ala.ali.ala
25.04.06, 21:23
Jednym z argumentów za tym, aby korporacja trzymała pieczę nad dostępem do
zawodu jest podobno wychwycenia cech charaktetu u kandydata. Cech, które
popwodują, że się po prostu nadaje do tego zawodu.
Po ostatnim orzeczeniu TK ponownie wysunięto ten argument.
Jak to wygląda w praktyce?
Posłużę się przykładem sprzed kilku lat, kiedy to korporacja życzyła sobie,
aby kandydat przyniósł 2 opinie od prawników, w tym jedno od adwokata, że się
nadaje do tego zawodu.
Kandydat mówi do pani w sekretariacie, że nie zna żadnego adwokata. Prawnika
tak, ale adwokata nie. Pani odpowiada:"Proszę pana, to niech pan znajdzie
takiego, który da panu opinię. To jest między innymi po to, aby sie państwo
wykazali zaradnością."
Młody, nie zepsuty jeszcze kandydat zdobył oczywiście to zaświadczenie od
szwagra brata cioci męża znajomego.
Adwokat oczywiście nigdy nie widział młodzieńca na oczy, a cała sprawa to
czysta fikcja, o czym wszyscy wiedzieli, a sama adwokatura wręcz zachęcała.
W przeciwnym razie osoba uczciwa nie znająca żadnego adwokata gotowego do
wystawienia opinii musiała sobie odpuścić przystąpenie do egzaminu.
Gdzie uczciwość, etyka, gdy na starcie namawia się do "radzenia sobie".
A było to raptem lat temu 6.