jarecky.jarecky
12.07.05, 14:53
Żyjemy w takich czasach, że ciągle pada coś lub ktoś. Pół biedy, gdy zamiast
liści padają komuniści, nawet jeśli padają gradem (a padają gradem, bo mimo
szeroko zakrojonych poszukiwań nie udało się znaleźć wśród nich takiego, który
nie brał, nie łgał, nie kapował i nie oscylował). Gorzej, gdy padają wielkie
mity postępowej ludzkości –– normy uniwersalne, dogmaty kanoniczne, głazy
milowe, figury spiżowe, pomniki dziejowe itp. Kilka tylko przykładów, bo na
więcej nie zezwala krótka felietonowa forma:
Przykład pierwszy (literacki): prawie sto lat temu pewien Irlandczyk napisał
powieść „Ulisses”, a badacze literatury zadekretowali, iż jest to
najwybitniejsze dzieło literackie współczesności, gdyż liczy tyle stron (grubo
ponad tysiąc), że nikt nie przeczytał tego do końca, a ci, którzy bohatersko
przeczytali jedną piątą, mało zrozumieli lub nic nie zrozumieli. Te szczytnie
postępowe kryteria uważano za niepodważalne przez 83 lata. Tymczasem w roku
bieżącym stało się coś bulwersującego. Pewien Francuz napisał bowiem
konstytucję dla zjednoczonej Europy, stosując wspomniane kryteria (gigantyczna
objętość dzieła plus absolutna niezrozumiałość tekstu), a jednak Europejczycy
wyśmiali to dzieło i konstytucja padła. Tym samym runął mit, że metoda Joyce’a
jest złotym kluczem do literackiego triumfu. „Strumień świadomości” Giscarda leży!
Przykład drugi (rasistowski): dwie czołowe rewolucyjne (marksistowskie) ikony
Ameryki Łacińskiej XX wieku to, jak wiadomo, Kubańczyk Guevara i Chilijczyk
Allende. Pierwszemu historycy wytknęli (dowodowo) sadystyczne przesłuchiwania
antyczerwonych opozycjonistów metodami Gestapo i NKWD, tudzież własnoręczne
masowe mordowanie więźniów (czyli ludobójstwo), jednak postępowa ludzkość
olała te grzechy, więc towarzysz Che dalej robi za ikonę świata postępu.
Gorzej wyszła na konfrontacji z dowodami druga lewicowa ikona, ubóstwiany
dotychczas przez świat postępu prezydent Allende. Oto bowiem filozof Victor
Farias wydobył z archiwów rozprawę doktorską towarzysza Allende, w której
tenże naukowo dowodził, iż –– cytuję –– „takie formy nikczemnych zachowań jak
lichwa, obłuda, oszustwo i oszczerstwo są charakterystyczne dla Żydów”. Ten
zdemaskowany zoologiczny antysemityzm sprawił, że companero Allende ma
przerąbane bez reszty –– jego mit padł jak flak. Miłość (postępowa) ci
wszystko wybaczy, nawet tortury i ludobójstwo, ale nie każdy rasizm!
Przykład trzeci (elektryczny): najsławniejszy od czasu Edisona elektryk globu,
Lech Wałęsa, cieszy się na całym świecie mirem rewolucyjnego trybuna, który
obalił despotię komunistyczną, plus nimbem największego (obok Wojtyły) Polaka
współczesności, choć –– zgodnie z porzekadłem –– najtrudniej mu było utrzymać
renomę proroka we własnym kraju. Rodacy bowiem zniesmaczyli się szybko jego
żenującą prezydenturą, jego prostacką i pokrętną paplaniną godną Dyzmy, jego
brutalną nocną kasatą rządu Olszewskiego, jawnie determinowaną strachem przed
ujawnieniem teczki „Bolka”, etc. W trzecim starcie do prezydentury dostał więc
ledwie 1 proc. głosów, czyli został przez naród wysiudany na out kopniakiem.
Resztki legendy udało mu się kultywować aż po wiosnę 2005 roku, kiedy to
zamiast nogi wyciągnął serdeczną grabulę do czerwonego „prezia”, a w
telewizji, na oczach milionów ludzi, uczynił arbitrem swego honoru
półsowieckiego jenerała o rodowodzie enkawudowskim. Redaktorka prowadząca ten
program próbowała roztrząsać z dwoma eks–prezydentami sprawy dziejowe, co też
i chciał czynić jenerał, ale „Lechu” nie zezwolił, i przez cały czas, od
pierwszej do ostatniej sekundy (przez bite 45 minut!) namolnie molestował
pupila Sowietów, żebrząc, by ten mu wystawił świadectwo moralności! Kiedy
jeszcze zaprosił szereg czerwońców na swe urodziny, i do swego domu wpuścił
ich w skarpetkach –– rodacy uznali, że „Alek i Bolek w jednym stali domku”.
Tak padła resztka mitu człowieka, który twierdzi, że własnymi jeno ręcami, bez
niczyjej pomocy, obalił komunę. Ikona sięgnęła bruku, adwersarze polskiego
elektryka mogą więc śmielej głosić, że jego zasługi przy obalaniu komunizmu są
równe zasługom polskiego hydraulika przy obalaniu konstytucji europejskiej.
Przykład czwarty (malarski): filantropka z Pałacu Namiestnikowskiego zyskała w
narodzie (dzięki tabloidom i damskim żurnalom) taką popularność, że stała się
ikoną ludu, nadwiślańskim odpowiednikiem matki Teresy skrzyżowanej z lady Di,
wskutek czego jeszcze rok temu powszechnie spekulowano, iż Anno Domini 2005
obejmie, jako pierwsza Polka, prezydenturę III RP, wygra bowiem elekcję w
cuglach. Tymczasem ostatnio ta ikona zaczęła się kojarzyć ludowi malarsko
wedle renesansowego stylu. Najsławniejszym bowiem renesansowym malowidłem,
które mają Polacy, jest głośne dzieło Leonarda „Dama z gronostajem” (vel „Dama
z łasiczką”), a Jolantę z Krakowskiego Przedmieścia zaczęto powszechnie
widzieć jako „Damę z kuną”, i to z kuną zmutowaną, gdyż jak głosi plotka –– w
polskim pejzażu rozmnożył się nowy, aerodynamiczny gatunek: kuny z żaglem.
Świątobliwa dama runęła do stóp swego postumentu, vulgo: padła.
Padł również –– wskutek gorącej michnikofilii –– były szef „Gazety Polskiej”,
i dlatego Łysiak przyjął propozycję zamieszczania stałego (cotygodniowego)
felietonu na łamach GP.