witek.bis
19.08.05, 08:03
Znamy coraz więcej szczegółów niezwykle osobliwego śledztwa w sprawie
wynoszenia tajnych depesz MSZ. Pisze o tym dzisiejsza Rzepa.
A oto jeden z ciekawszych fragmentów:
"Skoro sprawa depesz była tak pilna, czemu ABW zainteresowała się
redakcją "Metra" dopiero dwa miesiące po przesłuchaniu Jaruckiej? Bo - jak
mówi Stańczyk - po bezowocnym przeszukaniu w domu byłej asystentki
Cimoszewicza, ABW uzyskała z MSZ informacje, że żadnych depesz nie brakuje. -
Nie było więc uzasadnienia do przeszukania redakcji. Później, zgodnie, z
harmonogramem śledztwa, przesłuchano dziennikarzy - tłumaczy Stańczyk."
Widać harmonogram jest w ABW rzeczą świętą. Depesz u Jaruckiej nie
znaleziono, co nawet specjalnie nie dziwi, bo przecież żadne depesze nie
zginęły. Ale harmonogram wymaga, by śledztwo planowo posuwało się naprzód,
choć od tej pory trudno określić w jakiej właściwie sprawie ono się toczy.
Już po dwóch miesiącach przesłuchani zostają dziennikarze Metra, po sześciu
miesiącach ABW pyta MSZ, czy czasem jeden dokumentów znalezionych u Jaruckiej
(oświadczenie majątkowe Cimoszewicza) nie jest tym, którego brakuje w
kancelarii MSZ. To, że MSZ dowiaduje się od ABW, że czegoś mu brakuje, nawet
mnie nie dziwi. Nie zdziwiłbym się nawet gdyby okazało się, że o zniknięciu
tego oświadczenia ABW wiedziało jeszcze zanim ono przepadło. Dobrze
poinformowane służby już tak mają.
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050819/kraj/kraj_a_6.html