solidaruch
20.11.02, 23:31
Chłopaki z SLD
Po wyborach samorządowych chłopakom z SLD uśmiech na twarzach zamarł, a
potem zszedł był i do tej pory nie powrócił. Jeszcze wprawdzie chłopaki nie
płaczą, ale zasromanie u nich wielkie. O sukcesie wyborczym trudno im było na
serio mówić. Jednak coś powiedzieć należało, gdyż pismaki (swołocz na
nieszczęścia partyjne nieczuła) na karku siedzieli i oceny żądali. Opowiadały
więc SLD-owskie chłopaki głodne kawałki, skąd i dlaczego przytrafiła się
Sojuszowi taka niepryjatność wyborcza. Na koniec jednak wszyscy podkreślali,
iż było to ze strony elektoratu fatygującego się do urn ostrzeżenie dla SLD,
taka żółta kartka. Żółta kartka? Ale za co, chłopaki? Chyba nie za to, że
będąc lewicową partią, zamiast wziąć się do roboty i zrobić wszystko, aby
Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, przez ostatni rok graliście
nie fair i popełnialiście na wyborcach faul za faulem. Nie, ta żółta kartka
nie może być za to! Gdyby tak było, chłopaki od Leszka powiedziałyby o tym
wprost, bez aluzji. A już bez wątpienia, gdyby miał w tym względzie sobie czy
SLD coś do zarzucenia, wyznałby to publicznie premier Miller. Wprawdzie pan
Leszek jest obecnie całkowicie zaangażowany w wydobycie bursztynu
zaspokajającego fanaberie próżnego i rozkapryszonego niczym prowincjonalna
diwa operowa, gdańskiego prałata, ale na pewno znalazłby na to chwilę czasu.
Może Kwaśniewski oderwać się na moment od budowania Świątyni Opatrzności
Bożej i Glempa Józefa, by oznajmić światu bezgraniczne zaufanie do Dablju,
może i Miller św. Brygidę na chwilę opuścić i trochę porządzić. Z tym
porządzić przesadziliśmy, ale niech zostanie. Ważne, że już nikt Millera nie
przezywa kanclerzem – to było takie wredne i perfidne. Pan Leszek łykał tego
kanclerza z wyraźną przyjemnością, a przecież nawet Tober wiedział, że z
premiera taki kanclerz, jak z Żyrardowa Berlin.
Ale wracajmy do chłopaków z Sojuszu i ich ocen powyborczych. Baron nad
baronami, arcybaron Dyduch w radiu Zet (12.11.) wyznał: „Przegrana świadczy o
tym, że lewica musi postarać się o dobrych liderów w miastach, gminach,
powiatach – takich, którzy będą czytelni. Myśmy mieli zawsze czytelny układ
personalny w skali kraju i lewica miała dobre wyniki wyborcze (...). Teraz
przychodzi czas, żeby wykreować lokalnych liderów, którzy bez względu na to,
jaki będzie układ centralny, będą potrafili zwyciężać w wyborach. I to jest
zadanie, które stoi przed nami na najbliższy czas.”. Tyle arcy-Dyduch
zrozumiał z tego, co się stało! Brak czytelnych, lokalnych liderów, a nie
mądrego, lewicowego, czytelnego dla wyborców programu, to jest problem SLD-
owskiego guru z Wałbrzycha. Tym się Sojusz chce w najbliższym czasie
zajmować. Gdyby wcześniej Dyduch to wiedział, to w Łodzi, zamiast mało
czytelnego lidera, wystawiłby zespół Ich Troje i sukces murowany.
Patrzymy na tę lewicę, na ludzi ją tworzących. Jeszcze 13 lat temu sekretarz,
towarzysz, a dziś już kanclerz, baron. Z nazwy socjaldemokraci, a tak
naprawdę bezideowe, żądne władzy, zaszczytów i honorów smutne pajace. Nie
widzą liderzy SLD szydery, kiedy dziennikarze nazywają ich baronami. Cieszą
się, czują się wyróżnieni, wyszorowani z komuszej przeszłości. I tylko nie
mogą pojąć, dlaczego te KMIOTY (stały, sztywny elektorat SLD), które miały po
wsze czasy głosować na Waszmość Dyduchów znarowiły się, wymiękły i olały
wybory? Może to pytanie rozjaśni wam coś w głowach, chłopaki, bo ciemno tam,
że oko wykol?
PS Ale póki co... SLD przy władzy trwa i trwa mać przynajmniej do kolejnych
wyborów.
SOBCZAK i SZPAK