dr.szfajcner
11.05.06, 17:08
ARRET Nr 646 R.G.: 6177/88 WILDSTEIN Bronisiaw C/ASSOCIATION KONTAKT
To numer sprawy apelacyjnej, którą wniósł Bronisław Wildstein w 1988 r. do
Cour d’Appel de Versailles (sądu apelacyjnego). Sprawa ta zaczęła się
wcześniej w Boulogne-Billancourt przed conseil de prud’hommes – sądem pracy –
z którego wyrokiem Wildstein się nie zgodził.
Teraz, 17 lat później, Wildstein wniósł do sądu pozew o zniesławienie
przeciwko Danielowi Olbrychskiemu. Chodzi o wypowiedź artysty podczas
dyskusji telewizyjnej w czwartek, 3 lutego (Polsat). Oto jej fragment, według
stenogramu: OLBRYCHSKI: – On [Wildstein] tego nie zrobił z pobudek
obywatelskich czy szalenie patriotycznych, tylko żeby się wylansować w
mediach, co jest częstym kompleksem wielu ludzi, którzy są mało wylansowani...
LIS: – Bardzo niskie pobudki przypisuje pan człowiekowi, który akurat w walce
o wolność i o prawdę w Polsce trochę czasu spędził...
WILDSTEIN: – To insynuacja, proszę skończyć, co pan zaczął.
OLBRYCHSKI: – Dlatego publicznie, przy pohukiwaniu tutaj części widowni,
uniknąłem uściśnięcia ręki panu
Wildsteinowi, ponieważ emigracja polityczno-zawodowa po stanie wojennym w
Paryżu, po ‘86 wydaje mi się, wtedy był ten proces przeciwko Mirosławowi
Chojeckiemu, z powodu pana donosów na Chojeckiego, że zatrudnia na czarno
niektórych Polaków... Od tego czasu wielu ludzi na emigracji unikało
kontaktów z panem. Rozumiem, że chciał się pan przypodobać władzom
francuskim, bo wszyscy nie mieliśmy tam lekkiego życia, ale ten proces, gdyby
go Mirek przegrał, rzuciłby go, łącznie z deportacją, w ramiona i okowy SB
polskiego. Był pan świadkiem na tym procesie, wszyscy o tym w Paryżu
wiedzieliśmy.
LIS: – Czy pan, panie Danielu, zarzuca panu Wildsteinowi donosicielstwo,
dobrze zrozumiałem?
OLBRYCHSKI: – Tak bym to nazwał.
WILDSTEIN: – Zastanawiam się, jak zareagować na tego typu kłamstwa (...).
Kłamstwa?
Konflikt między Wildsteinem a Chojeckim był w Paryżu tajemnicą poliszynela.
Chojecki mówi dzisiaj bardzo dyplomatycznie: – Poróżniliśmy się na temat
sytuacji politycznej w Polsce. Według Wildsteina, „Solidarność” to był już
wówczas zamknięty rozdział. Ja uważałem inaczej. Nie chodzi tu tylko o
emigracyjne swary. Miało to kapitalne znaczenie z punktu widzenia pomocy
Zachodu dla „S”. Gdybyśmy na emigracji uznali, że „S” się skończyła,
skończyłaby się pomoc dla podziemia, którego byliśmy przedłużeniem na
Zachodzie. Tak dyplomatycznie to nie wyglądało, przynajmniej od czasu, kiedy
znalazłam się na emigracji w Paryżu (lipiec 1986 r.) i zaczęłam pracować w
piśmie „Kontakt” oraz w Wolnej Europie. Bronisław (Bronisiaw, jak pisali
Francuzi) Wildstein był redaktorem naczelnym „Kontaktu”, a założycielem i
prezesem Stowarzyszenia Kontakt ukonstytuowanego na początku stanu wojennego
był Mirosław Chojecki. Stowarzyszenie nie tylko wydawało miesięcznik, lecz
także produkowało filmy dokumentalne oraz popularną kronikę.
„Kontakt” w ówczesnej PRL był rozprowadzany za darmo. Docierał jednak i do
innych krajów, takich jak Niemcy, Stany Zjednoczone czy Australia – wszędzie,
gdzie były skupiska Polaków marzących o wolnej Ojczyźnie i wiadomościach na
temat tego, co się dzieje nad Wisłą. Z tamtejszych środowisk polonijnych
płynęły pieniądze na działalność „Solidarności”, której przedłużeniem był
paryski „Kontakt”. Odcięcie się pisma od „Solidarności”, jak chciał tego
Wildstein, byłoby równoznaczne z zakończeniem jego wydawania, bo nie byłoby
pieniędzy. Wildstein dostawał 5 tys. franków miesięcznie, niepodlegających
opodatkowaniu, bo pracował na czarno. Jak my wszyscy, którzy wtedy nie
zastanawialiśmy się nad tym, jaki jest status naszej pracy. Pracowaliśmy dla
Polski. Takie to były czasy, jak powiedział Chojecki. Widać, jednak nie dla
wszystkich, a przynajmniej nie dla Wildsteina. Widziałam to i czułam od razu,
jak tylko zaczęliśmy razem pracować. Sama nie miałam z nim konfliktów, można
powiedzieć, że z natury, która nakazuje mi ignorować ludzi aroganckich i
pyszałkowatych. W moje teksty nie ingerował, ale ja przybyłam z kraju w
glorii „gwiazdy podziemia”, poza tym prawdopodobnie uważał, że mu nie
zagrażam.
Jasne było, że Wildstein każdym sposobem chce się wyzwolić spod prezesury
Chojeckiego i samemu być panem na włościach „Kontaktu”. Niebagatelną
przeszkodą był jednak fakt, że to Chojecki zdobywał pieniądze, a nie
Wildstein. W 1987 r. Wildstein zażądał, by Chojecki zatrudnił go na warunkach
zgodnych z francuskim prawem pracy i obowiązującymi ubezpieczeniami. Wszyscy
pozostali pracownicy wiedzieli, że „Kontaktowi” brakuje pieniędzy na
zatrudnianie zgodne z obowiązującym we Francji prawem pracy. Nie był
bowiem „przedsiębiorstwem wydawniczym” – jak dowodził Wildstein – ale
stowarzyszeniem, finansowanym przez ludzi pomagających „Solidarności”.
Wildstein doprowadził jednak do tego, że Chojecki podpisał z nim umowę o
pracę w majestacie francuskich przepisów, ale tylko na czas określony, czyli
na pół roku. Nie poprawiło to atmosfery, nawet mimo że Chojecki starał się
nie wtrącać w kompetencje Wildsteina jako naczelnego. Zareagował jednak
zdecydowanie, kiedy podczas łamania numeru – co zwykle robił sam – zauważył
przeznaczoną do druku recenzję filmu dokumentalnego produkcji Stowarzyszenia
Kontakt, w której ostro zarzucano mu antysemityzm. Było to uderzenie poniżej
pasa. Film był li tylko dokumentem, bez żadnych naleciałości antysemickich.
Konflikt nabrał ostrości i trudno było mówić o możliwości porozumienia się
między prezesem stowarzyszenia a redaktorem naczelnym miesięcznika.
Środowisko związane ze stowarzyszeniem podzieliło się. Niektórzy przestali
Bronkowi podawać rękę. Inni chcieli, żeby złożyć podpis pod listem
popierającym Wildsteina, czyli opowiedzieć się za nim przeciw Chojeckiemu.
Wtedy właśnie upływał termin półrocznego kontraktu Wildsteina i Chojecki nie
podpisał z nim dalszej umowy o pracę. Wildstein, zgodnie z prawem
przysługującym każdemu legalnie zatrudnionemu, zaskarżył decyzję o
nieprzedłużeniu mu umowy o pracę do conseil de prud’hommes. Sąd oddalił
sprawę jako bezzasadną. Z decyzją tą Wildstein się nie zgodził i złożył
odwołanie do Sądu Apelacyjnego w Wersalu.
Czego zażądał Wildstein?
Przede wszystkim zażądał uchylenia wcześniejszego wyroku sądu pracy (z
22.01.1988 r.) oraz przedstawił następujące roszczenia finansowe wobec
Stowarzyszenia Kontakt:
– 305 tys. franków za stracone zarobki,
– 50 tys. za płatne urlopy,
– 30 tys. z tytułu wypowiedzenia,
– 50 tys. odszkodowania za zwolnienie z pracy,
– 10 tys. za nieprzestrzeganie obowiązującej procedury,
– 240 tys. tytułem poniesionych szkód i odsetek za zwolnienie z pracy bez
ważnej przyczyny. Dawało to pokaźną sumę 685 tys. franków. Sumę mogącą
położyć każdą instytucję, nie mówiąc o stowarzyszeniu działającym wyłącznie
dzięki ofiarności ludzi dobrej woli. Albo też... miało doprowadzić tę
instytucję do przejścia w inne ręce, co było bardziej prawdopodobne niż
wyegzekwowanie tak nierealnie wysokiej kwoty. O tym skarżący Wildstein dobrze
wiedział. Chciał mieć „Kontakt” za wszelką cenę.
Cour d’appel uznał jednak, iż podstawa zwolnienia Wildsteina była
uzasadniona, ponieważ „zachowanie Wildsteina uniemożliwiało dobre wykonywanie
pracy redakcyjnej”, jak napisano w uzasadnieniu wyroku. Chodziło o jego
arogancję, niemożność porozumienia się z prezesem i kolegami oraz konfliktowy
charakter.
Sąd nie uznał też jego żądań finansowych. W orzeczeniu skazano Stowarzyszenie
Kontakt na zapłacenie 5 tys. franków za nieprzestrzeganie procedu