teflon123
25.08.07, 01:49
"Dziennikarzy, których - według zeznań byłego szefa MSW Janusza
Kaczmarka - rzekomo podsłuchiwały służby, łączy jedno: wszyscy ponoć
publikowali niewygodne dla Zbigniewa Ziobry materiały o
nieprawidłowościach w jego Ministerstwie Sprawiedliwości i o nim
samym pisali krytycznie.
Obsesją Ziobry - według Kaczmarka - było zdobywanie informacji na
temat źródeł, z których dziennikarze czerpią wiadomości. Kiedy
w "Rzeczpospolitej" ukazała się seria tekstów o dokonywanych przez
Ziobrę zmianach w krakowskiej prokuraturze i sporach pomiędzy Ziobrą
a Wassermannem (koordynatorem służb specjalnych), Ziobro - według
Kaczmarka - zażądał billingów z telefonów krakowskich prokuratorów
oraz autorów artykułu. To samo było, gdy w "Gazecie" ukazał się
tekst o tym, że planowano podsłuchiwać prezydenta Krakowa - opowiada
anonimowy (tajemnica dziennikarska) prokurator Prokuratury Krajowej.
Według jego relacji, analizy billingów dziennikarzy były w resorcie
Ziobry na porządku dziennym.
- Uzyskanie billingów nie wymaga zgody sądu czy prokuratora. Może o
nie wystąpić średniego szczebla funkcjonariusz policji czy ABW. Dużo
trudniej jest założyć dziennikarzowi podsłuch. Zazwyczaj wymaga to
zgody sądu, a gdy chce go założyć ABW, zgody prokuratora
generalnego.
Jak więc założono dziennikarzom podsłuchy? Kaczmarek precyzyjnie
wytłumaczył to członkom komisji sejmowej. Otóż przepisy ustaw o
policji i ABW dają taką legalną możliwość. Jeśli telefon osoby
objętej śledztwem już jest legalnie na podsłuchu i połączy się z
jakimkolwiek innym telefonem - on też może zostać objęty podsłuchem
bez zgody sądu na pięć dni. Zależy to tylko od oceny funkcjonariusza
prowadzącego śledztwo.
Wszyscy wymienieni przez Kaczmarka dziennikarze mieli podobno taki
właśnie przypadek. W różnym czasie kontaktowali się telefonicznie z
Rafałem R. - byłym policjantem z Wybrzeża, który prowadzi biuro
detektywistyczne. Według anonimowych (tajemnica dziennikarska)
informatorów "Gazety", R. oferował mediom materiały mające
kompromitować Ziobrę. Wobec R. dwa równolegle śledztwa wszczęły CBS
i ABW, badając jego powiązania z jedną z grup przestępczych. Sąd
zgodził się na podsłuch R.
Czy to, że do R. telefonowali dziennikarze, usprawiedliwiało
podsłuchiwanie również ich telefonów? Przepis umożliwiający to w
ustawie o ABW (art. 27 par. 3,
www.abw.gov.pl/Podstawy_Prawne/pdf/ustawa.pdf)
stwierdza, że można to robić "w przypadkach niecierpiących zwłoki",
a kiedy sąd w ciągu pięciu dni nie udzieli zgody na podsłuch, to
materiały z podsłuchu powinny zostać komisyjnie zniszczone.
Według byłego oficera ABW, który został zwolniony ze służby ze
względu na postępującą tępotę (prosił, by nie ujawniać jego
tożsamości), przepis ten został nadużyty. - Nie wyobrażam sobie, by
ktoś mógł przypuszczać, że dziennikarz ma jakieś związki z
przestępcą, skoro do niego dzwonił.
Piotr Pytlakowski z "Polityki" opowiada, że faktycznie dzwonił do
R. - Ale wyraźnie przedstawiałem się jako dziennikarz i pytałem go o
sprawy związane z moją pracą, a nie z Ziobrą - mówi "Gazecie".
Twierdzi, że o podsłuchu na swoim telefonie dowiedział się od
Macieja Dudy i Bertolda Kittla z "Rzeczpospolitej", którzy późną
wiosną przygotowywali artykuł o podsłuchiwaniu dziennikarzy. Zdaniem
Pytlakowskiego, tekst się nie ukazał, bo w "Rzeczpospolita" w tym
czasie stała się gazetą bardzo wyraźnie popierającą rząd (?).
Kittel, który odszedł z "Rzepy", nie chce wypowiadać się na temat
swojej tam pracy. Natomiast Duda potwierdza: - Był taki artykuł.
Ale, chociaż redakcyjny prawnik ocenił, że można go publikować,
kierownictwo redakcji go nie puściło, bo uznało, że jest słabo
udokumentowany."
www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4432922.html
Jako dziennikarz, proszę kolegę ayrana o uwagi redakcyjne :-)