wuk4
11.09.06, 14:50
Od początku nie wierzyłem w pomówienia w stosunku do p. Zyty Gilowskiej, choć
nie wszystkie jej pomysły polityczne mi się podobały, po prostu nie byłem jej
zwolennikiem, choć na tle innych ludzi w rządzie to ona wyglądała na
neutralną i uczciwą. Ale kiedy stała się ofiarą pomówień, to od razu pomysł,
że ona była TW "Beata" wydały mi się jedną wielką bzdurą, a właściwie
kombinatorstwem jakiegoś cwaniaczka, któremu zależało, żeby ją wysiudać z
rządu.
Przez ostatnie tygodnie były w TV transmitowane całe procesy, debaty, dysputy
i spory o to czy Gilowska była/nie była współpracowniczką SB. Codziennie,
godzinami to się wlekło, gadanie w kółko na ten sam temat, stado
dziennikarzy, tumult, a wszystko z powodu jednego pomówienia. Czy ludzie
naprawdę interesowali się tym procesem, którego zakończenie było możliwe do
przewidzenia na początku? Zwróćmy uwagę - byli ministrowie spraw
zagranicznych, którzy zostali pomówieni przez rządowego kłamcę Macierewicza,
nie mieli spektakularnych procesów. Może dlatego, że Macierewiczowi nikt nie
wierzy, bo znany jest powszechnie jako bulwarowy oszczerca i ostatnio
przerósł w tym Jerzego Urbana.
Wnioskując: wydaje mi się niestosowne, żeby w kółko zajmować społeczeństwo
monstrualnie nagłośnionym procesem, który nic nowego nie wniesie do życia
ludzi w Polsce. Ale wytłumaczenie znajduję w tym, że ponieważ obecny rząd nic
nie robi dla Polski, to trzeba tę pustkę wypełnić jakąś papką - a więc
ględzenie o lustracji, dekomunizacji, robienie dziesiątek nowych komisji
specjalnych od czegoś tam, otwieranie zagojonych wrzodów między Polską i
Niemcami - wciąż to samo. Zwłaszcza jak w rządzie są egzemplarze
specjalizujące się w oszczerstwach i potwarzach (Antoni M.)