basia.basia
27.05.05, 12:06
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050527/publicystyka/publicystyka_a_1.html
fragmenty:
"Trzeba odejść od pojęcia pokrzywdzonego i zastąpić go prostą zasadą, że każdy
powinien mieć prawo obejrzeć dokumenty komunistycznej bezpieki na swój temat"
"To, co w innych archiwach zajmuje 24 godziny (otrzymanie teczki, której
sygnatura jest znana), w archiwum Instytutu trwa, za sprawą bizantyjskich
procedur, tygodniami, a nawet miesiącami. Każde z dziesięciu archiwów
terenowych Instytutu posługuje się zbudowaną na innych zasadach bazą
informatyczną, a prace nad jej ujednoliceniem zostały przerwane z nieznanych
powodów. Wnikliwej analizy wymagają też przyczyny, dla których wiele
dokumentów, ilustrujących przestępcze działania komunistycznych służb
specjalnych, posiada wciąż klauzule tajności. Zastanowienia wymaga wreszcie,
na podstawie jakich kryteriów kwalifikowano dokumenty do tzw. zbioru
zastrzeżonego, którego ogromne rozmiary (blisko kilometr) budzą wątpliwości."
" Nie da się też racjonalnie uzasadnić stanu, w którym kiszczakowska ustawa o
MSW, wpleciona w zagadkowy sposób w ustawę o ochronie informacji niejawnych,
wciąż chroni agenturę SB zwerbowaną po lipcu 1983 roku."
"Trzeba określić, kto winien mieć prawo wglądu do akt IPN dotyczących osób
trzecich. Zarówno prześladowcy z SB i ich tajni współpracownicy, jak ofiary
inwigilacji mogą być zainteresowani, choć z różnych względów, by informacje
zawarte w ich teczkach pozostały niedostępne. Jednak przyjęcie takiej zasady
musiałoby doprowadzić do sparaliżowania pracy Instytutu. Np. dokument
rozstrzygający o tym, czy informacje uzyskane od TW "Nowaka" były rzeczywiście
szkodliwe, może znajdować się w teczce kogoś inwigilowanego, kto - w trosce o
swoje dobra osobiste - zablokuje do niej dostęp.
Istota mojej propozycji zmierza do przeniesienia głównej odpowiedzialności za
zakres ujawnianych informacji na historyka czy dziennikarza, który ją
upowszechnia. Pracownicy IPN będą w dalszym ciągu sami publikować dokumenty i
opracowania oraz występować w roli biegłych w procesach lustracyjnych, ale
Instytut przestanie być quasi-sądem, a jego prezes nie będzie już ferował
wyroków, tak jak się to stało w głośnym przypadku o. Konrada Hejmy."
"Prawo obecności zdobywa sobie powoli w Polsce pojęcie polityki historycznej.
Uprawiano ją wokresie II Rzeczypospolitej, a jej głównym przejawem było tzw.
wychowanie państwowe, które przysporzyło Polsce wielu znakomitych obywateli. W
PRL politykę historyczną zastąpiła propaganda oparta na kłamstwach,
półprawdach i manipulacji. Dlatego po 1989 roku zapanował pogląd, że państwo
nie powinno się angażować w popularyzację historii Polski za granicą, czy
uświadamianie obywatelom, że kraj, w którym żyją, ma wspaniałe tradycje.
Czy w związku z tym pamięć narodowa Polaków, której kultywowaniem ma się
zajmować Instytut, rzeczywiście winna obejmować - jak chce ustawa o IPN -
tylko okres rozpoczynający się 1 września 1939? Historia Polski stanowi
całość, z której nie powinno się wydzielać okresów ważniejszych i mniej
ważnych dla naszej tożsamości. Pamięci o poznańskim Czerwcu czy Sierpniu '80
musi towarzyszyć kultywowanie tradycji Legionów Piłsudskiego czy powstań
narodowych w XIX wieku."
ANTONI DUDEK
Autor jest naczelnikiem Wydziału Badań Naukowych w IPN i wykładowcą na
Uniwersytecie Jagiellońskim