wartburg4
14.09.05, 16:37
Cieszmy się! Cimoszewicz dał za wygraną, a my powinniśmy cieszyć się, że juz
na pewno nie będziemy mieli za prezydenta zakompleksionego aroganta. Dla
mnie Cimoszewicz jest wyjątkowo antypatycznym tworem epoki, ktora powinna
była skończyć się 15 lat temu, ale skończyć się jakoś nie chciała. Mam
nadzieję, że jego odejście stanie się cezurą i być może otworzy drogę do
autentyczniejszej demokracji.
Tacy ludzie jak Cimoszewicz stanowili szczególną grupę beneficjentów
poprzedniego systemu. Narybek. Dzieci uprzywilejowanych działaczy nie
biorące na serio siermiężnej ideologii rodziców i zapatrzone w o ileż
atrakcyjniejszy i kuszący dobrobytem świat Zachodu.
Cimoszewicz, Kwaśniewski, Siwiec i inni byli w tamtych latach oportunistami.
Tak jak ich rówieśnicy mieli gdzieś ideały komunizmu, ale byli na tyle
realistami, żeby nie wchodzić w konflikty z domem rodzinnym. Swoją kastę
zdradzali po cichu. Może nawet ją kontestowali? Zapuszczali długie włosy,
chadzali po dyskotekach i przywozili z zagranicznych wycieczek płyty Rolling
Stonesów. W swoim środowisku podkpiwali sobie zapewne ze Związku Radieckiego,
może nawet czytywali Sołżenicyna i Giedroycia i opowiadali sobie zakazane
dowcipy. Nie zmienia to jednak faktu, że ochoczo zapisywali się do ZMS-u i
do partii. Żyli w stanie schizofrenii.
Ich fascynacja Zachodem była z tego powodu podszyta kompleksami niższości.
Szczególnie u Cimoszewicza jest to do dzisiaj wyczuwalne. Podejrzewam, że
czuł się pokrzywdzony, że urodził się w takim kraju jak Polska. Taki ktoś jak
on był w Polsce niby kimś, ale kiedy jechał tam, stawal się nikim. Nie jest
przypadkiem, że wysłał swoje dzieci do USA. Już jako premier niepodległego
państwa chciał sobie coś udowodnić. Ze jego dzieci mogą sobie poszaleć, jak
ci, ktorym zawsze zazdrościł - pojeździć sobie samochodami, o których on w
swojej młodości mógł tylko pomarzyć.
W paradoksalny sposób to, co się stało po 1989, umożliwiło realizację tych
konsumpcyjnych obsesji. Wreszcie można było pokazać, że kimś się jest i że
do czegoś się doszło. Nawet w takim biednym kraju jak Polska mogła w szybkim
tempie powstać warstwa dorobkiewiczów, której podstawowym celem stało się
mnożenie dóbr doczesnych. Jej typowem przedstawicielem stał się Cimoszewicz,
który w 1997 ochrzaniał powodzian, że się nie ubezpieczyli. Wreszcie mógł
sobie ulżyć i zrealizować skrytą potrzebę. Tak przecież pohukuje pan na
głupich wieśniaków. To była rola jego życia. Nie wyzwolił się od niej nawet
w czasie tej kampanii wyborczej i kto wie, czy nie dlatego ją przegrał.
Cieszmy się, że wreszcie mamy go z głowy.