Gość: Jonasz
IP: *.proxy.aol.com
05.11.02, 20:57
Być albo nie? Być!
Jako kleryk włóczyłem się po różnych parafiach i kościołach. Z tego okresu
pamiętam płomienne kazanie wygłoszone, a dokładnie wykrzyczane, na cmentarzu
podczas mszy 1 listopada. Ksiądz zakonny przekonywał w nim, że ludzie powinni
nieustannie myśleć o śmierci, wyobrażać sobie swoje konanie. Powinni to robić
przy każdej okazji – w pracy, podczas odpoczynku, kiedy się kłócą i kochają,
płodzą czy rodzą dzieci, piją wódkę. Ma to nam – według kaznodziei – zapewnić
zbawienie. Przywoływanie momentu śmierci powinno być hamulcem przed
popełnianiem grzechów. Obrazowo rzecz ujmując, człowiek wzdryga się na myśl,
że kiedyś odpowie za swój zły uczynek, i nie popełnia go. Mało tego, mając
przed oczami kres swojej egzystencji, grzesznik czuje się zdopingowany do
przestrzegania przykazań, by w chwili śmierci miał na koncie korzystny bilans
dobra i zła.
Koncepcja kaznodziei była na tyle ciekawa z punktu widzenia teologii
duchowości i eschatologii, które wówczas studiowałem, iż pozostała mi w
pamięci przez kilkanaście lat. Ciekawa była też konkluzja: – Wokół panoszy
się tyle zła, ludzie sponiewierali boskie prawo, dające im życie wieczne!
Tylko myślenie o własnej śmierci może ich jeszcze uratować od piekielnych
czeluści, od zatracenia wiecznego, amen! Tak, lub bardzo podobnie, zakończył
ksiądz to pamiętne kazanie.
Chrześcijanin ewangeliczny szybko wypunktuje błędy w jego wywodzie.
Zbawienie, według Biblii, otrzymują wierzący jedynie z łaski Najwyższego, a
nie jako zapłatę za dobro uczynione za życia. Biblijny Pan Bóg może dać to co
chce i komu chce, tak jak robotnikowi z przypowieści, który pracował
najkrócej, a zapłatę otrzymał po równo z innymi robotnikami. Liczy się
nawrócenie serca, zaś same dobre uczynki są tylko naturalną konsekwencją,
wykwitem miłości do Boga i człowieka. Jednak w rozumowaniu kaznodziei było
coś intrygującego. Odwróćmy nieco sytuację i zapytajmy – co może się stać,
jeśli zaczniemy nieustannie myśleć o śmierci? Jaki będzie to miało wpływ na
nasze codzienne życie?
Niewątpliwie śmierć jest jednym z najważniejszych momentów życia. Pośród
naszych przodków było jej więcej, była wszechobecna i mogła dosięgnąć zarówno
staruszków, jak i małe dzieci. Szalały, dziesiątkowały całe narody zarazy i
choróbska, dziś już ujarzmione. Zapalenie płuc i gruźlica jeszcze przed wojną
robiły wśród dzieci „naturalną selekcję”. Dzisiaj też trup ściele się
pokotem, tyle że na ekranach telewizorów. Swoją drogą, musi to mieć jakiś
wpływ na nasze postrzeganie śmierci. Nie jestem psychologiem, ale uważam, iż
wirtualne i filmowe nieboszczyki oddalają w naszej świadomości wizję
rzeczywistych zgonów. Tak naprawdę to dopiero śmierć najbliższej osoby –
rodzica, małżonka, dziecka – sprowadza nas na ziemię i uświadamia, że i my
zasilimy kiedyś jej skład chemiczny.
Ksiądz zakonnik i jemu podobni od wieków próbują zaszczepić wśród katolików
cywilizację śmierci. W imię czego? W imię ciułania dobrych uczynków, a tak
naprawdę po to, aby ciągły strach przed spotkaniem z Bogiem uczynił owieczki
jeszcze bardziej pokorne i podatne na kościelne manipulacje. Niestety, do
niektórych wiernych filozofia podporządkowania swoich 80–90 lat momentowi
wyzionięcia ducha przemawia jak najbardziej. Oby być wówczas w stanie łaski
uświęcającej! – modlą się latami. Od tej chwili – mówią – zależy całe nasze
życie wieczne! Od „dobrej śmierci”, pytam się, czy może raczej od życia
właśnie?
Zgodnie z tą katolicką filozofią, nieważne jest wykształcenie, dzieci, praca,
jej owoce – to co po nas zostanie. Żeby to choć jeszcze dobre uczynki się
liczyły! Nie. Najważniejsze są zakupione msze, pielgrzymki, posty,
częstotliwość odmawiania różańca i koronki do miłosierdzia, które przecież
gładzą grzechy świata. Takie źle pojęte czuwanie na nadejście śmierci –
potrafi sparaliżować całe życie człowieka, otępia go i uwstecznia.
Paradoksalnie – chcąc się samemu zbawić za wszelką cenę – krzywdzimy siebie i
całe swoje otoczenie, a także obrażamy Boga, wypaczając jego naukę. Biblia
zachęca człowieka do zupełnie innych zachowań, do samodoskonalenia i
czynienia sobie ziemi poddaną. W księdze Koheleta czytamy, iż nie ma
większego szczęścia i nie ma innego sensu życia ludzkiego nad satysfakcję z
pracy rąk swoich. Tak pojmują to protestanci, dlatego kraje, w których oni
dominują, przerastają cywilizacyjnie katolickie zagłębia zabobonu. A humor i
optymizm, tak niezbędne w osiąganiu małych, codziennych celów? Spytajcie
dziesięciu Polaków na ulicy – jak im się powodzi. Wiadomo, narzekać będą
wszyscy, ale czy chociaż jedna osoba doda, że ma lepsze widoki na przyszłość,
mały cień nadziei na poprawę losu? Dla katolików życie to ciągła udręka;
nawet jak nie jest źle, to też jest do kitu. A jak jest dobrze, to też jest
źle, bo to grzech żyć w samozadowoleniu czy dostatku. Finał, czyli
przyklepanie szpadlem i ewentualne męki piekielne nie mogą nastrajać
optymizmem. Z taką mentalnością możemy faktycznie przyczynić się do duchowego
odrodzenia wspólnej Europy, czego bardzo pragną „nasi” biskupi.
Ja – jak przystało na heretyka – o śmierci nie myślę wcale. Zdążę się jeszcze
zmartwić, kiedy po mnie przyjdzie. A jeśli nie zdążę, to jeszcze lepiej.
Staram się żyć z dnia na dzień z czystym sumieniem i robić to, w co wierzę.
Dobrze mi z tym. Mam nadzieję, że i innym jest dobrze ze mną, oczywiście nie
wszystkim... Staram się skupiać wokół siebie ludzi czynu, „z żywymi naprzód
iść, po życie sięgać nowe”. Na owoce mojej pracy oczekuje wielu ludzi. Daje
mi to satysfakcję. Spełniam się tak dalece w tym najmarniejszym z żywotów, na
tym łez padole, iż przestałem nawet zastanawiać się, która religia jest
najbliżej prawdy o Bogu. Być może wiedzą
o nim najwięcej ci, którzy w Niego nie wierzą. Nie dbam o to. Jeśli Bóg
patrzy na nas z góry, musi się setnie bawić, przysłuchując się „uczonym”
dysputom teologów, największych darmozjadów świata. Jestem święcie
przekonany, że nieważne jest – jak człowiek wierzy, do jakiego należy
kościoła i czy wierzy w ogóle. Życie mogło go bowiem tak doświadczyć i
pokierować, iż miał prawo stracić wiarę, bo przecież jest tylko człowiekiem.
Ważne jest to, jak się żyje.
Nie zajmujmy i nie przejmujmy się tym, co od nas niezależne, czego i tak
nigdy nie zgłębimy, o czym nie przekonamy się, czego nie potwierdzimy.
Pamiętając, że kiedyś musimy umrzeć, troszczmy się o życie, nie o śmierć.
Nasze być albo nie być zależy od nas samych. Czy pozostanie coś po nas w
zaświatach, czy tylko na ziemi? Pożyjemy, zobaczymy. Ważne, aby w ogóle coś
pozostało. I wcale nie chodzi tu
o nagrobek na cmentarzu.
JONASZ