii antylustracyjnej prowadzonej na łamach “Gazety Wyborczej”.
Wykorzystane tu bowiem zostały wszystkie wymienione przez Witwickiego
propagandowe substytuty argumentów. Dotyczy to zwłaszcza kilku ostatnich dni,
kiedy wyjątkowa agresja “Wyborczej” skierowana przeciwko lustracji, zaczęła
przypominać jej publikacje z okresu “wojny na górze” czy kryzysu
lustracyjnego poprzedzającego obalenie rządu Jana Olszewskiego.
Dzika lustracja
Pierwszym spośród wymienionych ongiś przez profesora Witwickiego
propagandowych substytutów argumentacji jest “wrzask”. Polega on na
nieprzerwanym używaniu zbitki “dzika lustracja” na opisanie legalnej ustawy i
stworzonych na jej mocy legalnych instytucji. Przypomnijmy, że podstawowym
argumentem, jaki Adam Michnik wysuwał przeciwko Januszowi Olszewskiemu i
Antoniemu Macierewiczowi, był zarzut dzikiej lustracji. Nawet wówczas proces
lustracyjny został jednak uruchomiony na skutek uchwały sejmowej.
Tym razem mamy do czynienia z ustawą uchwaloną przez dwie trzecie składu
Sejmu (głosami posłów AWS, UW i PSL), zatwierdzoną przez Senat i podpisaną –
fakt, że bez większego entuzjazmu – przez Aleksandra Kwaśniewskiego.
Kategoria osób, od których wymagane są oświadczenia lustracyjne, obejmuje
parlamentarzystów, najwyższych urzędników państwowych i pracowników wymiaru
sprawiedliwości. Osoby podejrzewane przez rzecznika interesu publicznego o
kłamstwo lustracyjne przechodzą procedurę sprawdzenia tego zarzutu przez Sąd
Lustracyjny, a następnie, w przypadku stwierdzenia przez sąd kłamstwa
lustracyjnego, mają prawo do przeprowadzenia pełnej procedury odwoławczej.
Nazywanie tej procedury dziką lustracją jest oczywistym nadużyciem.
Innym ulubionym chwytem zastępującym argumentację w propagandzie
antylustracyjnej “Gazety Wyborczej” jest stosowanie insynuacji pozwalających
porównywać ludzi popierających lustrację lub egzekwujących zgodnie z prawem
jej procedury do najbardziej obrzydliwych postaci polskiej i światowej
historii.
Szczytowym osiągnięciem tego rodzaju było zbudowanie przez Marka Beylina
analogii pozwalającej porównać rzecznika interesu publicznego Bogusława
Nizieńskiego do Maksymiliana Robespierre’a – twórcy i egzekutora masowego
terroru. Ale dostało się też sędziemu Krzysztofowi Kaubie, którego działania
zostały przez Adama Michnika określone jako “dyktatorskie”, a on sam
porównany do komunistycznych sędziów wydających wyroki w procesach
politycznych okresu PRL.
Ostatnim zabiegiem tego typu jest pełen insynuacji wywiad “Gazety Wyborczej”
z rzecznikiem Nizieńskim, w którym pada między innymi kuriozalne
pytanie: “Dlaczego nazywają pana inkwizytorem?”. Pytanie to – szczególnie w
ustach przeprowadzających wywiad Moniki Olejnik i Agnieszki Kublik,
zaangażowanych od wielu miesięcy w przygotowywanie najbardziej agresywnych
materiałów antylustracyjnych, publikowanych w “Wyborczej” – powinno brzmieć
raczej: “Dlaczego my nazywamy pana inkwizytorem?”. Ale odpowiedzi na to
pytanie należałoby raczej oczekiwać ze strony redakcji.
Łza i patos
Odnajdujemy też w antylustracyjnej propagandzie “Gazety Wyborczej” “łzę i
patos”. W tej kategorii chwytów perswazyjnych zastępujących argumentację
warto wymienić choćby bezgranicznie pozbawiony treści, pełen natomiast
patetycznych zwrotów, antylustracyjny apel Jacka Kuronia.
Z kolei każde pojawienie się nazwiska osoby podejrzewanej o kłamstwo
lustracyjne w felietonie czy komentarzu Adama Michnika zostaje opatrzone
ckliwym dodatkiem w rodzaju: “Włodzimierz C. – mój wieloletni przeciwnik
polityczny, a dziś kolega – udowodnił przez ostatnie 10 lat, że należy do
najuczciwszych polskich polityków”. Włodzimierz C. zostaje przy tej okazji
namaszczony przez redaktora naczelnego “Wyborczej” na “najlepszego polskiego
ministra sprawiedliwości”.
“Łza i patos” były też obecne w pełnym poczucia moralnej wyższości liście
redaktorów “Krytyki”, protestujących przeciwko dymisji wiceministra obrony
Roberta Mroziewicza. Tutaj z kolei argumentacja została
zastąpiona “dowodzeniem” w rodzaju: my, ludzie szlachetni, znamy tego
człowieka i ta znajomość jest wystarczającą gwarancją jego szlachetności,
którą mogą kwestionować wyłącznie ludzie podli.
Autorzy atakujący lustrację na łamach “Wyborczej” przyjmują etyczną pozę
obrońców szlachetnych intencji osób zatajających swoją współpracę z tajnymi
służbami PRL, chociaż wiedzą doskonale, że w lustracji nie chodzi o wykazanie
podłości lub szlachetności lustrowanych, ale o próbę zapobieżenia przez
ustawodawcę możliwości szantażowania wysokich urzędników państwowych.
Pamiętajmy, że od wielu miesięcy dziką lustrację prowadzi w naszym kraju
tygodnik “Nie”. Pamiętajmy też, że wielu uczestników polskiej polityki –
również tych, którzy uczestniczą w niej spoza granic naszego kraju – używa
informacji zgromadzonych przez SB bez pośrednictwa tego tygodnika.
Czarny sweter Pałubickiego
W antylustracyjnej propagandzie “Gazety Wyborczej” pojawia się w końcu także
i “uśmiech”, a dokładniej, dosyć wulgarna i niezbyt zabawna użytkowa
groteska, mająca ośmieszyć samo pojęcie lustracji i wykazać paranoję
wszystkich jej zwolenników.
To charakterystyczne, że do prowadzenia propagandy antylustracyjnej w tym
wymiarze zostały zaproszone dwie osoby spoza redakcji: Monika Olejnik, która
od wielu lat specjalizuje się w tematach i komentarzach antylustracyjnych,
oraz Jerzy Skoczylas – doświadczony w przygotowywaniu dziennikarskich
prowokacji politycznych współautor “Erotycznych immunitetów” Anastazji P. Ci
właśnie dziennikarze zajęli się na łamach “Wyborczej” wprowadzaniem i
promowaniem najbardziej agresywnych antylustracyjnych obrazów i skojarzeń
tworzonych wcześniej przez dzielnych kombatantów SB.
Tak było np. z motywem “czarnego swetra noszonego przez niechlujnego ministra
Pałubickiego”. Motyw ten został po raz pierwszy wykorzystany przez generała
Petelickiego (w latach 80. Rozpracowującego dla SB niechlujnych chłopców w
czarnych swetrach z solidarnościowej emigracji) w apogeum jego konfliktu z
ministrem koordynatorem Służb Specjalnych. Na łamach “Wyborczej” “czarny
sweter niechlujnego Pałubickiego” pojawił się natychmiast w “satyrycznym”
felietonie Skoczylasa i Beresia, stał się też głównym motywem stronniczych,
antylustracyjnych wywiadów, prowadzonych przez Monikę Olejnik i asystującą
jej Agnieszkę Kublik. Na koniec motyw czarnego swetra i solidarnościowego
niechlujstwa trafił do komentarza Ernesta Skalskiego.
Zaskakujące jest, że do tego tradycyjnego motywu esbeckiej
propagandy “estetycznejR