axermann
16.12.02, 13:46
Ten tekst można polecić szczególnej uwadze A. Michnika i jego przydupasa T.
Grossa.
Cytowałem już na łamach "Naszego Dziennika" wypowiedź słynnego
intelektualisty katolickiego ojca Józefa M. Bocheńskiego z łamów
paryskiej "Kultury" (czerwiec 1986 r.) o tym, że znacznie więcej Polaków
zostało zamordowanych przez Żydów niż odwrotnie.
W odpowiedzi na polemiczne listy żydowskie, wybraniające rolę Żydów, o.
Bocheński napisał kilka miesięcy później (paryska "Kultura" z września 1986
r.): "W sprawie zabójstw Polaków przez Żydów znajduję w korespondencji ze
strony żydowskiej niemal jednogłośne twierdzenie, że takich zabójstw nie
było. Co prawda - przyznaje się - wielu Polaków zostało zamordowanych
przez 'osoby żydowskiego pochodzenia', należące do Bezpieki - ale Żydzi jako
tacy nigdy nikogo nie zabili. Tej argumentacji nie mogę uznać za
przekonywującą. Czy Żydzi mordowali Polaków jako tacy, czy nie jako tacy,
wydaje mi się pytaniem raczej subtelnym - zwłaszcza że jedną z przyczyn owych
mordów była, moim zdaniem, nienawiść do wszystkiego co polskie ze strony
morderców. Moim zdaniem, jest oczywistym faktem, że wielu, bardzo wielu
Polaków zginęło z ręki niektórych Żydów. Istnieje morderczy antypolonizm
żydowski" [podkr. - J.R.N.].
Warto w tym kontekście przypomnieć również jakże wymowne stwierdzenia b.
posła do Sejmu RP, Czesława Bieleckiego, który pisząc z pozycji Polaka
żydowskiego pochodzenia stwierdził na łamach "Najwyższego Czasu" z 7 lipca
2001 r., m.in.: "Są sprawy, za które też Żydzi muszą przepraszać. Nie może
być tak, że jeżeli prokurator Helena Wolińska zabiła sądowo naszego bohatera
gen. Emila Fieldorfa, to społeczność żydowska nie jest za to odpowiedzialna".
"Potwór w mundurze"
Współodpowiedzialna za mord na bohaterskim generale Helena Wolińska
faktycznie nazywała się Fajga Mindlak Danielak. Nazywano ją "potworem w
mundurze", bo słynęła z okrucieństwa, sadyzmu i ogromnego wyrachowania. W
czasie wojny porzuciła męża Włodzimierza Brusa dla zaczynającego robić
wówczas przyśpieszoną komunistyczną karierę Franciszka Jóźwiaka. Jak
opowiadał jego brat Józef Jóźwiak, na długo "przyczepiła się do niego i razem
zamieszkali. On nie miał żony i w pewnym sensie taki układ mu odpowiadał".
Wolińska zawdzięczała Jóźwiakowi całą swoją karierę. Najpierw umożliwił jej
skończenie studiów prawniczych, potem załatwił pracę w Komendzie Głównej MO,
a następnie w prokuraturze (wg T.M. Płużańskiego: Rodzina bała się "Leny".
Ciągle chodziła w mundurze, "Życie Warszawy" z 31 października 1998 r.).
Franciszek Jóźwiak tym mocniej mógł pomóc Wolińskiej w karierze, że był
komunistą wielce wpływowym. W pierwszych latach po wojnie był komendantem
głównym Milicji Obywatelskiej, później przez wiele lat członkiem Biura
Politycznego KC PZPR, przewodniczącym Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej,
wicepremierem, wreszcie prezesem Najwyższej Izby Kontroli.
Wsparcie tak wpływowego męża niezwykle silnie umocniło pozycję Wolińskiej w
prokuraturze, zapewniło jej przejście do Naczelnej Prokuratury Wojskowej,
gdzie stała się kimś w rodzaju szarej eminencji. Wpływy te umacniała
konsekwentnie, z ogromnym wyrachowaniem. Jak pisał na ten temat świetny
znawca okresu zbrodni stalinowskich historyk i publicysta Tadeusz M.
Płużański: "W środowisku PPR mało kto lubił Wolińską. Mówiono o niej, że
wejdzie do łóżka każdemu, kto jest na wysokim stanowisku. Podobno była nawet
kochanką Nowotki [sekretarza KC, kierującego PPR w 1942 r. - przyp. J.R.N.] i
Bieruta. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo w czasie wojny komuniści lubili
się wymieniać kobietami (...)" (T.M. Płużański op.cit.). Gdy w 1956 r. F.
Jóźwiak jako skompromitowany stalinowiec został na fali odwilży odsunięty od
stanowisk partyjnych i państwowych, Wolińska natychmiast porzuciła go bez
skrupułów. Powróciła do porzuconego niegdyś męża Włodzimierza Brusa, który w
międzyczasie zrobił wielką karierę jako marksistowski ekonomista. (W wieku
zaledwie 28 lat, w 1949 roku Brus został profesorem ekonomii, choć był dotąd
wojskowym politrukiem i nie miał żadnego dorobku naukowego, jeśli nie liczyć
kilku szmatławych broszur antysanacyjnych i prosowieckich. Takie to
iście "napoleońskie" kariery robili w owych czasach żydowscy komuniści.)
W dobie stalinizmu Wolińska awansowała do rangi zastępcy Naczelnego
Prokuratora Wojskowego, osławionego ludobójcy, generała Zarako-Zarakowskiego,
pełniła stanowisko Szefa Wydziału IV, a później VII w Naczelnej Prokuraturze.
Wykonując te funkcje wydawała na wnioski Ministerstwa Bezpieczeństwa
Publicznego postanowienia o tymczasowym aresztowaniu, mimo że brak było
jakichkolwiek materiałów uzasadniających podjęcie tego rodzaju decyzji.
Odznaczała się przy tym wyjątkową bezwzględnością w forsowaniu bezprawnych
decyzji. Jak mówił w poświęconym Wolińskiej programie TVP z 11 stycznia 1999
r. protokolant sądowy Zygmunt Mączyński: "Lena Wolińska wyjątkowo brutalnie
odnosiła się do AK-owców (...) ona nienawidziła Polaków bardziej niż
Niemców". Poza bezprawnym uwięzieniem i przetrzymywaniem w więzieniu gen. E.
Fieldorfa, które utorowało drogę do jego sądowego mordu, prok. Wolińska miała
na sumieniu rozliczne inne zbrodnicze działania podobnego typu. Między innymi
doprowadziła do bezprawnego przetrzymywania ponad dwa lata w więzieniu szefa
sztabu kieleckiego okręgu AK Wojciecha Borzobohatego, który miał wyjść z
więzienia w 1950 r. na mocy amnestii. Postępowanie prok. Wolińskiej było tym
okrutniejsze w sytuacji, gdy dobrze wiedziała, że Borzobohaty po latach
więzienia był dotknięty paraliżem. Wolińska w ogóle nie reagowała na wciąż
ponawiane prośby żony aresztowanego, proszącej o zwolnienie ciężko chorego
męża.
Podobnie nieludzkie podejście okazała prokurator Wolińska m.in. w sprawie
aresztowanego w 1953 roku na mocy podpisanego przez nią nakazu AK-owca
Juliusza Sobolewskiego, ps. "Roman". Po sfabrykowanym procesie Sobolewskiego
skazano na karę śmierci. Żona Juliusza Sobolewskiego Krystyna na próżno
próbowała ubłagać prok. Wolińską o złagodzenie wyroku. Opowiadała w programie
Rewizja Nadzwyczajna w lutym 1999 roku: "Kiedy Rada Państwa odmówiła zmiany
wyroku, poszłam zrozpaczona do gabinetu Wolińskiej i pytałam jak to jest
możliwe, że bohater, patriota ginie niewinnie. Wolińskiej nie wzruszyły moje
słowa, nawet nie raczyła na mnie spojrzeć. Wyrzuciła mnie z gabinetu,
twierdząc, że jest to najgorszy dzień w jej życiu, bo umarł Stalin" (cyt. za
T.M. Płużański: "Drzwi gabinetów", "Tygodnik Solidarność" z 11 maja 2001 r.).
Sobolewski długo oczekiwał w celi śmierci na wykonanie wyroku. Na szczęście
dla niego, wiceminister bezpieki F. Jóźwiak, skłócony wówczas z Wolińską,
dowiedziawszy się, że to ona wydała nakaz aresztowania Sobolewskiego,
spowodował dla niego znaczące złagodzenie wyroku. Nie cieszył się długo
wolnością. Wyczerpany strasznymi latami w więzieniu, a zwłaszcza w celi
śmierci, zmarł już w początkach kwietnia 1956 roku.
Sama prokurator Wolińska żyje dziś sobie spokojnie w Oksfordzie jako żona
prof. Brusa, który po 1968 r. wyjechał do Anglii. Jest dziś wysławiany
w "Gazecie Wyborczej" jako ekonomista-reformator. "Wyborcza" przemilcza
zarówno jego haniebne publikacje z doby stalinizmu, jak i to, że od lat 70.
był agentem NRD-owskiej bezpieki - STASI, po przydybaniu go w hotelu na
ukrytym romansie z jakąś KOR-ówką. (Sprawę opisały krakowskie "Arcana".)
Próbowała przerwać jej spokojny pobyt w Anglii Wojskowa Prokuratura w
Warszawie, prowadząca od końca 1997 r. postępowanie w sprawie bezprawnego
uwięzienia gen. Fieldorfa, które później doprowadziło do jego sfabrykowanego
procesu. Chciano przesłuchać Wolińską w charakterze podejrzanej.
Stalinówka broniona przed polskimi "antysemitami"
Była prokurator Wolińska na wieść o podniesionych w Polsce oskarżeniach
oświadczyła, że ich nie uznaje, bo występują przeciw niej
polscy "an