Gość: **
IP: *.ipt.aol.com
17.12.02, 21:33
Trup w Arce Rydzyka
– Będę odpowiadał swoim honorem za pieniądze, które wpłacacie na konto Radia
Maryja – mówił w marcu 1997 r. w kościele św. Brygidy w Gdańsku podczas mszy
inaugurującej powstanie Komitetu Ratowania Stoczni Gdańskiej jego
przewodniczący Bolesław Hutyra.
– Tak, ja odpowiadam własnym honorem, bo ustaliliśmy z ojcem Rydzykiem, że
pod naszą kontrolą będą te pieniądze. I mogę wam przyrzec, że żadna złotówka
nie zostanie wydana na ekspertów, na papier, na ołówek, na cokolwiek innego
(oklaski).
– A na krzyżach kotwice, znaki nadziei – wtórował mu na tej samej mszy Ojciec
Dyrektor.
– Tyle razy krzyżowano nadzieję. Chcieli uśmiercić nadzieję. Ale ja wierzę w
nadzieję (oklaski).
Wiara
Trudno dziś ustalić, kiedy doszło do pierwszego spotkania ojca Tadeusza
Rydzyka i kpt. żeglugi wielkiej Bolesława Hutyry. Musiał to być jednak koniec
1996 lub początek 1997 r. Spotkali się w klubie dla marynarzy prowadzonym
przez ojców redemptorystów przy kościele Morskim Matki Bożej Nieustającej
Pomocy i św. Piotra Rybaka przy ul. Portowej 2 w Gdyni. Ojciec Tadeusz
odwiedzał w Gdyni biuro Rodziny Radia Maryja przy tym właśnie kościele. Kpt.
Hutyra był tam częstym gościem, jako prezes Rady Opiekuńczej przy Fundacji
Stella Maris, światowej organizacji katolickiej dla marynarzy. Spotkali się,
pogadali. Od słowa do słowa zrodził się pomysł, aby ratować kolebkę –
Stocznię Gdańską. Pomysł był taki: zwrócić się do społeczeństwa, narodu,
katolików, patriotów, aby wpłacali pieniądze na ratowanie Stoczni Gdańskiej.
W jaki sposób to ratowanie za pomocą zebranych pieniędzy miało przebiegać,
nie wiadomo. Koncepcje były różne i do końca nie sprecyzowane. Hutyra myślał
o tym, by nie dopuścić do postawienia stoczni w stan upadłości i sprzedaży,
ale zawrzeć układ z wierzycielami. Gwarantowałyby go zebrane pieniądze.
Na wiosnę 1997 r. powstał Społeczny Komitet Ratowania Stoczni Gdańskiej i
Przemysłu Okrętowego przy Radiu Maryja. To doniosłe zdarzenie poprzedziło
kilka wielogodzinnych audycji radiomaryjnych na ten temat. Od chwili
powstania komitetu Radio Maryja było główną i niemal jedyną tubą apelującą o
wpłacanie pieniędzy na ten "narodowy" cel. Ojciec Dyrektor w swej niezwykłej
dobroci udostępnił nie tylko eter, ale i konta Radia.
Komitet Ratowania Stoczni swym autorytetem zasilili: kpt. że-glugi wielkiej
Zbigniew Sulatycki – wiceminister w rządzie Suchockiej, odpowiedzialny za
gospodarkę morską, ks. prof. Albert Krąpiec – filozof i teolog katolicki,
wykładowca KUL, prof. Jerzy Doerffer – twórca polskiej szkoły budowy okrętów,
bp. Edward Frankowski, ówcześni parlamentarzyści: poseł LPR Adam Biela, poseł
AWS Stanisław Wądowłowski, senator Jadwiga Stokarska.
Kpt. Bolesław Hutyra przystąpił do pracy z wielkim oddaniem, szczerymi
intencjami, przekonany, że powołano go do Wielkiej Sprawy, do Służby dla
Ojczyzny, Kościoła i Radia Maryja, na drogę wytyczoną Prawdą Ewangelii, którą
mógł kroczyć ramię w ramię z Wielkimi Autorytetami. Przez dwa niemal lata na
antenie Radia Maryja powtarzane były prośby o wpłaty na ratowanie stoczni. I
przez cały ten czas ludzie wpłacali.
Nadzieja
Społeczny komitet, którego przewodniczącym został Hutyra, po kilku miesiącach
przekształcił się w stowarzyszenie o nazwie Społeczny Komitet Ratowania
Stoczni Gdańskiej. Prezesem został kpt. Hutyra. W paragrafie 5 statutu
wpisano, że celem stowarzyszenia jest ratowanie Stoczni Gdańskiej i Przemysłu
Okrętowego oraz reprezentacja deponentów, którzy złożyli pieniądze na
subkoncie bankowym "Radio Maryja dla Stoczni" w celu nabycia praw z akcji
Stoczni Gdańskiej S.A.
Stowarzyszenie Komitet Ratowania Stoczni Gdańskiej i Przemysłu Okrętowego nie
było jednak jedynym, które zbierało od ludzi kasę na ten cel. W 1996
r. "Solidarność" powołała stowarzyszenie Solidarni ze Stocznią Gdańską,
któremu przewodniczyć zaczął Marian Krzaklewski. "Solidarni" zaczęli w całym
kraju sprzedawać cegiełki poprzez m.in. urzędy pocztowe.
Hutyrę opanowała myśl, że trzeba połączyć szmal – ten, który ludzie wpłacają
na konto radia, i ten, który zbiera Krzak. Będzie go więcej, to i ratowanie
stoczni łatwiejsze, bo za większą kasę więcej można zdziałać. W lipcu 1998 r.
doprowadził do podpisania listu intencyjnego z Krzaklewskim o połączeniu
całej tej – było nie było społecznej – kasy. W porozumieniu z kilkoma bankami
miało powstać konsorcjum gwarantujące kasę na budowę statków. Panowie
zwrócili się do sędziego komisarza, aby nie opylał Stoczni Gdańskiej
Szlancie. Sędzia jednak opylił, ale to jest już zupełnie inna historia.
Ile było kasy na koncie Radia Maryja, a ile miał Marian ze sprzedaży
cegiełek, do dzisiaj precyzyjnie nie ustalono. Jedno jest pewne. Hutyra –
jako prezes stowarzyszenia – ma tylko mgliste i sprzeczne dane na ten temat.
Raz była mowa o 25 mln zł, raz o 2,5 mln dolarów. Ile tego wpłynęło, nie
wiadomo do dzisiaj. Jedyna liczba, jaka się powtarza w wypowiedziach
rozmaitych działaczy komitetu – to liczba ofiarodawców. Na konto Radia Maryja
na ratowanie Stoczni Gdańskiej miało wpłacić ok. 940 tys. osób. Zakładając,
że to szacunek zbliżony do prawdy i że kwoty wpłat były różne – od 5 zł do
kilkuset – na konto Radia Maryja musiało wpłynąć dobre kilkadziesiąt milionów
złotych.
Bolesław Hutyra chciał się dowiedzieć dokładnie ile. Wielokrotnie pisemnie
dopominał się od ojca Rydzyka informacji na ten temat. Bezskutecznie.
Stosunek Ojca Dyrektora do Hutyry zmienił się diametralnie.
Miłość
Od sierpnia 1998 r. Tadeusz Rydzyk przestał mieć czas na spotkania z Hutyrą,
choć wcześniej był gotów przyjmować go nawet w nocy. Poniechał także
odpowiadania na jego listy. I rzecz ciekawa. Im bardziej Hutyra domagał się
wiadomości na temat kwot wpłaconych na ratowanie stoczni, tym bardziej
stosunki z Ojcem Dyrektorem stygły. We wrześniu 1998 r.
Hutyra pojechał do Torunia na wcześniej umówioną rozmowę z Rydzkiem. Czekał
20 godzin (słownie: dwadzieścia). Na próżno. To go lekko zaczęło trzeźwić.
Próbował jeszcze umówić się przez ekscelencję bp. Frankowskiego, ojca prof.
Krąpca i przewielebnego ojca prowincjała CSsR Edwarda Nocunia. Ale
i ci olali jego prośby.
Cóż się bowiem okazało? Kpt. Bolesław Hutyra był współpracownikiem Wojskowych
Służb Informacyjnych! Czyż Ojciec Dyrektor nie mógł stracić zaufania do
Hutyry? Prawda, jakie to śliczne?
Czytelnik tygodnika "NIE" być może nie do końca sobie uzmysławia, co to
znaczy być społecznikiem, działaczem środowisk prawicowych, kościelnych
oskarżonym o współpracę z SB, WSI czy innymi służbami. To gorzej niż być
oskarżonym o kradzież, bicie żony, upijanie, gwałt czy pedofilię. To
człowieka skreśla. Normalny człowiek oskarżony o bycie współpracownikiem
czegokolwiek być może wzruszyłby ramionami i powiedział: "Pocałujcie mnie w
dupę". Hutyra nie mógł.
Gdy we wrześniu 1998 r. sporządzono warunkową umowę sprzedaży Stoczni
Gdańskiej, a w grudniu dokonano sprzedaży, tworzone przez Hutyrę konsorcjum z
Krzaklewskim rozpadło się, a jego samego odwołano z władz stowarzyszenia.
Ojciec Rydzyk ogłosił zaś, że każdy, kto ma potwierdzenie wpłaty pieniędzy na
stocznię i chce je odebrać, to proszę bardzo. Może się zgłosić.
Kpt. Hutyra już miał inne zajęcie niż dopominanie się u Rydzyka o społeczne
pieniądze. Postanowił bronić swego honoru. We wrześniu 1998 r. do sądu wniósł
pozew o ochronę dóbr. Sąd Rejonowy w Gdańsku sprawę oddalił do czasu
powstania Instytutu Pamięci Narodowej. Gdy w grudniu 1998 r. powstał IPN i
potem jego gdański oddział – Hutyra zwrócił się o wydanie swojej teczki.
Sprawa się wlokła.
W kwietniu 1999 r. Bolesław Hutyra – wciąż wierząc, że sprawa stoczni jest do
odkręcenia i wspominając swoje słowo honoru dane w marcu 1997 r. –
zare