echo_o
05.07.06, 13:34
Michał Karnowski :
"Choroba prezydenta
Zadziwiające, jak łatwo można dziś bić w prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Oto pojawia się teza iż fakt, że nie pojechał na ważne spotkanie, ma
przyczynę w jego chorobie. I natychmiast okazuje się, że dla niektórych to
skandal. Bo nasz prezydent nie może chorować, a jeśli choruje, to "są
przecież środki" szybko stawiające na nogi.*) Szkoda, że nie było tak ostrych
piór i słów gdy poprzedni prezydent padał z nóg.
Gdy pojawia się druga teza - że obraził się za chamski artykuł, słyszymy, że
prezydent naszego kraju obrażać się nie może. Bo prasa jest wolna itp. Jest
wolna, ale to nie znaczy, że wolno wszystko. Po to są elity i inne gazety by
stanąć w obronie dobrych obyczajów i honoru głowy państwa kraju
zaprzyjaźnionego przecież. Lecz dla niektórych w Polsce im gorzej na świecie
piszą o Kaczyńskim, tym chyba lepiej.
A ja sądzę, że prezydent ma prawo do szanowania swojego zdrowia (z czasów gdy
powstawał Alfabet Kaczyńskich wiem, że często zapada na krotkie ale dolegliwe
infekcje) i obrony dobrego imienia. Ma prawo pokazać niemieckim elitom, że
jeśli chcą sobie żartować do upadłego z "Kaczek", ich rodziców, z wyboru
dokonanego w sąsiednim kraju, to tym samym niszczą dobre relacje.
Jak śpiewał Krzysztof Krawczyk - przyjażń swoje prawa ma."
Jeden odważny komentator, by po ludzku podejść do tematu.
Dobre i to...
*) w tym fragmencie Karnowski odnosi się do wypowiedzi m.in. Rosatiego, który
w wywiadzie dla Rzepy powiedział :
'Taka choroba to brak profesjonalizmu. Współczesna medycyna zna metody, aby
człowieka postawić na nogi w ciągu 2 - 3 godzin.'
Ciekawe, że tak mało media piszą o tym, że obecny termin spotkania Trójkąta
Weimerskiego był którymś z kolei, że wcześniej zafiksowane daty były
zmieniane na prośbę pozostałych 'boków' trójkąta.
Ciekawe też, że przecież artykuł w niemieckiej gadzinówce ukazał się ponad
tydzień temu i nie było żadnej reakcji pałacu, info o wujeżdzie Kaczyńskiego
do Weimeru widniało na oficjalnym prezydenckim portalu jeszcze następnego
dnia po odwołaniu jej.
Nie było sprawy do chwili, gdy Gazeta Wyborcza na pierwszej stronie umieściła
informację o artykule w Tageszeitung (zamieszczając jednocześnie, w tym samym
momencie) jego polskie tłumaczenie...
Wtedy się zaczęło...