Gość: Gienio
IP: *.as5300-9.dialup.nyc.ny.metconnect.net
21.04.01, 00:57
historyk PIOTR GONTARCZYK:
"Gross bagatelizuje podobne zarzuty: "Grądowski nie jest przeze mnie
zidentyfikowany jako świadek naoczny". Rzeczywiście. Kłopot jednak w tym, że
wcześniej, przed powstaniem "Sąsiadów", nauka nie znała jeszcze
pojęcia "świadka nienaocznego". "
"Nieco dalej Gross pisze:
"Ale fakt, że Eljasz Grądowski powtarza w sądzie obiegowe informacje z
Jedwabnego, niczego nie zmienia, a może nawet wzmacnia wymowę tych informacji".
Autor uważa więc, że świadek, którego nie było na miejscu opisywanych wypadków,
który złożył fałszywe zeznania, jest "może nawet" bardziej wiarygodny, niż
gdyby rzeczywiście coś widział. Twierdzenie to jest (z punktu widzenia nauki)
tak absurdalne, że pozostawiam je bez komentarza."
"Trudno uważać za wiarygodną książkę, której ustalenia nie wytrzymują
konfrontacji nawet z tymi źródłami, na podstawie których ją napisano. Tym
bardziej że podaną w niej faktografię można obalać za pomocą "Encyklopedii
Powszechnej PWN"."
(Ha ha ha- przyp. moj)
"Samego faktu używania podobnych terminów w dyskusji naukowej nie komentuję.
Nie muszę. Wystarczają mi, jak widać, argumenty merytoryczne, oparte na uważnej
lekturze źródeł, na których napisał swą książkę Gross, podstawy historycznego
rzemiosła, no i przydatna w tym wypadku umiejętność posługiwania
się "Encyklopedią Powszechną PWN".
Głównym przesłaniem omawianego tekstu Grossa było twierdzenie, że artykuły
prof. Tomasza Strzembosza i mój: "nie zawierają niczego, co mogłoby zmienić
ogólną tezę przedstawioną w książce ČSąsiedziÇ, poszczególne ustalenia albo tok
narracji". Konstatacja ta jest zupełnie zaskakująca.
A jeszcze bardziej zdumiewa, że odnosząc się do merytorycznej krytyki, historyk
opowiada, co ostatnio czytał w gazetach i zobaczył w filmie Agnieszki Arnold.
Na coś trzeba się zdecydować: albo zajmujemy się nauką, badamy źródła i
dyskutujemy na poziomie dokumentów, na podstawie których powstali "Sąsiedzi",
albo opowiadamy sobie, co kto ostatnio widział w telewizji. Ale skoro Gross
naprawdę uważa, że jego książka jest bezbłędna, powinien był "pójść za ciosem"
i merytorycznymi argumentami obalić zarzuty, które publicznie
postawiłem "Sąsiadom". To przecież świetna okazja, by z kunsztem nowojorskiego
profesora dać lekcję historycznego rzemiosła licznym oponentom. Podobna
odpowiedź byłaby znacznie bardziej stosowna i pożądana niż ataki ad personam,
którymi - zamiast merytorycznych argumentów - operuje do tej pory Jan Tomasz
Gross. "
Wybralem tylko fragmenty artykulu.
Warto przeczytac calosc w "Rz".