wartburg4
03.02.05, 11:52
Bardzo mi sie podoba dzisiejsza Rzepa. Tam zdaje się jest jeszcze wolność
słowa. Czy też może toczy sie o nią ostatnia bitwa? Najpierw rzeczowy
komentarz Skwiecińskiego, który tłumaczy czytelnikowi, że Wildstein działał w
stanie wyższej konieczności i że należą mu się słowa podziękowania za to, co
zrobił. Potem znakomity, jak zawsze, felieton Rybińskiego. Przypomina,
jakże na czasie, kampanię pomówień Michnika i GW sprzed paru lat, która
doprowadziła do tego, że przypięto mu łatkę plagiatora i stracił w związku z
tym status współpracownika Rzepy w Niemczech.
Do chóru ofiar GW przyłącza się najpopularniejszey w tej chwili w Polsce
dziennikarz, Bronisław Wildstein, który jako czytelnik gazety, z ktorej
właśnie wyleciał, wyjaśnia kulisy swojego sporu z red. Gaudenem. Pewnie tych
samych argumentów użyje w sądzie i myślę, że sprawę ma wygraną.
No i na koniec jest odpowiedź Gaudena. Jak u Napoleona bardzo lakoniczna.
Jedno, czy też dwuzdaniowa. Że swoją decyzję podtrzymuje.
Szkoda tylko, że wojsko przestało go słuchać. Wróżę mu rychłe Waterloo.
LIST BRONISŁAWA WILDSTEINA
Kto uprawia politykę?
Jest dla mnie oczywiste, że szef może zwolnić pracownika, z którym nie
wyobraża sobie dalszej współpracy. Nawet pracownika regularnie nagradzanego i
chwalonego, jak było to w moim wypadku, któremu wcześniej niczego nie
zarzucano. Natomiast nie może podawać nieprawdziwych powodów, które naruszają
dobre imię tego pracownika. Stwierdzenie, że przyjąłem postawę polityka, a
więc stałem się stroną w partyjnej konkurencji, podważa moją wiarygodność
jako dziennikarza, który winien cechować się bezstronnością, co nie znaczy
brakiem politycznych poglądów. Stwierdzenie o "polityczności" mojego
działania jest z gruntu fałszywe. Działając na rzecz lustracji, działam w
imieniu jakiejś konkretnej partii? Wielokrotnie krytykowałem pomysł LPR
opublikowania listy agentów, a moje kroki prowadzą do tego, aby za
pośrednictwem dziennikarzy upublicznione zostały materiały opracowane przez
IPN, co pozwoli przezwyciężyć falę pomówień i insynuacji. Podobno owo
upublicznienie dotknąć ma wyłącznie partii postsolidarnościowych, jak głosi
to SLD, który skądinąd jest przeciw lustracji, czy znaczy to, że działam w
imieniu postkomunistów?
Powinnością dziennikarzy jest ujawnianie. Nawet tajnych informacji, których
odsłonięcie posłuży interesowi publicznemu. Ja jawny indeks osobowy archiwów
IPN przekazałem, zastrzegając precyzyjnie, czym on jest, kilkorgu swoich
kolegów dziennikarzy. Publicznie pytany, mówiłem w największych polskich
mediach, że nie jest to w żadnym wypadku lista agentów. Na jakiej podstawie
pisze więc mój były naczelny o "liście agentów'". Czy dlatego, że napisała
tak "Gazeta Wyborcza"? Sprawa była publicznie znana i ogłaszana przeze mnie
ponad tydzień wcześniej. O jakich dramatach pisze Grzegorz Gauden i kto je
spowodował? Prof. Jadwiga Staniszkis wykorzystana przez Żakowskiego, aby mnie
zdezawuować, upoważniła mnie, abym powoływał się na to, że uważa moją akcję
za słuszną i pożyteczną. Wśród osób, które wyrażały solidarność z tym, co
zrobiłem, znalazło się wiele osób, które figurują na liście.
Na czym polegała moja nielojalność? Nie złamałem żadnych ustaleń
redakcyjnych. Czy jawne informacje, które przekazuję swoim kolegom
dziennikarzom, muszą być wcześniej uzgadniane z redaktorem naczelnym?
Dlaczego nie zarzucił on mi tego, kiedy publicznie wypowiadałem się na ten
temat, a zwalnia mnie za "nielojalność", kiedy sprawie nadała specyficzny
wydźwięk "Gazeta Wyborcza".
Pisze Grzegorz Gauden, że moje działanie powszechnie odebrane zostało jako
polityczne. Przez kogo?
Pisze, że przekonały go o tym "przede wszystkim nader liczne głosy
czytelników". Wiem, że przytłaczająca liczba głosów czytelników wyrażała dla
mnie poparcie, co nie znalazło odbicia w ich "zrównoważonym" doborze listów
na kolumnie. Być może "nader liczne" znaczy - głosy czytelników specjalnych.
I być może to oni przekonali mojego byłego redaktora naczelnego, że stałem
się pracownikiem niewygodnym.
Bronisław Wildstein