joannabarska
12.07.06, 23:42
Cenowy szok – tak najkrócej określają realia wypoczynku w Polsce rodacy. Na
wczasy stać jedynie najlepiej zarabiających. A i ci wracają z kanikuły z
pustymi portfelami. Ceny w sezonie wzrastają nawet o 100 proc. Rodzimi
wakacyjni biznesmeni łupią nas po kieszeniach jak tylko się da. Na chama.
Według Polskiej Organizacji Turystycznej, właściciele biur podróży uważają,
że Polacy, zwłaszcza ci zamożniejsi, zdążyli już obejrzeć najciekawsze
miejsca na świecie, a teraz szukają tych, w których bywali jako dzieci, albo
próbują odkrywać nieznane okolice. Wraz ze wzrostem liczby osób
wypoczywających w kraju rosną ceny nie tylko kwater. Za chleb, który w
Szczecinie kosztuje 1,30 zł, na przykład w Świnoujściu zapłacimy 1,60 zł, a w
niektórych miejscach nawet 2 zł.
Przykładowy bilans odwiedzin sopockiego mola: 3,50 zł za wejście, 18 zł za 40-
minutowy rejs wokół mola i po Zatoce Gdańskiej, zwiedzanie wystawy figur
woskowych – 10 zł, oglądanie ekspozycji figur dinozaurów – 14 zł, kubek coli –
4 zł, kulka lodów – 1,5 zł, zerknięcie w głąb morza przez ustawione lornetki
widokowe – 3 zł za 5 minut. A i tak Sopot nie jest najdroższy.
W nadmorskiej Juracie ceny poszły w górę jak rtęć w tamtejszych termometrach.
Za najbardziej podstawowe produkty trzeba płacić przynajmniej 60-70 proc.
więcej niż w i tak drogiej Warszawie. Dla przykładu, pierś z kurczaka, za
którą w stolicy trzeba zapłacić 10,90 zł, w Juracie kosztuje już 16,90, za
szynkę z indyka należy zostawić w sklepie aż 18 zł (w Warszawie – 13 zł),
mleko w kartonie 2,80 zł (w Warszawie – 2,10 zł). Za pomidory kupcy w Juracie
każą sobie płacić o 2-3 zł więcej niż poza kurortem... Reszte poczytajcie
sobie w "Trybunie". Nie ma to jak wolnośc pisowska,prawda?