Gość: Wprost
IP: *.ipt.aol.com
01.10.02, 15:32
Zakupy poza kontrolą
Szpitale
W szpitalnych magazynach niszczeje specjalistyczny sprzęt medyczny
wielomilionowej wartości. Bałagan i brak nadzoru Ministerstwa Zdrowia
powodują, że i tak skąpe środki na opiekę medyczną są zaprzepaszczane.
Polskiej służbie zdrowia dramatycznie brakuje pieniędzy. Co i rusz strajkują
pielęgniarki i lekarze. Dramatycznie zadłużone szpitale (2,7 mld w skali
kraju) oferują pacjentom często lurowatą zupę zamiast pełnego posiłku. W tej
sytuacji nie dziwi, że o specjalistycznym sprzęcie ratującym życie czasem
trudno nawet marzyć. Tymczasem, jak ustalił "Newsweek", w piwnicach wielu
polskich szpitali bezużytecznie marnieje nowoczesny sprzęt wart wiele
milionów złotych. Kto za to odpowiada? Niekompetentni urzędnicy i dyrektorzy
szpitali, a także chory system, pozwalający na wydatkowanie olbrzymich
publicznych pieniędzy bez właściwej kontroli.
Pieniądze na sprzęt medyczny w Polsce rozdzielają Ministerstwo Zdrowia (MZ) i
Komitet Badań Naukowych (KBN). W ubiegłym roku MZ obdarowało szpitale kwotą
ok. 180 mln zł, a KBN - 39 mln zł. Dyrektor szpitala wnioskuje o zakup
sprzętu, a MZ i KBN dają pieniądze - albo nie. Nikt nie liczy, ile szpital
musi dołożyć, by zamontować i wykorzystać urządzenia, nikt nie sprawdza, czy
publiczne pieniądze wydano racjonalnie. O nieprawidłowościach informuje
jedynie Najwyższa Izba Kontroli w kolejnych raportach, ale to tylko
zalecenia, które trudno wyegzekwować.
Po obu stronach urzędniczej barykady siedzą lekarze. Być może umieją leczyć
ludzi, ale jak wynika ze śledztwa "News-weeka" - nie umieją liczyć pieniędzy.
Ustaliliśmy, że tylko w ubiegłym roku w błoto poszło co najmniej 6 milionów
złotych. Nikogo nie oskarżamy o kradzież, ale na pewno o marnotrawstwo.
- Straty tak naprawdę mogą być większe i trudne do oszacowania, bo nie ma
centralnego rejestru sprzętu medycznego - mówi Witold Ponikło, specjalista
ds. wykorzystania urządzeń medycznych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.
W Polsce nie ma komu pilnować publicznych pieniędzy. Historie jak ta, na
którą w magazynach Publicznego Szpitala Klinicznego im. Orłowskiego w
Warszawie natknęli się reporterzy "Newsweeka", są dziś na porządku dziennym.
W zapomnianych magazynach odnaleźliśmy tomograf do dokładnego prześwietlania
promieniami rentgenowskimi, kupiony za milion złotych z ostatniej,
zeszłorocznej dotacji Komitetu Badań Naukowych (KBN). Tomograf miał być
zainstalowany w szpitalu, ale okazało się, że nikt nie przygotował ani
pomieszczeń, ani niezbędnych zabezpieczeń przed promieniowaniem emitowanym
przez urządzenie. - Nie jesteśmy nawet w stanie ustalić, dlaczego tak się
stało, bo co chwila zmieniały się dyrekcje - tłumaczy Jadwiga Słowińska-
Srzędnicka, od 1 września nowy dyrektor Centrum Medycznego Kształcenia
Podyplomowego, jednostki, która oficjalnie zamawiała sprzęt dla szpitala.
Obiecuje, że tomograf zacznie działać najpóźniej na początku grudnia. -
Jesteśmy w stałym kontakcie z producentem, już przedłużył nam umowę
gwarancyjną - mówi Elżbieta Makulska, od 1 lipca tego roku dyrektor
Publicznego Szpitala Klinicznego im. Orłowskiego.
Skalę marnotrawstwa dobitnie pokazują kolejne raporty NIK. Już w 1999 roku
jej inspektorzy alarmowali, że lekką ręką wydano na sprzęt ponad 13 milionów
złotych. Skontrolowano wtedy ponad 20 szpitali. Dyrektorom placówek
zarzucano, że kupują drogi sprzęt, nie mając pieniędzy na jego instalację. W
konsekwencji ląduje on w magazynach i szpitalnych piwnicach. Zdaniem
inspektorów NIK tak długie przechowywanie urządzeń spowodowało, że połowa z
nich jest już bezużyteczna. Dwa lata minęły od pierwszego raportu, ale w
szpitalach i ministerstwie nic się nie zmieniło. Zaniedbania potwierdzają
kontrole NIK z lat 2000-2001.
Dobijającym przykładem marnotrawstwa jest historia sprzętu do rezonansu
magnetycznego, kupionego w 1997 roku za osiem milionów złotych ze środków
Ministerstwa Zdrowia. Miał on trafić do Collegium Medicum w Krakowie. Nie
został zainstalowany, ponieważ w tym samym czasie Collegium Medicum dostało
środki na jego kupno od KBN-u. Niechciane urządzenie przechowywano dwa lata w
piwnicy krakowskiego szpitala im. Rydygiera. W końcu zaopiekował się nim
prof. Andrzej Szczeklik - sprzęt zaczął pracować cztery miesiące temu w
prowadzonej przez niego II Katedrze Chorób Wewnętrznych Szpitala
Uniwersyteckiego w Krakowie.
Rezonans to bardzo precyzyjne urządzenie diagnostyczne, prześwietlające
pacjentów za pomocą promieniowania magnetycznego. Każdego roku badaniu
poddaje się kilkadziesiąt tysięcy osób. - Dzięki rezonansowi bardzo wcześnie
możemy poznać charakter schorzenia. Niejednokrotnie, jak w przypadku chorób
nowotworowych mózgu i rdzenia kręgowego, takie badanie może uratować życie
pacjenta - mówi doc. Rafał Niżankowski, kierownik Zakładu Angiologii II
Katedry Chorób Wewnętrznych i równocześnie człowiek, który doprowadził do
zainstalowania rezonansu. Trwało to kilka miesięcy, bowiem trzeba było m.in.
uzupełnić brakujący ciekły hel i od nowa skalibrować, czyli zestroić
podzespoły urządzenia.
- Brak jednolitego systemu zbierania, przetwarzania i analizowania informacji
powoduje, że w jednym szpitalu leży nieprzydatny sprzęt, a w innym na badania
lub leczenie czeka się po kilka tygodni - komentuje Ewa Pomykalska, dyrektor
Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia.
Skali marnotrawstwa nie jest w stanie ocenić nawet sam Komitet Badań
Naukowych. - Mamy bardzo ograniczone możliwości kontroli, bo cały KBN
zatrudnia tylko 6 kontrolerów - tłumaczy Joanna Kulesza, rzecznik prasowy
KBN. Informacje o marnotrawstwie potwierdza również Ministerstwo Zdrowia. -
Mamy świadomość, że skala zjawiska jest duża, że wiele drogiego sprzętu
zalega piwnice lub leży bezużytecznie i dlatego już kilka miesięcy temu
rozpoczęliśmy zbieranie informacji o wykorzystaniu sprzętu medycznego -
przyznaje rzecznik ministra zdrowia Renata Furman. Uderza beztroska, z jaką
urzędnicy mówią o marnotrawstwie, łatwość, z jaką się na nie godzą. A mówimy
tu o wielomilionowych stratach. Jeden tylko rezonans magnetyczny to
skomplikowane wielotonowe urządzenie za 4-8 milionów złotych. Tomograf
komputerowy to wydatek rzędu 1-3 milionów.
O zakupie aparatury (zamówieniu i przyznaniu środków) powinni decydować
ludzie kompetentni, znający się na zarządzaniu, a cała operacja powinna być
kontrolowana. Tak od lat jest na Zachodzie. W Stanach Zjednoczonych, zanim
National Institutes of Health (NIH), czyli przedstawiciel rządu
amerykańskiego, zdecyduje się wyłożyć na coś pieniądze, bardzo dokładnie
rozpoznaje potrzeby szpitali. Sprzęt przyznawany jest na podstawie wniosków
grantowych, nie tylko opisujących dokładnie model potrzebnego urządzenia i
jego koszt, ale też szczegółowo uzasadniających zamówienie. W Polsce nie ma
nawet komu sporządzić takich wniosków.