j.t
21.01.03, 02:25
http://www.dziennik.com/www/dziennik/kult/archiwum/07-12-02/pp-12-27-02.html
Lub nizej:
------------------------------------------------------------------------------
--
MAREK RUDZKI
Opowiesci
Szpilmana
Film Romana Polanskiego Pianista, nagrodzony Zlota Palma na festiwalu w
Cannes, wszedl na ekrany w Ameryce. Dramatyczne przejscia okupacyjne
Wladyslawa Szpilmana, pianisty zydowskiego pochodzenia, ktory uciekl z getta,
ukrywal sie w Warszawie, przetrwal powstanie i pozostal w ruinach do
uwolnienia miasta w styczniu 1945 roku, opisane zostaly wkrotce po wojnie w
ksiazce Smierc miasta. Napisal ja Jerzy Waldorff po wysluchaniu opowiesci
Szpilmana w 1946 roku. Przez ponad piecdziesiat lat ksiazka nie byla
wznawiana z powodu konfliktow o prawa autorskie. Ukazala sie ponownie w 1998
roku w jezyku niemieckim, potem angielskim. Polskie wydanie pod tytulem
Pianista wyszlo w roku 2000. W tresci nie rozni sie od tekstu oryginalnego,
przywraca jedynie niemiecka narodowosc oficerowi, ktory Szpilmana uratowal; w
pierwszym wydaniu ingerencja cenzury zrobila z niego Austriaka. Scenariusz
filmu wiernie oddaje ksiazkowa relacje losow pianisty.
Ze szczegolnym zainteresowaniem czytalem Pianiste, a potem ogladalem film,
mialem bowiem okazje sluchac na zywo opowiadania Szpilmana juz trzy miesiace
po jego uwolnieniu, a wiec rok wczesniej, niz rozmawial o swych przezyciach z
Waldorffem. Okazalo sie, ze ksiazka i film dosc znacznie odbiegaja od wersji,
jaka slyszalem z jego ust. Warto przypomniec te najwczesniejsze opowiesci
Szpilmana i okolicznosci, w jakich doszlo do naszego spotkania.
Okres niemieckiej okupacji spedzilem w Naleczowie, w rodzinnej letniskowej
willi, dojezdzajac od czasu do czasu do Warszawy, gdzie moj wuj, adwokat Adam
Nagorski, mial piekne, antykami umeblowane mieszkanie przy ulicy Lwowskiej
17. W kwietniu 1945 roku, pierwszy raz po powstaniu, znalazlem sie wraz z
wujem Adamem w zrujnowanej Warszawie. W mieszkaniu przy Lwowskiej, zalanym
woda i zasypanym gruzem, ratowalismy rodzinne pamiatki, papiery, listy i
ksiazki. Przez wybite okna hulal wiatr. Po kilku nocach w tych warunkach
wygodniejszym schronieniem stalo sie mieszkanie zony drugiego wuja,
architekta Juliusza Nagorskiego, w jego kamienicy na Pradze przy ulicy
Targowej 15. Ciotka Halina, zydowskiego pochodzenia, ukrywala sie podczas
okupacji, a teraz powrocila do malego mieszkanka, czyniac z niego baze dla
wielu krewnych i przyjaciol. Wciaz nie wiedziala, ze jest wdowa, wiadomosc o
rozstrzelaniu wuja Juliusza podczas egzekucji w Hali Mirowskiej w sierpniu
1944 r. jeszcze do nas nie dotarla.
Pewnego dnia w mieszkaniu przy Targowej pojawil sie Roman Jasinski,
przyjaciel wuja Adama, muzykolog i wieloletni dyrektor muzyczny Polskiego
Radia. "Chcecie isc na obiad?" - spytal. Propozycja byla nie do odrzucenia,
zaopatrzenie, rzecz oczywista, bardzo szwankowalo, a jedyna "restauracja" w
lewobrzeznej Warszawie, jaka zapamietalem, to mocno uszkodzony czerwony
tramwaj porzucony na skrzyzowaniu ulicy Marszalkowskiej i Alei
Jerozolimskich. Podawano w nim zupe. Roman zaprowadzil nas do stolowki radia
na Pradze, do naszego stolika przysiadl sie Wladyslaw Szpilman i rozpoczelo
sie opowiadanie, ktore wywarlo na mnie wielkie wrazenie. Zapamietalem
wszystkie zasadnicze elementy tej opowiesci, a po latach spisalem ja z mysla
o wlaczeniu do jednego z mych artykulow. Przyjaciele w Polsce zasygnalizowali
jednak, ze Szpilman zaraz po wojnie wydal ksiazke (ktorej nie znalem, nie
bylo mnie juz wtedy w kraju), a potem wielokrotnie mowil o swych przygodach
przez radio, nie bedzie wiec zadnych rewelacji w tym, co zamierzalem napisac.
Dopiero po przeczytaniu Pianisty zdalem sobie sprawe, ze rewelacje sa, ze w
czasie naszego spotkania w kwietniu 1945 r. Szpilman nie wspomnial o
wydarzeniach odgrywajacych zasadnicza role w ksiazce i filmie, a natomiast
zrelacjonowal incydent rzucajacy zupelnie nowe swiatlo na kluczowa postac
niemieckiego oficera.
Opowiesc w stolowce radia ograniczyl Szpilman do koncowego okresu swych
przezyc, kiedy ukrywal sie w zrujnowanych kamienicach po upadku powstania, a
wszystkie wysilki kierowal na poszukiwanie jedzenia. Niemiecki oficer, na
ktorego natknal sie niespodziewanie, zapytal: "Kim pan jest?". W opowiadaniu
padla inna odpowiedz niz w ksiazce: "Jestem Zydem i umieram z glodu. Niech
pan mnie zastrzeli". "Niech pan tu czeka, przyniose jedzenie". Nie pamietam,
czy w wersji, jaka slyszalem, Szpilman przedstawil sie jako pianista; o grze
dla Niemca na fortepianie nie wspomnial. Z opowiadania Szpilmana wynikalo, ze
Wilm Hosenfeld - tak nazywal sie oficer - uratowal go nie dlatego, ze byl
pianista, i nie dlatego, ze byl Zydem, ale po prostu dlatego, ze byl
czlowiekiem ukrywajacym sie, potrzebujacym pomocy. Jak dzis wiadomo, w czasie
okupacji Hosenfeld pomogl wielu ludziom. Czy dramatycznie przedstawiony na
ekranie "egzamin przy fortepianie" mial rzeczywiscie miejsce, a Szpilman
pominal go w swym wczesnym opowiadaniu, czy byl to pozniejszy dodatek do
opowiesci, pozostaje zagadka. Incydent wydaje sie jednak malo prawdopodobny,
nawet jesli w zdewastowanym mieszkaniu znalazl sie wzglednie sprawny
fortepian. Szpilman napisal: "mialem [...] wykupic swe zycie gra na
fortepianie"1), ale czy instynkt samozachowawczy pozwolilby mu prowokowac
Niemca, ktorego intencji jeszcze nie znal, wykonaniem zakazanego przez
okupanta Chopina? Oficer mial powiedziec, ze jesli na dzwiek muzyki pojawi
sie inny Niemiec, Szpilman ma schowac sie w spizarni, a Hosenfeld bedzie
udawal, ze to on probuje instrument. Grajac Chopina? Nie bylo sensu
ponoszenia takiego ryzyka; nawet gdyby "egzamin" nie powiodl sie, Hosenfeld
nie mial przeciez zamiaru Szpilmana wydac. Slowem, ratowanie pianisty nie
bylo uzaleznione od jego pianistycznych umiejetnosci, nie bylo potrzeby
wykupywania zycia gra na fortepianie. Dwa miesiace przed smiercia, 17
kwietnia 2000 roku, a wiec dokladnie w 55 lat po naszym spotkaniu, Wladyslaw
Szpilman udzielil ostatniego, obszernego wywiadu, opublikowanego juz
posmiertnie w pazdzierniku 2002 r.2) Nie wspomnial w nim o fortepianowym
egzaminie. Na pytanie, dlaczego Hosenfeld go uratowal, Szpilman
odpowiedzial: "Byl to po prostu dobry czlowiek".
Wazniejsze od wydarzen, o ktorych Szpilman w 1945 roku nie mowil, a ktore
znalazly sie pozniej w jego wspomnieniach, sa wydarzenia z wielka emfaza
wtedy opowiedziane, a w ksiazce i filmie calkowicie pominiete. Pewnego dnia
niemiecki oficer przyniosl wiecej jedzenia niz zwykle i oswiadczyl, ze to
wizyta ostatnia. Wobec przegranej wojny i zniszczenia calego swiata, w jakim
zyl, Hosenfeld postanowil zastrzelic sie. Wtedy, relacjonowal z satysfakcja
Szpilman, "to ja przejalem inicjatywe". W dlugiej rozmowie tlumaczyl
Niemcowi, ze nie wszystko jest skonczone, ze powroci swiat, jaki obaj znali,
ze jest po co zyc. Dawal siebie jako przyklad przetrwania w sytuacjach
naprawde beznadziejnych. "Udalo mi sie przekonac go, samobojstwa nie
popelnil, przyszedl znowu z jedzeniem". W ten sposob, konkludowal
Szpilman, "on uratowal zycie mnie, a ja jemu". To byla najwazniejsza czesc
wysluchanej przeze mnie "opowiesci Szpilmana", wywierajaca najwieksze
wrazenie, najdokladniej zapamietana.
Szpilman lubil koloryzowac. Nie mialem okazji sluchac jego radiowych
pogadanek; podobno na przestrzeni lat rozne szczegoly ulegaly zmianie, a
wsrod osob, ktore go dobrze znaly mial opinie troche blagiera. W tym swietle
pojawia sie ewentualnosc, ze opowiadanie o niedoszlym samobojstwie bylo
koloryzowaniem. Wydaje mi sie jednak, ze wersja zaprezentowana zaledwie trzy
miesiace po ocaleniu pianisty nosi wieksze cechy autentycznosci, niz wersje
pozniejsze. Jest na to konkretna wskazowka, zawarta we wspomniany