palnick
14.09.05, 14:19
Kiedy Lech Kaczyński wykrzywia twarz w tym swoim nieprzyjemnym grymasie, jest
przekonany, że pokazuje promienny uśmiech przedwyborczy. Gdyby jednak – gdy
szczerzy zęby – wypadały mu z ust kły sięgające podbródka, wątpię, czy nawet
wówczas wystraszyłaby się go Republika Federalna Niemiec.
Kaczyński grozi („Rzeczpospolita” z 19 lipca), że jeżeli w Berlinie pani
Steinbach stworzy swoje Centrum przeciw Wypędzeniom, to on zainstaluje w
Warszawie muzeum zbrodni hitlerowskich. Dlaczego i po co? Czy jeśli Szkoci u
siebie otworzą muzeum whisky, to w odwecie Kaczyński zbuduje muzeum wódki
Wyborowej, co Elżbietę nr 2 przyprawi o apopleksję?
Grożąc odwetowym muzeum prezydent Warszawy nie zdołał zauważyć, że
hitlerowskim zbrodniom poświęcone są w Polsce dziesiątki, jeśli nie setki
muzeów. Najchętniej odwiedzają je Niemcy właśnie, gdyż przyjeżdżając do
Polski odczuwają potrzebę wykonywania antyhitlerowskich gestów. Będą
wdzięczni, jeśli np. muzeum z prowincjonalnego Oświęcimia dostarczy im
się pod hotel w Warszawie. Ścianę śmierci można by nawet wpisać do menu room
service wśród innych przykrych dań dostarczanych do pokoju.
Ani Lech Kaczyński, ani Donald Tusk, który oburza się z nim w duecie, ani
wszyscy inni nasi politycy – od rozeźlonych po zaledwie zasromanych
aktywnością pani Steinbach – nie raczą wyjaśnić, co im szkodzi, że na
przedmieściu Berlina, na powierzchni równej rezydencjom bogatych Polaków,
zgromadzone mają być pamiątki wypędzenia u nas zwanego wysiedleniem, co na
jedno wychodzi. Wysiedlenie Niemców z polskich po wojnie ziem zachodnich jest
faktem historycznym. Sam je oglądałem w Jeleniej Górze, dokąd zjeżdżali się
Polacy, aby kupować za bezcen mienie nieszczęśników. Popieram więc pracę pani
Steinbach. Przypominanie jakiemukolwiek narodowi nieprzyjemności, których
zaznał, w rewanżu za popieranie przykrości czynionych innym, zawsze jest
korzystnym pouczeniem. Rodzajem makatki z haftem: „Nie czyń drugiemu, co
tobie niemiłe”.
Zdarzenie trzeciorzędnego znaczenia – jakieś małe muzeum, które pani
Steinbach urządza u siebie – ma być w zamiarach przyszłego, odpukać!,
prezydenta Polski instrumentem do popsucia stosunków Polski i Niemiec. „Muszą
się one zasadniczo ochłodzić, nie ma mowy o strategicznym partnerstwie
wewnątrz UE” – powiada Kaczor stołeczny w swej bucie niepomny tego,
że „wewnątrz UE” to Niemcy dopłacają do Polski, a nie na odwrót, a więc nie
Niemcy odmrożą sobie uszy. Kaczyński grozi też, że zażąda odszkodowań z
Berlina za zniszczenie Warszawy. Mógłby też Kaczyński już nałożyć na Niemcy
kontrybucję. Wystarczy tylko podbić je w tym celu i okupować, gdy jego straż
miejska pomaszeruje na swych platfusach, zajmie Berlin i stanie na Renie.
Awanturnictwo, swarliwość, małostkowość, zajmowanie się duperelami nazywane
jest łącznie polską polityką historyczną. Doprowadziła ona do zasrania
stosunków z Rosją, która dla Polski jest źródłem energii, potencjalnym
wielkim rynkiem zbytu i miejscem eksportu oraz importu kapitału. Z historii
można wydłubać lepsze lub gorsze preteksty do zepsucia stosunków każdego ze
wszystkimi, np. naszych z Ukrainą, Austrią, Szwecją. Austria robiła rozbiory
i nie zapłaciła za pomoc Sobieskiego. Szwecja nie przeprosiła za potop,
Ukraina za rzezie, Białoruś za Łukaszenkę, a Czechy nie podziękowały za
fatygę związaną z naszym dwukrotnym najazdem: z Niemcami w roku 1939, a z
ZSRR w roku 1968.
Polityka historyczna, czyli taka antypolityka, która lekceważy współczesne
interesy, a w zamian z przeszłości wydłubuje preteksty do wrogich a głupich
gestów, ma jeszcze i tę wadę, że nikt inny poza Polską jej nie prowadzi. Jest
to całkowicie lokalna doktryna i praktyka. Objaw prowincjonalnego zidiocenia.
Kaczyńscy są zdania, że można Polskę skłócić z wszystkimi sąsiadami, a nawet
z całym światem, gdy w zamian wzmocni się „strategiczne partnerstwo” z
amerykańskim supermocarstwem. Szkopuł w tym, że Stany Zjednoczone nie
prowadzą polityki historycznej, lecz imperialną politykę siły w imię własnych
interesów. Nie kłócą się więc z Anglią i nie żądają odszkodowania za jej
miniony wyzysk kolonialny. Stany Zjednoczone mają interes w dobrych
stosunkach z Rosją i nawet wciąż boją się jej potencjału nuklearnego oraz
ewentualnej przyjaźni z Chinami. Chcą też poprawy stosunków z Niemcami
zupełnie niezależnie od tego, co otworzy lub zamknie pani Steinbach. Te
Stany, pies im mordę lizał, nawet nie wiedzą, że istnieje pani Steinbach, a
gotowe są nie pamiętać o istnieniu Polski. Słowo „Polska” nie kojarzy im się
już teraz z żadnymi ich interesami i celami, lecz tylko z obowiązkowymi
frazesami o odwiecznej przyjaźni oraz o Kościuszce i Pułaskim. Ameryka ma
jednak tak olbrzymie zasoby frazesów, że o propolskich może zapomnieć bez
szkody dla swojej elokwencji.
Specjalnością Kaczyńskich w całej ich karierze były intrygi i kłótliwość z
otoczeniem. Znaczna część wyborców pragnie dostarczyć im szerszego niż
dotychczas pola do awantur. Będziemy mieli Boga, Honor i Ojczyznę z ręką w
nocniku. My, komuchy, wypełnimy go ze strachu po brzegi.
J.U