Gość: Ponury
IP: *.proxy.aol.com
02.10.02, 11:24
Proces w sprawie Grudnia '70
Pogrzeb pod okiem bezpieki
www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20021002&id=po34.txt
Warszawski sąd okręgowy, przed którym toczy się postępowanie w sprawie
masakry robotników Wybrzeża w grudniu 1970 r., przesłuchał wczoraj żonę
jednego z zamordowanych. Traumatyczne wspomnienia związane z trudnościami w
odszukaniu ciała małżonka, nocny pogrzeb w asyście bezpieki i świadectwo ze
szpitala, według którego zginął on nie od kul, ale w wyniku zatrucia,
zakończyły się dla niej kilkumiesięcznym załamaniem nerwowym i inwalidztwem
II grupy.
Zeznania Stefanii B., której mąż zginął w grudniu 1970 r. w okolicach dworca
kolejowego Gdynia-Stocznia, potwierdzają, że tragedia spowodowała trwałe
zmiany w życiu wielu osób. Jej mąż był wtedy pracownikiem tamtejszego portu
przeładunkowego, a do pracy - jak podkreśliła - poszedł dokładnie 17 grudnia,
po tym jak usłyszał komunikat Stanisława Kociołka, wzywającego strajkujących
robotników Trójmiasta do powrotu do swoich zakładów pracy.
- Przez pierwsze trzy dni, a więc od poniedziałku, mąż do pracy nie chodził,
gdyż takie były zalecenia władz. Wprowadzono godzinę milicyjną. Bardzo często
z radia i telewizji słyszeliśmy, że do pracy mają przychodzić tylko osoby ze
specjalnych profesji, jak np. pielęgniarki - mówiła przed sądem. Na
informację o śmierci męża, jaką przekazało jej dwóch pielęgniarzy,
zareagowała z niedowierzaniem.
- Mężczyźni powiedzieli, że leży w jednym ze szpitali i ma przestrzeloną
śledzionę.
To, co zeznała, potwierdza również opinię, że władze utrudniały rodzinom
dostęp do rannych i ciał zamordowanych. Kobieta przez kilkanaście godzin
szukała męża w trójmiejskich szpitalach. Zaś karetka, którą jeździła, była
zatrzymywana na ulicach przez milicjantów, którzy nie chcieli jej
przepuszczać na kolejne ulice i dzielnice Gdańska i Gdyni. Dopiero ok.
północy w jednym z gdyńskich szpitali przez przypadek dowiedziała się o
śmierci męża. - Przechodzący lekarz wziął mnie na bok i w ukryciu powiedział,
że mąż nie żyje. Nie znalazłam go jednak w prosektorium - mówiła wczoraj w
sądzie Stefania B.
Potajemny pogrzeb odbył się w nocy pod okiem bezpieki, która co pół godziny
chowała kolejne ciała zamordowanych robotników. Potem dopuszczano się
oficjalnego matactwa. Mimo iż Bernard B. zginął w wyniku odniesionych ran, to
na wydanym przez szpital świadectwie zgonu stwierdzono, że umarł w wyniku
zatrucia. W sprawie śmierci jej męża w czasach PRL nie toczyło się
postępowanie prokuratorskie. Co ciekawe, w postępowaniu prowadzonym przez
Prokuraturę Marynarki Wojennej w Gdańsku z 1990 r. nie zwrócono uwagi na
fakt, iż dokumenty potwierdzające zgon zostały sfałszowane.
Maciej Walaszczyk