pierre_doua
19.01.05, 09:03
Mysle, ze nikt sobie jeszcze tego pytania nie postawil.
A szkoda, bo mamy tu do czynienia z pewna symbioza miedzy opozycja a wladza.
A moze i czyms wiecej. Nie smiem uzyc zbyt mocnych slow.
Znam nastepujacy przyklad:
Zaraz po marcu 1968 w rece bezpieki wpadl mlodziutki student UW (nie podam,
jakiego wydzialu, byloby to zbyt proste). Porzadnie nastraszony, zalamal sie
w tempie ekspresowym, cos na pewno podpisal, cos na pewno powiedzial, do
czegos na pewno zobowiazal sie.
Wypuszczono go oczywiscie szybciutko.
Pierwsze, co nasz swiezo upieczony TW zrobil, to do wszystkiego sie w swoim
srodowisku przyznal.
I tu zaczely sie ciekawe rzeczy.
Srodowisko (a byly w nim bardzo znane wowczas i pozniej nazwiska) naszego TW
wyklelo, upodlilo, wysmialo, zeszmacilo, oglosilo jego infamie, etc., etc.
Chlopiec po prostu zniknal ze srodowiska. Co sie z nim potem dzialo, nie mam
pojecia.
Niektorzy znani do dzisiaj owczesni wspolwlasciciele PRL (obecni
wspolwlasciciele III RP, jak np. dobrze znany w kregach obecnego radia
publicznego pan S.) mowili wowczas, ze gdyby tego TW dorwali we wlasne rece,
to by go ... (reszte sobie sami dospiewajcie).
Dlaczego o tym pisze.
Sprawa byla glosna w latach 1968-69, a moze i pozniej tez. Utarl sie wowczas
pewien wzorzec traktowania tych, ktorzy sie zalamywali, ale mieli na tyle
odwagi (i glupoty), zeby sie przyznawac. Tych ludzi systematycznie
srodowiskowo niszczono, ze srodowiska wyrzucano, marginalizowano.
Doszlo wiec do tego, ze de facto wspolgrano z SB. Bezpieka wiedziala po
pewnym czasie, ze zaden (albo prawie zaden) z pozyskanych TW do niczego wobec
swoich sie nie przyzna i lojalnie (ze strachu najczesciej przed obiema
stronami konfliktu - bezpieka i opozycja) bedzie wspolpracowac.
Powyzszy los pojedynczego czlowieka (a znam osobiscie jeszcze jeden taki los,
z ktorym zetknalem sie w 6-7 lat pozniej) opisuje moim zdaniem dosc dobrze
nastroje, ktore wtedy panowaly.
Czy byly to tylko nastroje przypadkowe, powodowane glupota opozycji?
Czy bylo to moze cos wiecej?
Jedna z teorii, nad ktorymi sie od lat zastanawiam, to pytanie, na ile
opozycja lat 60-tych i 70-tych rzeczywiscie byla opozycja otwarta dla
wszystkich?
Coraz bardziej dochodze do przekonania, ze byla to opozycja otwarta szeroko
jedynie dla owczesnych niezadowolonych wspolwlascicieli PRL, ktorzy znalezli
sie nagle poza glownym nurtem rzeki (zwlaszcza po roku 1967 i sukcesach
izraelskich na Bliskim Wschodzie).
Jakby tak sie przyjrzec nazwiskom z czasow tamtych i wielu dzisiaj znanym
nazwiskom, to okazaloby sie, ze ci ludzie nadal sa wlascicielami Polski.
Wszystkich spoza ferajny traktowali instrumentalnie ("Murzyn zrobi swoje,
Murzyn odejdzie"), a jak ktos spoza ferajny potknal sie (jak ow nieszczesny
TW), to dostawal od razu poteznego kopa.
Takich przypadkow musialo byc wiecej (przyznawania sie). Czy slyszeliscie o
podobnych? Piszcie o nich, bez podawania jakichkolwiek danych oczywiscie. Nie
to jest tu wazne.